Nowe przepisy unijne, które wejdą w życie w styczniu 2017 r., mogą sporo namieszać na krajowym rynku brokerskim. ESMA, czyli europejski organ nadzorczy, uznał, że praktyka polegająca na bezpłatnym otrzymywaniu przez TFI czy PTE analiz rynkowych od biur maklerskich w zamian za realizację transakcji jest po prostu nakłanianiem i w związku z tym będzie zakazana. Dotychczas koszty specjalistycznych analiz wliczone były w prowizję maklerską, więc de facto usługa ta była dla powierników darmowa. Po wprowadzeniu MIFID II zarządzający funduszami muszą rozdzielić płatność za egzekucję zleceń od płatności za tzw. research.

W kierunku konsolidacji
Oficjalnie ESMA nie zdefiniował jeszcze, kto ma płacić za analizy rynkowe: TFI i PTE czy bezpośrednio ich klienci. Wiadomo jednak, że celem jest, aby powiernicy kierowali się wyłącznie dobrem uczestników, a do raportów analityków podchodzili bardziej krytycznie. Tak się stanie tylko wtedy, gdy przyjdzie im z własnej kieszeni pokryć ten koszt.
— Europejski regulator chce obniżyć stawki prowizji od egzekucji transakcji i doprowadzić do tego, żeby firmy inwestycyjne, w naszym przypadku TFI czy PTE, płaciły z własnych pieniędzy za analizy. Dzięki temu miałby powstać mechanizm rynkowy pozwalający na wycenę raportów analitycznych, zarządzający bardziej efektywnie alokowaliby gotówkę na research, kupując raporty najwyższej jakości, dużo lepiej dopasowane do ich potrzeb. Jeśli te zmiany zostaną wprowadzone, to ich konsekwencje dla polskiego rynku będą drastyczne — uważa Szymon Ożóg, dyrektor biura analiz w BESI.
Jego zdaniem, dzisiejsze stawki prowizji transakcyjnych się przepołowią, a TFI i PTE będą musiały wygospodarować budżety na analizy. — Jakieś pieniądze na ten cel znajdą, ale na pewno będzie ich dużo mniej, niż w tej chwili otrzymują brokerzy w ramach opłat transakcyjnych — uważa Szymon Ożóg. Specjalista z BESI przypomina, że w Wielkiej Brytanii wprowadzono na razie system pośredni, ale budżety firm zarządzających aktywami przeznaczone na analizy spadły o kilkadziesiąt procent.
— Już teraz zarządzający funduszami dokonują transakcji za pośrednictwem większości biur, ale korzystają z rekomendacji i analiz jedynie wybranych analityków. Po rozdzieleniu prowizji pieniądze za research popłyną właśnie do tych brokerów, których cenią najbardziej. Reszta będzie musiała się zadowolić niższą prowizją transakcyjną — uważa Paweł Homiński, członek zarządu Noble Funds TFI.
W konsekwencji powstaną firmy wyłącznie wyspecjalizowane w researchu i brokerzy zajmujący się tylko egzekucją. Wartość całego rynku mocno się jednak zmniejszy, co wymusi konsolidację, uważają eksperci.
— Najgorszym scenariuszem dla biur maklerskich jest ten, w którym opłaty pokrywają towarzystwa. Wówczas budżety przeznaczane na usługę mogą być mniejsze, żeby nie obniżyły się zyski. To może prowadzić do tego, że nie wszystkie domy maklerskie będą w stanie utrzymać zespoły analityczne. Przy niskich stawkach za egzekucje zleceń biura opierające swój model biznesowy tylko na pośrednictwie w handlu mogą mieć problem z utrzymaniem się na rynku — potwierdza Michał Marczak, członek zarządu DM mBanku.
Kowalski skorzysta
Dziś opłaty transakcyjne pokrywane są z aktywów funduszy, czyli pieniędzy posiadaczy jednostek uczestnictwa. Dlatego teoretycznie istnieje też scenariusz, w którym również koszty researchu zostają przerzucone na klienta. Jeśli tak się stanie, inwestorzy zostaną obciążeni dodatkowymi opłatami, ale nie oznacza to, że inwestowanie w TFI stanie się droższe. Wręcz przeciwnie — dyrektywa wprowadza bowiem dwa modele sprzedaży funduszy: zależny i niezależny. W tym drugim modelu dystrybutor nie będzie mógł otrzymywać opłat (tzw. kick back) od TFI z tytułu zarządzania. W modelu zależnym sprzedawca może pobrać taką opłatę, ale tylko pod warunkiem, że poinformuje klienta o jej wysokości. To, zdaniem Pawła Borysa, dyrektora pionu analiz i strategii PKO BP, wpłynie w dłuższej perspektywie na obniżkę opłat za zarządzanie, które dziś wynoszą średnio od 1 proc. dla funduszy pieniężnych do nawet 4 proc. dla funduszy akcyjnych.
— Presja na marże będzie narastać i ostatecznie stawki opłat za zarządzanie spadną, a powiernicy będą musieli przejść na tzw. zmienną opłatę, uzależnioną od wyników inwestycyjnych [tzw. success fee — red.] — przewiduje Paweł Borys.