Rośnie ryzyko inwestycyjne

Piotr KuczyńskiPiotr Kuczyński
opublikowano: 2018-04-19 14:07

Po szalonym styczniu, kiedy pisałem caveat emptor (niech kupujący się strzeże) i korekcyjnym początku lutego, marzec i kwiecień na rynkach finansowych wcale nie prezentował się doskonale. W marcu indeksy spadały szybciej niż w drugiej połowie lutego rosły.

Dopiero kwiecień, czyli rozpoczęcie sezonu raportów kwartalnych amerykańskich spółek zapowiadał się na lepszy dla obozu byków (komentarz pisany 19.04). Spodziewano się wzrostu zysku spółek z indeksu S&P 500 o 18,6%, więc nic dziwnego, że nastroje nieco się poprawiły.

Problemem jednak była i pozostanie sytuacja geopolityczna. Przede wszystkim prezydent Donald Trump wymienił trzech swoich współpracowników. Na stanowisko głównego doradcy ekonomicznego powołał Larry’ego Kudlowa, który jest zwolennikiem obłożenia cłami importu z Chin. Na stanowisko sekretarza stanu (odpowiednik ministra sprawa zagranicznych) powołał szefa CIA Mike’a Pompeo. Ten z kolei znany jest z potakiwania prezydentowi. Z pewnością nie będzie go hamował.

Jeszcze bardziej interesująco wygląda to, że na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, jako następcę mającego doskonałe opinie generała broni H.R. McMastera, prezydent powołał Johna Boltona. On znany jest z przekonania, że należy zbombardować Koreę Północną i że należy zerwać umowę z Iranem. Strach się bać.

Niestety, takie zmiany powodują, że ryzyko geopolityczne rośnie. Rośnie też to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie i na linii frontu Rosja – reszta świata. Niedawno na konwencji Xelion jeden z zagranicznych gości powiedział, że jesteśmy obiektami prania mózgów. Niestety pozostaje mi się z nim zgodzić. Oczywiście można iść za przekazami głównego nurtu, ale wystarczy nieco się wysilić, żeby dojść do wniosku, że ataki chemiczne w Wielkiej Brytanii i w Syrii mogą mieć bardzo różne cele i bardzo różnych sprawców.

Za to przywódcy z bardzo małym poparciem w swoich krajach (prezydent Trump, premier May i prezydent Macron) modlą się wręcz o coś, co pozwoli skupić wokół nich obywateli. W USA dodatkowo w listopadzie odbędą się wybory do Kongresu, a wygrana Demokratów bardzo utrudniłaby prezydentowi Trumpowi życie. Warto w tym momencie wspomnieć film „Fakty i akty”…

Nawet jeśli wierzy się świecie w wersje głównego nurtu to i tak oczywiste jest, że na Bliskim Wschodzie trwa wojna, w której z jednej strony jest Arabia Saudyjska, USA i Izrael, a z drugiej Rosja, Iran i gdzieś pośrodku Turcja. Jemen i Syria to tylko pola walki tych dwóch stron. W dowolnej chwili może tam dojść do incydentu, który rozpęta potężny konflikt, między głównymi aktorami.

Taki konflikt znacznie by podniósł cenę ropy, a przecież po rynku krążą pogłoski mówiące o tym, że Arabia Saudyjska chce wywindować cenę baryłki (ropy WTI) do przedziału 80 – 100USD. To zaś zwiększyłoby inflację i zmusiłoby Fed do ostrzejszych decyzji.

Jest jeszcze sprawa Rosji, Rosji, która bita jest ze wszystkich stron (sprawa Skripala, atak chemiczny w Syrii, nowe sankcje amerykańskie). Nie ma znaczenia, czy w dwóch pierwszych sprawach rację ma Rosja, czy państwa z naszego kręgu. Ważne jest, że Rosja może się już czuć jak szczur zagoniony do kąta. A takie zwierzę potrafi być śmiertelnie niebezpieczne.

Niepewność zwiększa również to, że Donald Trump jako narzędzie negocjacyjne wykorzystuje zapowiedzi prowadzące do wojen handlowych. Przykładem jest to, że zapowiedział obłożenie wysokimi cłami chińskiego importu na kwotę 50 miliardów dolarów, na co Chiny opowiedziały podobnym ruchem (na tę samą kwotę) w stosunku do importu z USA. Co zrobił wtedy prezydent Trump? Zapowiedział cła na kolejne 100 miliardów dolarów.

Problem w tym, że Chiny importują z USA produkty i usługi na kwotę 130 miliardów dolarów, więc nie były już w stanie odpłacić Stanom Zjednoczonym pięknym za nadobne. Na szczęście nie tylko nie posłużyły się bronią atomowa, którą są obligacje amerykańskie, ale zapowiedziały, że nie będą ich wyprzedawały. Problem w tym, że nie musza wyprzedawać. Wystarczy, że zapowiedzą zaprzestanie kupowania, a bocznymi drogami zaczną puszczać przecieki, że mają zamiar sprzedawać, żeby rentowność amerykańskich obligacji błyskawicznie wzrosła.

Dlaczego to jest takie ważne? Już o tym w swoich tekstach pisałem, ale przypomnę, że górne ograniczenie ponad trzydziestoletniego kanału trendu spadkowego rentowności obligacji amerykańskich jest od początku roku testowane. Jeśli rentowność obligacji dziesięcioletnich je pokona, a najlepiej przełamie poziom 3 procent, to nie tylko dojdzie do wybicia z kanału trendu spadkowego. Powstałaby też wtedy siedmioletnia formacja podwójnego dna. Oba te czynniki byłyby mocnymi sygnałami sprzedaży obligacji (wzrostu ich rentowności), co mocno uderzyłoby w gospodarkę amerykańską i oczywiście w rynek akcji.

A co się dzieje na GPW? Obroty małe, nadal brak decyzji odnośnie losu OFE (i mogę się założyć, że do końca roku takiej decyzji nie będzie), zainteresowanie zagranicy znikome. Owszem, zagraniczni inwestorzy kupują nasze obligacje, dzięki czemu nurkują rentowności i umacnia się złoty, ale naszymi akcjami się nie interesują. I tak będzie nadal dopóki nie wyjaśni się los OFE. Indeksy mogą gwałtownie zmieniać kierunek, ale nadal pozostaniemy w ogonie rynków rozwijających się.

Jeśli zapomnimy o GPW i skupimy się na giełdach zagranicznych to można powiedzieć jedynie tyle, że po 9 latach hossy z powodu geopolitycznych zagrożeń wyraźnie rośnie ryzyko inwestycyjne. Niestety, nie da się przewidzieć, co zrobią Donald Trump, Xi Jinping i Władimir Putin (plus Iran, Izraela i Arabia Saudyjska). To już nawet nie jest chicken game – to całkiem nowa gra.