9 października Senat ma głosować w sprawie ustawy, która — jeśli się nie zmieni — za nieco ponad rok położy kres hodowli zwierząt futerkowych. Przedsiębiorcy są załamani. To branża obwarowana w Polsce dość szczegółowymi przepisami, a w ostatnich latach wchodziły w życie kolejne regulacje, które nakładały na przedsiębiorców prowadzących fermy nowe obowiązki.

Przymusowe wydatki
Pięć lat temu, we wrześniu 2015 r., minister rolnictwa zmienił rozporządzenie dotyczące minimalnych warunków utrzymywania gatunków zwierząt gospodarskich. Hodowcy zwierząt futerkowych musieli m.in. wyposażyć klatki w tzw. półkę spoczynkową i otoczyć gospodarstwo podwójnym ogrodzeniem — z siatki wkopanej w podłoże co najmniej na głębokość 0,5 m, które uniemożliwi przedostanie się zwierząt, i z litego materiału bez szczelin, minimum 2-metrowe. Hodowcy podkreślają, że takich wymogów nie ma w przepisach żadnego innego europejskiego państwa.
To samo rozporządzenie wprowadziło także zmiany dotyczące rozmiarów klatek, w których hodowane mogą być norki i tchórze (minimalna wysokość 0,45 m, szerokość — 0,3 m i długość 0,7 m), co zmusiło wiele gospodarstw do ich wymiany. Ministerstwo nałożyło również na hodowców obowiązek umieszczania w rogach ogrodzenia tzw. pułapek żywołownych, które muszą być sprawdzane co najmniej raz dziennie.
Kłopoty z zaliczkami
Kataklizm spadł na polskich hodowców, gdy mieli już na głowie inne problemy. Futra sprzedają przede wszystkim poprzez specjalistyczne domy aukcyjne, których najważniejszymi klientami od kilku lat są Chińczycy. Na świecie działają już tylko dwie takie instytucje — fiński Saga Furs i duński Kopenhagen Fur. Ich kanadyjski konkurent niedawno zakończył działalność.
— Dotychczas otrzymywaliśmy zaliczki od domów, z którymi podpisywaliśmy kontrakty na początku sezonu. W tym roku, po raz pierwszy w historii, oba odmówiły nam wypłaty, zasłaniając się wewnętrznymi przepisami. Co ciekawe, duńscy hodowcy dostali pieniądze — mówi Beata Wieczorek.
Przedsiębiorcy dostali czas na przystosowywanie się do nowych warunków (przepisy zaczęły obowiązywać 1 lipca 2018 r.), musieli jednak ponieść spore wydatki. Szczepan Wójcik, jeden z najaktywniejszych hodowców, szacuje, że najmniejsze gospodarstwa, które utrzymują po kilka tysięcy zwierząt, musiały się liczyć z wydatkiem co najmniej 40 tys. zł, a największe — nawet 600 tys. zł. — Często była to kompleksowa przebudowa, bo instalacje wodne czy kanalizacyjne, które były dostosowane do poprzednich warunków, do nowych już nie pasowały — mówi Sonia Tyrka, hodowczyni z województwa lubuskiego.
Słowa na wiatr
Aby sfinansować konieczne inwestycje, właścicielka fermy, podobnie jak inni przedsiębiorcy z branży, musiała się zapożyczyć.
— Wciąż spłacamy kilka kredytów, zaciągniętych m.in. na zakup maszyn i sprzętu, ostatni obowiązuje do 2030 r. — mówi Sonia Tyrka.
— Zmiana prawa spowodowała, że musieliśmy zaciągnąć dodatkowe zobowiązania — potwierdza Beata Wieczorek, dyrektor Fermy Norek Lubartów z powiatu żagańskiego. W przypadku gospodarstwa, którym kieruje, były to wielomilionowe kwoty.
— Ponieważ w ostatnim czasie banki zaczęły odmawiać kredytowania, musieliśmy szukać finansowania w innych instytucjach — zaznacza menedżerka.
Na kilkanaście lat zadłużyła się duża część branży. Łączne koszty, które musiały ponieść gospodarstwa, szacuje się na około 100 mln zł. W tej kwocie są nie tylko inwestycje, ale też ograniczenia produkcji, w przypadku niektórych gospodarstw sięgające 30 proc.
Hodowcy godzili się na obostrzenia i zaciągali długi, bo władze zapewniały, że będą mogli nadal prowadzić biznes. Ustawa, nad którą właśnie pracuje parlament, wszystko zmienia.
— Jeszcze pod koniec 2017 r. Ministerstwo Rolnictwa zapewniało nas, że hodowle w Polsce pozostaną na lata. Uwierzyliśmy. Teraz czujemy się oszukani — podsumowuje Beata Wieczorek.
Skazani na futra
Przedsiębiorcy mają żal również o to, że — inaczej niż w pozostałych krajach Europy, gdzie wprowadzono zakaz hodowli zwierząt futerkowych — u nas ma obowiązywać zaledwie 12-miesięczny okres przejściowy. Sonia Tyrka nie widzi szans przebranżowienia gospodarstwa w tak krótkim czasie. W dodatku z nowym biznesem startowałaby nie od zera, lecz z balastem długów. W ubiegłym tygodniu przedstawiciele hodowców ponownie protestowali na ulicach Warszawy. Żądają odszkodowań podobnych jak w innych krajach — w Norwegii około 770 zł za zwierzę, w Holandii 170-310 zł, w Czechach 900-1160 zł. W polskim projekcie nie przewiduje się ich wcale.
Tymczasem Sonia Tyrka szacuje, że jej gospodarstwo powinno otrzymać z budżetu państwa blisko 70 mln zł. Beata Wieczorek podkreśla, że upadek przedsiębiorstw, który będzie skutkiem ustawy forsowanej przez rząd, sprawi, że na lodzie zostanie rzesza ich pracowników. To często ludzie bez specjalistycznego wykształcenia, którzy nie znajdą zatrudnienia w innym fachu. Tylko w województwie lubuskim kilkanaście ferm zatrudnia obecnie ponad 200 osób.
— Obawiam się, że będzie tak samo jak po upadku PGR-ów — podsumowuje szefowa fermy z Lubartowa.
OKIEM PARLAMENTARZYSTY
Odszkodowanie jest obowiązkiem państwa
KRZYSZTOF KWIATKOWSKI, przewodniczący senackiej Komisji Ustawodawczej
W ramach prac komisji ustawodawczej zdecydowaliśmy się zasięgnąć opinii i zlecić analizy pokazujące, jakie rozwiązania przyjęto w innych państwach, w których wygaszono hodowlę zwierząt futerkowych. Mam na myśli w szczególności Holandię, Norwegię i Republikę Czeską. Uważam, że jeśli państwo podejmuje decyzję o zamknięciu lub znacznym ograniczeniu działalności gospodarczej w danym obszarze, to jego obowiązkiem jest przyjęcie czytelnych, jasnych i adekwatnych mechanizmów odszkodowawczych. Właśnie dlatego pracujemy nad analizami, które umożliwią ich zaproponowanie.