Jutro, w wigilię czwartej rocznicy przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, wchodzi w życie (po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia, które nastąpiło 15 kwietnia) jednozdaniowa ustawa: „Wyraża się zgodę na dokonanie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ratyfikacji Traktatu z Lizbony zmieniającego Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską, sporządzonego w Lizbonie dnia 13 grudnia 2007 r.”. Lecha Kaczyńskiego nie wiąże żaden ustawowy termin, natomiast z samego lizbońskiego traktatu wynika, że Polska powinna złożyć rządowi Włoch, który od 1957 r. jest depozytariuszem wszystkich traktatów, kompletną dokumentację ratyfikacyjną do końca roku. Jeśli zdążą to zrobić wszyscy sygnatariusze, Lizbona planowo wejdzie w życie 1 stycznia 2009 r.
Po osiągnięciu 1 kwietnia w Sejmie (a następnego dnia w Senacie) narodowej zgody, niemal zapomnieliśmy o wielotygodniowej ratyfikacyjnej hucpie. Ale traktat z Lizbony nie daje tak łatwo o sobie zapomnieć. Nadchodzi czas realizacji drugiej części porozumienia, zawartego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska na Helu — czyli przyjęcie towarzyszącej traktatowi ustawy kompetencyjnej. Problem polega na tym, że prezydent niezwłocznie i uroczyście ratyfikuje traktat, gdy tylko otrzyma do podpisu satysfakcjonującą go ustawę kompetencyjną. Jeśli koalicja rządowa przeforsuje swoją wersję — prezydenckie pióro długo okaże się suche.
Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przejąć inicjatywę zaczepną na froncie i wykonało uderzenie wyprzedzające, wnosząc wczoraj projekt ustawy kompetencyjnej. Platforma Obywatelska nawet nie musiała go czytać, by wyrazić przekonanie, że jest on konfrontacyjny wobec przygotowywanego projektu rządowego. Po zapoznaniu się z wytworem PiS potwierdzam zasadność tezy PO. Projekt obejmuje trzy artykuły, z których dwa są kuriozalnym powtórzeniem istniejących od 2000 r. przepisów ustawy o umowach międzynarodowych, trzeci zaś przenosi zapisy z cichaczem wycofanego po helskim kompromisie prezydenckiego projektu ustawy ratyfikacyjnej. Głowa państwa chce zbudować nieznany Konstytucji RP czworokąt decyzyjny — prezydent, Sejm, Senat i rząd — w którym każdy wierzchołek musiałby się zgodzić na rezygnację przez Polskę z mitycznego mechanizmu z Joaniny, którego przypuszczalnie nie rozumie nikt poza byłą minister Anną Fotygą.
Lizbońska wojna wkrótce rozgorzeje na nowo, a kompromis helski okaże się jedynie wymuszonym okolicznościami ustępstwem głowy państwa. Lech Kaczyński zorientował się, że bez uspokojenia Europy nie ma szans na szczycie NATO w Bukareszcie wywalczyć cokolwiek dla Ukrainy i Gruzji. Ale teraz taki zewnętrzny, terminowy miecz nie wisi i znowu czeka nas wielotygodniowa czy nawet wielomiesięczna batalia. Pod koniec roku prezydent tak czy owak skapituluje, jako że Nicolas Sarkozy — sprawujący wtedy przewodnictwo UE — będzie wyrywał od spóźnialskich dokumenty ratyfikacyjne. Ale do tego czasu traktat z Lizbony jeszcze nam przysporzy politycznych igrzysk.
Jacek Zalewski