Prezydencja to polityczny balon

opublikowano: 30-06-2021, 20:00

Instytucja przechodniej półrocznej prezydencji kolejnych państw członkowskich znalazła się od razu w traktacie rzymskim z 1957 r., ustanawiającym Europejską Wspólnotę Gospodarczą i trwa niezmiennie po jej rozwinięciu się w Unię Europejską, czyli w sumie już ponad 64 lata.

Polsce przypadła w drugim półroczu 2011, a następna trafia się w pierwszym półroczu 2025, czyli jeszcze trochę poczekamy. O północy z 30 czerwca na 1 lipca symboliczną pałeczkę Portugalia przekazała Słowenii, co ma pewną wymowę – otóż zaczyna się już druga kolejka dla dziesiątki państw, które wspólnie weszły do UE 1 maja 2004 r. Trzeba jednak przypomnieć, że od 1 stycznia 2010 r., gdy już w pełni wszedł w życie traktat lizboński, rotacyjna prezydencja radykalnie straciła na znaczeniu. Poprzednio prezydent/premier danego państwa kierował posiedzeniami Rady Europejskiej (RE) i zdarzały się szczyty, na których od gospodarza zależało naprawdę bardzo dużo (przykłady to Nicea 2000 oraz szczególnie Kopenhaga 2002, gdzie rozstrzygały się losy akcesji Polski). Po ustanowieniu urzędu przewodniczącego RE (pierwszym był Herman Van Rompuy, potem Donald Tusk i obecnie Charles Michel) kompetencje prezydencji spadły znacznie niżej i ograniczyły się do koordynowania prac ministerialnej Rady UE, czyli drugiej izby legislacyjnej. Notabene klasa polityczna tej radykalnej zmiany traktatowej… nie przyjęła do wiadomości i po dawnemu na początku prezydencji sztucznie wbija swój kraj w dumę, używając absolutnie fałszywego zwrotu, że przejmuje „kierowanie Unią”. W związku z mocno ograniczonymi kompetencjami abstrakcją stały się również tzw. cele prezydencji, przedstawiane przez szefa państwa/rządu na sesji Parlamentu Europejskiego (PE).

Wzorując się na UE, rotacyjną prezydencję ustanowiła także Grupa Wyszehradzka (V4). Trafia się zdecydowanie częściej, wszak w kolejce stoi nie 27 podmiotów, lecz 4. Dlatego przyjęto dłuższy okres roczny, ale nie w oczywistym układzie od 1 stycznia do 31 grudnia, lecz… od 1 lipca do 30 czerwca. To dziwactwo, ale kiedyś tak bezmyślnie harmonogram rozpoczęto i nie ma w V4 siły, by kalendarz znormalizować. W każdym razie dzisiaj o północy poza grubszą pałeczką unijną przekazana została również cieńsza wyszehradzka, między Polską a Węgrami. Dosłownie nastąpiło to już kilka godzin wcześniej w Katowicach, gdzie Mateusz Morawiecki podarował Viktorowi Orbánowi inny rekwizyt sportowy – opaskę kapitańską, w nawiązaniu do turnieju EURO 2020. Notabene spośród piłkarzy państw V4 w grze ostali się już tylko Czesi, którzy sensacyjnie przebili się do ćwierćfinału, trzy pozostałe reprezentacje przepadły w grupach.

Nie tylko podczas EURO 2020 każde z państw grało na własny rachunek, również w wielu ważnych głosowaniach unijnych drużyna V4 naprawdę nie istnieje. Fot. Krystian Maj/KPRM

Propagandowe zadęcie prezydencji w UE jeszcze bardziej jaskrawie widać na poziomie V4. Tak naprawdę wyszehradzkie przewodzenie sprowadza się do goszczenia szczytów prezydentów czy premierów, bo mieszkańcy naszych państw nawet o nim nie wiedzą. Poza mikroskopijnym funduszem wyszehradzkim jedynym tematem autentycznie jednoczącym V4 jest niezgoda na przyjmowanie emigrantów. Natomiast w ważnych głosowaniach unijnych aktów prawnych, zarówno w PE, jak też w ministerialnej Radzie UE wręcz standardem stała się rozbieżność wyszehradzkich interesów. Charakterystycznym przykładem może być także Inicjatywa Trójmorza, a konkretnie stanowiący jej ramię gospodarcze Fundusz Trójmorza. Sfinansowany został w aż 81 proc. przez nasz BGK, symbolicznie coś tam dorzucił węgierski bank Exim, natomiast z Czech i Słowacji przez dwa lata fundusz nie doczekał się nawet eurocenta.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane