Producenci żywności przytłoczeni mocą

Branża spożywcza nie ma pomysłu na wykorzystanie nadwyżki potencjału wytwórczego, poza jednym — wygaszaniem. Na wzrost mogą liczyć tylko drób i przetwory mleczne

30 proc. — takiej części potencjału nie wykorzystują polskie rolnictwo i przetwórstwo — obwieścił Marek Sawicki, minister rolnictwa. Jak wyjaśnia biuro prasowe resortu, to różnica między efektywnością produkcji rolnej w Polsce a średnią UE oraz nadwyżka mocy wytwórczych. W wielu segmentach branży jeszcze więcej mocy leży odłogiem, a jedyny sensowny sposób na redukcję nadmiaru to wygaszanie — tłumaczą przedstawiciele sektora spożywczego.

Wyświetl galerię [1/2]

30 proc. — takiej części potencjału nie wykorzystują polskie rolnictwo i przetwórstwo — mówi Marek Sawicki, minister rolnictwa iStock

Pole do wzrostu

W najbliższej dekadzie w branży mięsnej na wzrost mogą liczyć tylko producenci drobiu — wynika z raportu „Prospects for EU Agricultural Markets and Income 2014-2024”, przygotowanego przez organa unijne. Eksport mięsa drobiowego ma urosnąć w tym okresie prawie o 24 proc., a produkcja i konsumpcja w Europie — o 7 proc. To prawdopodobnie jedyny segment sektora spożywczego, któremu nie doskwiera nadwyżka mocy.

— W planach i budowie jest 4-5 dużych zakładów, a 10 działających się rozbudowuje. Rokrocznie notujemy spory przyrost produkcji — w 2014 r. sięgnął 7 proc. — więc mocy wręcz brakuje — mówi Jacek Lewicki, prezes Drosedu. W kolejnych latach spodziewa się dalszego wzrostu.

— Wciąż jesteśmy konkurencyjni, nasz udział w europejskiej produkcji to około 15 proc., a jedna trzecia wyjeżdża z kraju,więc pole do wzrostu wydaje się spore — uważa prezes Drosedu.

— Ponadto tzw. brudna produkcja (czyli w fermach) przesuwa się do krajów mniej rozwiniętych, bo ludzie coraz rzadziej chcą przy niej pracować. Z Wielkiej Brytanii czy Niemiec trafia m.in. do Polski. To również duży potencjał — dodaje Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu. W przetwórstwie, np. produkcji wędlin, jest inaczej. — Mamy około 3 tys. zakładów i rynek, który nie rośnie m.in. dlatego, że zmienia się model konsumpcji i np. jemy mniej kanapek. W eksporcie wędlin również nie mamy sukcesów — twierdzi Jacek Lewicki. Prezes Indykpolu tłumaczy, że to kwestia dopasowania maszyn do produkcji.

— Praktycznie każdy zakład ma takie maszyny, z których rzadko bądź w ogóle nie korzysta. Przykładem jest produkcja kiełbas cienkich — rynek się kurczy, marże są niskie, trudno zbudować markę i w zasadzie nic nie da się zrobić z mocami — mówi Piotr Kulikowski.

Bez pomysłu

Podobnie jest na rynku wołowiny i wieprzowiny. Zdaniem Krzysztofa Woźnicy, prezesa Zakładów Mięsnych Silesia, wolne moce przekraczają łącznie 30 proc.

— Wykorzystujemy ok. 40 proc. możliwości produkcyjnych największego zakładu przetwórczego w Polsce, wynoszących 500 ton na dobę. Zbudowali go poprzedni właściciele, którzy mieli wizję podboju europejskich i światowych rynków. Duzi gracze stopniowo zwiększają skalę w sposób organiczny,poprzez rozwój sprzedaży i rozbudowę, bo tak jest łatwiej i taniej niż poprzez przejęcia — twierdzi Krzysztof Woźnica. W najgorszej sytuacji są, jego zdaniem, średnie, niewyspecjalizowane firmy z obrotami w przedziale 50-150 mln zł.

— Są za małe, żeby przebić się poza rynek lokalny, ale jednocześnie za duże, żeby z lokalnego rynku pokrywać rosnące koszty utrzymania zakładu, pracowników itd. Ten problem będzie się nasilał — również w związku z negatywnymi prognozami rozwoju produkcji i konsumpcji wieprzowiny — ocenia Krzysztof Woźnica. Autorzy europejskiego raportu twierdzą, że konsumpcja mięsa wieprzowego w ciągu najbliższych 10 lat praktycznie nie drgnie. Zwiększy się natomiast eksport.

— Negatywne trendy nas nie dotykają, bo rozwijamy się organicznie, również kosztem mniejszych zakładów — zaznacza Krzysztof Woźnica. Prezes Silesii uważa, że średnie, niewyspecjalizowane zakłady mięsne, na które nikt nie ma pomysłu, będą stopniowo znikać z rynku, ograniczając tym samym nadwyżkę mocy. Będzie to jednak powolny proces.

Tylko specjalizacja

Tomasz Kubik, prezes Zakładu Przemysłu Mięsnego Biernacki, specjalizującego się w wołowinie, tłumaczy, że obecna sytuacja to wynik wzmożonych inwestycji przeprowadzonych za unijne pieniądze. On też nie ma pomysłu na wolne moce przetwórcze.

— Dzisiaj na rynku biznesowych zagrożeń jest znacznie więcej niż szans. M.in. dlatego wolnych mocy będzie przybywać. Budowanie drugiej, drobiowej nogi biznesu nie ma sensu. Na trudnym, nierosnącym rynku coraz bardziej zaczyna się liczyć specjalizacja — koncentrowanie się na lepszym produkcie, logistyce, obsłudze klienta itd. — uważa Tomasz Kubik. Europejskie prognozy mówią o spadku produkcji, konsumpcji i eksportu. Rosnąć w UE ma tylko import wołowiny. Odwrotne tendencje widoczne będą w europejskim mleczarstwie. Polscy mleczarze uważają jednak, że jedynym racjonalnym sposobem na nadwyżkę mocy jest wygaszenie.

— Dzięki funduszom przed- i poakcesyjnym moce rosły szybciej niż ilość surowca [do kwietnia 2015 r. w UE będą jeszcze obowiązywały limity produkcji mleka — system kwot produkcyjnych — red.]. Dziś ich nadwyżka obciąża wyniki finansowe branży. Maszyny uruchamiane na krótko, np. dwie godziny dziennie, generują spore koszty, bo wymagają mycia, przygotowania rozruchu itd., a jednocześnie trzeba je amortyzować — mówi Edward Bajko, prezes Spomleku.

Jego spółdzielnia zdecydowała się wygasić niepotrzebne instalacje i wyspecjalizować w produkcji serów.

— Do rozwoju potrzeba surowca, maszyn i zbytu. Surowiec lada moment będzie nielimitowany, maszyny mamy. Brakuje tylko nowych odbiorców i większego wzrostu światowego popytu — podsumowuje Edward Bajko.

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Producenci żywności przytłoczeni mocą