Sami, tymi zaworami, odkręcamy przyszłość

Adrian Chimiak
23-05-2006, 00:00

Gdybyśmy liczyli tylko na szczęście, to gralibyśmy w totolotka. Nasz prawdziwy kapitał to głowa — uważają właściciele Wakmetu.

Ich wyroby znajdują się w większości polskich elektrowni, elektrociepłowni, stoczni i hut. Z zaworów Wakmetu korzystają między innymi elektrownie: Kozienice, Bełchatów, Konin, Dolna Odra i Opole.

— Eksport stanowi od 30 do 40 proc. produkcji. Głównymi zagranicznymi odbiorcami są Niemcy, Czechy, Francja, Belgia, Hiszpania, Włochy i Rosja, ale nasze wyroby można również znaleźć w Brazylii, na Haiti czy Wyspach Dziewiczych — wylicza jeden z czterech właścicieli przedsiębiorstwa z Opolszczyzny, Kazimierz Kaczmarek.

W asortymencie dwa tysiące wyrobów armatury przemysłowej (zawory i zasuwy), przystosowanych do przepływu wody, pary, pary przegrzanej, kwasów i zasad.

— Nie ma w tym za grosz romantyzmu — śmieje się Andrzej Wilczyński, współwłaściciel Wakmetu.

Firmę założyło w 1991 roku czterech doświadczonych pracowników jednej z głuchołaskich fabryk armatury, którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w upadającej, źle zarządzanej firmie państwowej.

— Chcieliśmy zarabiać pieniądze, mieliśmy wiedzę i rozeznanie rynku, ale żaden bank nie chciał nam dać kredytu. Chodziliśmy od drzwi do drzwi, w końcu, sięgając po ostateczny argument, czyli znajomości, namówiliśmy jeden z banków. Kredyt spłaciliśmy, teraz to oni pukają do nas — wspomina Andrzej Wilczyński.

Tajemnica sukcesu

— Nasz prawdziwy kapitał to głowa. Owszem, ryzyko zawsze jest duże, ale można je zminimalizować, a sposobem na to stała się wszechstronność. W tej branży część towarów ma zbyt zimą, część latem, należało więc tak rozszerzyć asortyment, aby uniezależnić się od koniunktury związanej z porami roku — zwierza się Kazimierz Kaczmarek.

Sukcesu Wakmetu dopatruje się w nowatorstwie i elastyczności. Wiele razy fabryka była jedynym producentem danej części w Polsce.

— Najwięcej zarabiamy na zleceniach indywidualnych. Ogromnie ważna jest dyspozycyjność i współpraca z klientem. My, w razie awarii, wsiadamy w samochód, pędzimy do elektrowni i pracujemy wraz z tamtejszymi inżynierami — zaznacza Wilczyński.

Mimo że zakład opatentował już ponad 100 pomysłów, głównie wzorów użytkowych i konstrukcji, szefowie Wakmetu kręcą z niezadowoleniem głową — wciąż konkurencja wytwarza zbyt podobne wyroby.

Wakmet jest stałym gościem na wielu ważnych imprezach wystawienniczych, miał swoje stanowisko m.in. na targach Achema 2006 (15-19 maja) we Frankfurcie.

Dajemy pewną pracę

— Zasady marketingu stosujemy nie tylko na zewnątrz, choć to właśnie na targach staramy się prezentować swoje wyroby — przekonuje Andrzej Wilczyński, który w trakcie rozmowy ze mną przykleja płyty CD z prezentacją wyrobów firmy do najnowszych folderów.

Zakład prezentuje się dobrze nie tylko z zewnątrz, ale też od środka. Pomieszczenia, na które podzielona jest hala, są schludne, dominuje kolor niebieski. W hali maszyn panuje spory hałas, pod ścianami leżą poukładane narzędzia. Czysto.

— Naszą najlepszą wizytówką jest wysokiej jakości produkt wytwarzany przez naszych pracowników. Oni właśnie, obok skutecznej promocji na rynku, zapewniają nam dobrą markę — mówi Kaczmarek.

Wakmet zatrudnia 170 osób, głównie okolicznych mieszkańców, dla których ważniejsze od wysokich pensji w Niemczech i Holandii są pobyt z rodziną i praca na miejscu (szacuje się, że z Opolszczyzny wyjechało do pracy na Zachodzie około stu tysięcy mieszkańców).

— Wracamy do sprawdzonego systemu szkoleń, chcemy przywiązywać ludzi do siebie. Tu pracują nasze rodziny i znajomi, staramy się być przyjazną firmą, bo to się opłaca. Podczas pracy nie słuchamy Mozarta, maszyny są zbyt głośne, ale kwiaty można tu spotkać — mówi najstarszy z czterech właścicieli, Zbigniew Krzywdziński, działacz podziemnej Solidarności.

Przyszłość na miejscu

Jeżdżą po Polsce, zwiedzają świat. Czy myśleli nad zmianą lokalizacji firmy? — Eee, gdzie nam będzie tak dobrze jak w Bodzanowie? — śmieją się założyciele Wakmetu.

Do czeskiej granicy mają dwa kilometry, współpracują z tamtejszymi zakładami, oferują nawet ich wyroby na polskim rynku. Jednak czasami prowincja daje się we znaki.

— Choć zaletą małych miejscowości powinny być mniejsze podatki, mamy nieraz wrażenie, że gmina chciałaby w nas widzieć żyłę złota. Przydałyby się też lepsze drogi. Niektóre elementy ważą nawet 10 ton, trzeba je przetransportować.

— Ciągle słyszymy, że mieliśmy szczęście. Gdybyśmy na nie liczyli, to zagralibyśmy w totolotka. Choćby człowiek był doskonale wykształcony, to bez zawierzenia własnym umiejętnościom i pomysłom nie zrobi interesu. Sami tymi zaworami odkręcamy swoją przyszłość — Kazimierz Kaczmarek pokazuje na tysiąckilogramowy element armatury przemysłowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Chimiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Sami, tymi zaworami, odkręcamy przyszłość