Przystawki chcą zaistnieć przy stole

opublikowano: 13-09-2020, 22:00

Do podsumowania trzech tur rozmów władców kraju na temat przebudowy rządu idealnie pasuje trawestacja z „Kubusia Puchatka”: „Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej rekonstrukcji tam nie było”.

Prezes Jarosław Kaczyński drugi raz w życiu musi mierzyć się z krnąbrnością koalicjantów. Jednak w przegranej przez niego kadencji 2005-07 sytuacja była zupełnie inna. Wtedy trzy partie startowały do Sejmu odrębnie i każda wprowadziła własnych posłów — Prawo i Sprawiedliwość 155, Samoobrona 56, Liga Polskich Rodzin 34. Razem dawało to większość 245 głosów, pewną arytmetycznie, ale bardzo chwiejną politycznie — dlatego musiało się to skończyć upadkiem rządu i skróceniem przez Sejm kadencji. Po tamtym doświadczeniu prezes rozegrał wybory w latach 2015 i 2019 inaczej — wziął na listy PiS pewną liczbę kandydatów z przystawek, które osobno nie miały jakichkolwiek szans na przekroczenie sejmowego progu 5 proc. głosów, ale odciągnęłyby część elektoratu i z kolei bez nich lista PiS nie miałaby szans na zdobycie samodzielnej większości.

Zbigniew Ziobro nie ma ambicji bycia wicepremierem, ale nie zamierza oddać nawet guzika.
Forum

O tej transakcji dwustronnie korzystnej trzeba cały czas pamiętać. Lista PiS zarówno w 2015 r., jak też w 2019 r. zdobyła identyczną liczbę 235 mandatów, ale ich wewnętrzna struktura różni się istotnie. W poprzedniej kadencji dwie przystawki reprezentowane były przez marginalne grupki, natomiast w obecnej liczebnie urosły w siłę — Zbigniew Ziobro ma zwartą ekipę 19 posłów Solidarnej Polski, zaś Jarosław Gowin dysponuje 18 mandatami Porozumienia. A zatem „czyste” PiS ma jedynie 198 posłów, bez szans na samodzielne przeforsowanie czegokolwiek. Szefowie przystawek solidarnie poczuli moc i odrzucili wstępne pomysły rekonstrukcji rządu, która dla nich oznaczałaby zmniejszenie liczby ministrów konstytucyjnych z dwóch do jednego oraz pomór w grupie wiceministrów. Absolutnie nie interesują ich fikcyjne rekompensaty, np. posady bez teki w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Na spór partyjny nakłada się wymiana pokoleniowa, przy czym to zjawisko uderza akurat nie w przystawki, lecz w samo PiS, w którym eliminowany jest, z prozaicznych względów biologicznych, tzw. zakon Porozumienia Centrum.

Podczas XXX Forum Ekonomicznego usiłowałem cokolwiek wyniuchać od licznych reprezentantów rządu. Daremnie, poczynając od wicepremierów po wiceministrów w sprawie rekonstrukcji wszyscy odwracali wzrok. Czemu trudno się dziwić, ponieważ o własnym losie oni również… się dowiedzą, ciut wcześniej od opinii publicznej. Wśród nielicznych konkretów najmocniej przebijał się wątek skupienia w jednym ministerialnym ręku energii, klimatu i środowiska. Byłby to sygnał polityczny, że jednak włączamy się do tworzenia tzw. europejskiego zielonego ładu, mimo niezgody na zobowiązanie się Polski do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Niepojęty upór rządu w tej sprawie (wiele państw zaakceptowało ambitny termin, doskonale wiedząc, że się nie wyrobią) powoduje, że stajemy się w UE czarną owcą. Stworzenie zielonego ministerstwa energetycznego pomogłoby choćby w staraniach o dostęp do tzw. funduszu sprawiedliwej transformacji. Przy czym pomysł wspomnianego resortu wyszedł w panelowych dyskusjach, jego realność polityczna to na razie abstrakcja, ponieważ właśnie w tym obszarze straciłaby bardzo cenny fotel ministra środowiska Solidarna Polska. Przykładowy spór o jeden resort to zaledwie wysunięty czubek góry lodowej, zażarta walka o rządowe stołki toczy się pod powierzchnią.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane