Nie ma już podziału biznesmenów ze względu na wyznanie. Został za to inny: uczciwi i kombinatorzy — mówi ks. biskup Tadeusz Szurman, zwierzchnik diecezji katowickiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.
— A etos pracy jest, gdy jest praca. U nas, na Śląsku jej nie ma, to o etos trudniej. W Katowicach i tak najlepiej... Gdzie indziej — czarna rozpacz! Proszę mi powiedzieć, jak mam dodać otuchy górnikowi, który przykładał się, pracował wzorowo i ciężko? A teraz zwalniają go tak jak i lumpa! — dorzuca z pasją.
Przed wojną wielcy katowiccy przemysłowcy to również ewangelicy: Winckler, Grundmann, Holze. Fakt, czerpali zyski, ale i rozwijali miasto. Choćby dzielnicę Giszowiec, stworzoną dla górników. Każda rodzina mieszkała we własnym domu. A infrastruktura? Koleje, szkoły, obiekty sportowe... Także dzięki m.in. ewangelikom pod koniec międzywojnia Katowice znalazły się w pierwszej trójce światowych metropolii o najbardziej rozwiniętej infrastrukturze. A dziś?
Forum Inteligencji Ewangelickiej szukało intensywnie sponsorów na stypendia dla najbiedniejszych dzieci ze swoich szkół.
— Okazało się, że wśród najbogatszych nie ma ewangelików — ocenia ksiądz biskup. — Prowadzą niewielkie firemki, są też naukowcy, wykładowcy, były premier... Ale nowobogackich — nie ma! Może to i dobrze! No bo jak się dzisiaj robi wielki biznes? Nieuczciwość, łapówki. Krwiożerczy kapitalizm, wyzysk absolutny. A dla ewangelików ważna jest odpowiedzialność. Umiar. Uczciwość. Zresztą dla katolików również. Wiara po prostu nie pozwala chodzić na skróty!
Zelowianka
Wyrosła w kalwińskim Zelowie, kiedyś miasteczku czeskich tkaczy. Przodkowie mieszkają w Polsce od pokoleń, przybyli równo 200 lat temu, lecz ona nadal potrafi mówić w ich języku. Tyle że słowa coraz bardziej umykają, bo mało okazji, by je ktoś usłyszał.
Inżynier budowlany Wiera Rumocka piecze chleb. Nie sama. Ma własną piekarnię z sześćdziesięcioma pracownikami.
— W Łodzi troska o zatrudnionych uchodzi za przeżytek. 20-procentowe bezrobocie zrobiło swoje. My... staramy się pomagać. Dalibyśmy sobie radę w okrojonym składzie, ale... Niektórzy pracują u nas od początku... To nie byłoby fair! — mówi przejęta. Jej firma pomaga pracownikom, dorzuca grosza na studia i kursy zawodowe.
Wypieki zapełniają półki łódzkich i podłódzkich sklepów. Wspólnikiem jest katolik — Karol Olszański, piekarz od kilku pokoleń, podobnie jak ona wysoko ceniący obowiązek i pracę.
Ich biuro mieści się w piekarni — blaszanym pawilonie w środku Bałut, dzielnicy Łodzi o złej sławie. Od lat chcą go wykupić od gminy. Zawzięli się: bez łapówki. No i czekają...
Etos pracy? Że została w nim wychowana — jak mówi — zdała sobie sprawę dopiero przed naszym spotkaniem.
— Czytałam w Biblii o pracy, w kościele wiele się o tym mówi. Tyle że naprawdę to ja ten etos pracy mam w sobie, bo wyniosłam go z domu. Był czymś tak naturalnym, że nigdy nie zdawałam sobie z niego sprawy. On nakręca. Każe iść dalej — mówi współwłaścicielka PPHU Maxi.
Matka była protestantką, ojciec — niepraktykującym katolikiem o mentalności pracowitego ewangelika. Oboje zaś — tkaczami. Praca była codziennością, dawała nadzieję na coś lepszego, a entuzjazm wyzwalał przyjemność i zadowolenie.
— Mama — tkając — śpiewała. Pomagałyśmy jej z siostrą. Uwielbiałyśmy, kiedy pracowała i nuciła czeskie pieśni. To było misterium, a nie — jak wielu to postrzega — codzienna harówka — wspomina Wiera Rumocka.
W latach 50. ojciec postawił dom. Sam robił fundamenty, sam stawiał kamień po kamieniu. Nie czekał, co dostanie od socjalistycznego państwa. Lirowscy (bo tak brzmi nazwisko panieńskie Wiery Rumockiej) mieli więc dom, sad, pięknie ukwiecony ogród z 40 ulami. I fundamenty innego rodzaju: sumienność, rzetelność, stałość przekonań.
Jej dorosłe życie? Kalka dzieciństwa — tak sobie wymarzyła. Jak rodzice zaczynała od zera. Nie chciała słyszeć o pomocy. Znikąd. Mąż — niepraktykujący katolik — dorównuje jej pracowitością. Mają dwoje dzieci — protestantów: córka pracuje i studiuje w USA (sama finansuje sobie szkołę), syn — już po studiach — pomaga w firmie.
— No cóż, nie udało mi się odtworzyć domu takiego, jaki dała nam moja matka. Dobrze choć, że mam pewność, że za cokolwiek moje dzieci się wezmą, zrobią to dobrze. Od początku do końca — trochę żałuje, a trochę się cieszy.
Ostatnio Wiera Rumocka urządzała stoisko z własnym pieczywem i ciastkami w eleganckiej Galerii Łódzkiej. Pracowała po 18 godzin na dobę.
— Satysfakcję miałam taką, że zmęczenie gdzieś ulatywało. Byłam lekka jak piórko — wspomina z uśmiechem.
Z eteru
Dom, w którym jest studio nagrań, góruje nad Wisłą. Zbudował go Henryk Król z bliskimi przyjaciółmi — na ojcowiźnie. Siostra zaprojektowała studio zgodnie z zasadami akustyki. Cicho tu, spokojnie, nie ma pokus — można pracować. Henryk Król — luteranin, wiceprezes i dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Deorecordings, prezes zarządów Studia DR i MCC Group — otwiera drzwi, zza których słychać muzykę. To przygotowania ścieżki dźwiękowej kolejnej płyty.
— Czym się różnimy? Kościół katolicki zorientowany jest raczej na szukanie sprawiedliwości, w tym społecznej, uwrażliwianie na słabszych i pokrzywdzonych, na duchowe wyciszenie i religijną refleksję. Jest to bardzo dobre, ale, moim zdaniem, pasywne podejście do rzeczywistości: wszystko wynika z woli Boga, należy to znieść w pokorze, nie narzekając — mówi.
Protestanci — podkreśla — przyjmują aktywne założenie, że — z pomocą bożą — zawsze jest wyjście: nawet złe trzeba rozpoznać i przeanalizować. I dopiero wówczas przychodzi czas na decyzję. Taka postawa nie pozwala biernie przejść przez życie, a więc także prowokuje przedsiębiorczość.
— Ta indywidualna i społeczna aktywność... Dlatego żywimy przekonanie, że w Polsce należy zmienić system podatków oraz wydatków na cele społeczne — mówi także w imieniu współwyznawców Henryk Król. — Niskim podatkom powinien towarzyszyć mechanizm motywacji, skłaniający do dzielenia się zyskiem. Polacy ciągle porównują własne życie do kolorowych katalogów. A na Zachodzie wiele społecznych potrzeb finansuje się z prywatnych, dobrowolnych funduszy. Może i dlatego w Polsce, przez ten egoizm, poziom etyki w życiu gospodarczym utrzymuje się na dramatycznie niskim poziomie.
Niestety — zachowuje realizm Henryk Król — także nie wszyscy luteranie to wzory w wypełnianiu etosu pracy. Na własny rachunek zrobili ze swoim życiem, co chcieli. A przecież i w ich domu rodzinnym — jak i w jego — stale podkreślano wartość nauk Pisma Świętego Ojciec Króla, profesor Politechniki Śląskiej, całym życiem zawodowym pokazywał dzieciom, że można żyć w zgodzie z wiarą. I odnosić sukcesy.
Nauczyciel
Sypie śniegiem. Ale podjazd do XIX-wiecznego budynku jest wymieciony, choć w przerwie semestralnej w szkole pozostał tylko dyrektor.
— Taki ze mnie dyrektor, który sam odgarnia śnieg z podjazdu. Muszę oszczędzać, by zbilansować koszty — śmieje się Witold Kubik, luteranin, właściciel Prywatnej Szkoły Policealnej, dyrektor Publicznego Liceum Ogólnokształcącego w Bielsku-Białej. — Mam uprawnienia do obsługi kotła gazowego c.o. i elektryczne... Pomaga mi żona (zajmuje się finansami szkoły). Przejrzystość jest ważna w liceum, działającym dzięki dotacji oświatowej samorządu Bielska-Białej. Dzieci nie płacą za naukę, ale placówka jest pod lupą. Moje liceum to pierwsza szkoła w województwie śląskim, powstała wskutek ustawy, zezwalającej osobom fizycznym prowadzić publiczne szkoły.
Kiedy z grupą braci w wierze zakładał w 1988 roku Towarzystwo Oświatowe im. Mikołaja Reya, zamierzali w parafii prowadzić liceum z założenia ewangelickie, ale dostępne dla wszystkich. W Cieszynie na przykład wprowadzono parytet 30 proc. dzieci ewangelickich. Ale tak akurat w Bielsku-Białej nikt nie chciał robić...
— W moim nowym liceum etos uczciwej pracy to nie gadanina: surowo karzemy odpisywanie, ściąganie i podpowiadanie. Nie pytamy o wyznanie, chcemy przygotować do życia uczciwą, otwartą młodzież — mówi Witold Kubik. — Wprowadzamy np. lekcje nowoczesnych technik nauczania, kojarzenia faktów, szybkiego czytania, zapamiętywania.
Szkoła to dobry biznes? Dyrektor przecząco kręci głową.
— Jestem z pochodzenia siedlokiem, wnukiem śląskich chłopów — wolnych i zamożnych. Takich, których dzieci kształciły się na prawników, lekarzy, pastorów — podkreśla z dumą. — Czasem ten śląski, protestancki etos pracy pomaga w stosunkach z ludźmi. Czasem przeszkadza. Wielu przedsięwzięć nie realizowałem, gdyż było mi wstyd obchodzić prawo.
Presja wyznaniowej gminy nie ma tu nic do rzeczy, bo w Bielsku jest tej kontroli o wiele mniej niż kiedyś w rodzinnej wsi Jasienicy: rozproszone grupy parafian nie znają się za dobrze — tyle co ze spotkań na nabożeństwach.
— Najważniejsze jest zaufanie rodziców — również i katolików. Nie mogę ich zawieść. Czy pani by chciała, żeby pani dzieci uczył ktoś nieuczciwy? — mówi dyrektor.
Luter z Jaworza
Mała firma w kamienicy przy XIX-wiecznej uliczce w Bielsku-Białej. Szyld i strzałki do pokoju właściciela.
— Nie łączę wyznania luterańskiego i prowadzenia firmy. Ale wyniosłem z domu oraz Kościoła jakiś obraz świata i uczciwie prowadzę firmę, tak też traktuję klientów, a w przypadku problemów — staję po ich stronie. To się też opłaca ekonomicznie, bo tak zdobywam stałych kontrahentów — mówi najmłodszy z rozmówców Marek Heinrich, luteranin, właściciel spółki Esco z Bielska-Białej (sprzedaż sprzętu komputerowego i obsługa informatyczna). — Mam na przykład takiego klienta, który — gdy dzwoni ze zleceniem — mówi pół żartem: „No pan jest porządny luter z Jaworza, to ja chcę pana tu zobaczyć”.
Wyznanie pomaga mu też zdobywać zamówienia. Luterańskim parafiom dostarcza sprzęt i tworzy internetowe strony.
Trudna sytuacja gospodarcza wymusza jednak zmiany, które wcale nie są w smak właścicielowi — choćby w doborze ludzi.
— Kiedyś pilnowałem, czy znam kogoś z parafii. Dziś mam 8 pracowników i nie mogę sobie pozwolić, by zatrudniać dobrych i uczciwych, ale mało fachowych. Właśnie dlatego rozstałem się z jednym ze współwyznawców — przyznaje.
Żonę ma ewangeliczkę. Różnice religijne w młodym pokoleniu zaczynają się zacierać, ale pokolenie rodziców przykłada jeszcze wielką wagę, by rodzina była ewangelicka. Obecność we wspólnocie jest dla niego ważna. Lubił śpiewać w chórze, jeździł na koncerty i konkursy. Wróci do tego, kiedy odchowają z żoną małego synka...
Taka klinika
Ładny, sterylnie czysty w środku dom z ogrodem to prywatna klinika: Ośrodek Medycyny Prewencyjnej w Ustroniu.
— W mojej filozofii opieki nad chorym należy roztoczyć opiekę nad sferą emocjonalną, duchową pacjenta, a nie tylko nad chorym narządem. Bóg, tworząc człowieka na swój obraz i podobieństwo, stworzył go jako jedność dusza-ciało — zaznacza na początku rozmowy właściciel kliniki, lekarz Henryk Wieja, luteranin.
Stara się więc dopomóc chorym, by odzyskali nie tylko zdrowie, ale także równowagę psycho-emocjonalną, nie zapominali o więzach międzyludzkich czy otwartości na Boga.
— Pacjenci się dziwią, dlaczego każdemu poświęcam tak wiele czasu. Chcę pomagać ludziom całościowo. Problemy zdrowotne często wynikają nie tyle z danej jednostki chorobowej, ile m.in. ze złego stylu życia, braku stabilizacji czy też ze stałego stresu. Taka pomoc wymaga czasu i stałej współpracy z pacjentem — wyjaśnia lekarz.
W zatrudniającym 8 osób ośrodku jest jedynym lekarzem w pełnym wymiarze godzin. Inne, samodzielne gabinety lekarskie w klinice współtworzą zespół zajmujący się pacjentem. Można tu zrobić badania kompleksowe (w tym także EKG, USG i spirometrię) w czasie jednej wizyty. Ośrodek ma cztery działy: kliniczny (diagnostyka i terapia), rehabilitacji (przywracanie sprawności), aktywności ruchowej (np. fitness) oraz poradnictwa — czyli pomoc ludziom w trudnych sytuacjach czy zaburzeniach osobowych.
— Pochodzę z Bielska-Białej. W rodzinie od zawsze była tradycja kształcenia, staranność w doborze partnera życiowego, przykładanie olbrzymiej wagi, by nie iść na kompromis w wyznawanych wartościach. Dlatego jestem dumny, że moje dzieci kontynuują pasje rodziców. Syn jest na IV roku akademii medycznej, a córka studiuje dziennikarstwo: idzie w ślady matki, wydającej pismo „Nasze Inspiracje” — w głosie lekarza słychać szczerą radość.
Chciałby zostawić po sobie wielu myślących i pracujących podobnie. Ale nie stanęły przy nim tłumy... W czasie wprowadzania reformy zdrowia zaczęło ubywać pacjentów. Zastanawiał się, co dalej... Po krótkim impasie — pacjentów zaczęło przybywać. I stale przybywa. Dlaczego? Tego racjonalnie nie jest sobie w stanie wytłumaczyć.
— Dla wielu jestem powiernikiem i przyjacielem, daję komfort zarówno jako lekarz, jak i osoba, przed którą mogą się otworzyć — mówi, mimowolnie podając chyba powody, dlaczego pacjenci coraz częściej przestępują próg jego kliniki.
Obserwatorzy
Anna i Piotr Kurek są z pokolenia trzydziestolatków. Pracują w ubezpieczeniach.
— Solidności nie gwarantuje żadna religia. Dobrej kindersztuby nic nie zastąpi — mówi Piotr Kurek, sekretarz zarządu w Stowarzyszeniu Przedsiębiorców Ewangelickich.
Oboje przyznają jednak, że większym zaufaniem obdarzają kontrahenta protestanckiego.
— Nie dyskryminujemy. Ale jesteśmy mniejszością i wszystko o sobie wiemy.
Mówią, że są solidni, rzetelni. Co to znaczy?
— Płacimy w terminie, nie spóźniamy się, słowo znaczy czyn, szanujemy czyjąś pracę. Jesteśmy uczciwi, ale nie głupi. Nie czujemy się jakoś wykorzystywani — wyjaśnia Piotr.
Co właściwie mobilizuje ewangelików w codziennym życiu? Wiara w to, co robią, zamiłowanie do pracy — raz. Tradycja (religijna i społeczna) — dwa. Ale i katolicy, wśród których są mniejszością.
— Kiedy postępujemy dobrze, to mówią: „Nic dziwnego, wszak to ewangelicy”. Jak źle: „No bo to ewangelik” — sumuje Piotr Kurek. — Stale jesteśmy pod lupą.
Ale czy to źle?