Śmierć w hidżabie

Wojciech Surmacz
05-08-2005, 00:00

Nad Morze Czerwone wpadli terroryści. Urządzili piekło.

Tej nocy diabeł machał ogonem w Egipcie. Najpierw przejmujący świst, ogłuszający huk, ściana ognia. Setne sekundy: w rozerwane powietrze wzbił się potwornie gęsty tuman „czegoś” i opadł... Krwawy deszcz — mieszanka ludzi, betonu, metalu i szkła. Fala uderzeniowa rozpyliła tę miazgę w promieniu kilkuset metrów od epicentrum wybuchu. Martwa cisza. Gryzący dym. Mocna woń prochu. Potem coś, czego się nie zapomina… Rozpacz.

Rafy są git

Perła egipskich kurortów, położona na najdalej wysuniętym na południe krańcu półwyspu Synaj. Leży nad Morzem Czerwonym przy basenie Akaba u brzegu zatok: Shark, Naama i Maya z Hatabą. Wita gości tropikalnym klimatem, kryształowym błękitem wody, ogrodami koralowców, pięknymi plażami… Sharm el Sheikh!

„Kolor morza zabija, zwłaszcza w połączeniu z klifami. O rafach wiele nie trzeba pisać, są git. Rybki właściwie udomowione, przy hotelach upasione do nieprzyzwoitości, bo turyści mimo zakazów dzielą się z nimi śniadaniem” — pisze Dunia z grupy dyskusyjnej pl.rec.turystyka., zorganizowana w wątku „Sharm — obalone mity ;)”.

Sharm uważany jest za światową mekkę pasjonatów nurkowania ze względu na podwodny park krajobrazowy Ras Mohammed (na lądzie otoczony unikatowymi lasami namorzynowymi), rejon Ras Um Sid, uchodzący za eldorado płetwonurków, i bliskość Blue Hole —najsłynniejszej rafy Akaby.

Na deser Naama Bay. Turystyczne serce całego regionu. Pełne klimatycznych sklepików, barów, kawiarni i restauracji usytuowanych wzdłuż zadbanej promenady. Naama tętni życiem nocą. Deptak wypełnia się barwnym tłumem turystów, aromatem owocowego tytoniu palonego w sziszach (arabskie fajki wodne) i zapachami znakomitej kuchni arabskiej (na przykład soczystej wołowiny z rusztu lub grillowanych ośmiorniczek w pomidorach!).

— A jak się już komuś znudzą typowo egipskie klimaty, może pójść do Hard Rock Cafe, Planet Hollywood albo zjeść w McDonaldzie. Do wyboru, do koloru. Nie spotkałam jeszcze klienta naszego biura, który wyjechałby stąd niezadowolony — zapewniała Karolina Hajduk, rezydentka TUI Polska, na rutynowym spotkaniu w recepcji hotelu Cataract Layalina Resort.

Tak miało być…

Zakaz wjazdu

Trzeciego dnia pobytu w Naama Bay, mieliśmy jechać nocą do Kairu. Było późne popołudnie, piątek, 22 lipca. Na przejściu z plaży do hotelu marmurowe schody — akurat mył je chłopiec z obsługi. Loczka (żona) szła przodem. Zrobiła krok na zlane wodą stopnie, zdążyła rzucić przez ramię:

— Uważaj, bo się poślizgniesz!

I w tym momencie jej nogi znalazły się na wysokości ramion. Z blisko metrowego pułapu wyrżnęła kręgosłupem prosto w ostry kant kamiennego stopnia. Cięta rana pośrodku kręgu lędźwiowego, ogromny ból, mrowienie, niedowład... Nie wiadomo — co robić? Telefon do rezydentki — szybka relacja z zajścia. Ta odpowiada: na życzenie natychmiast zamówi wizytę lekarza — przyjedzie do hotelu. Z pewnością będzie chciał zabrać żonę do szpitala, zrobić rentgen. W sumie cały ambaras miałby kosztować 200-300 euro. Trochę dużo. Wszystko pokrywa ubezpieczenie, ale dopiero po powrocie do kraju.

— Pomyślimy. Do usłyszenia za godzinę.

— OK. Na pewno zadzwonię —rozłączyła się pani Karolina.

Nie minęło pół godziny, gdy nagle ktoś zaczął nerwowo dobijać się do drzwi. Rezydentka nie mogła się dodzwonić i postanowiła przyjechać bez pytania.

— To kręgosłup, nie ma się nad czym zastanawiać. W szpitalu jest znajomy Egipcjanin — pomoże. Pojedziemy moim samochodem — zakomunikowała.

Kilka kilometrów za miastem, szklana piramida niemalże wielkości Pałacu Kultury, czyli International Hospital Sharm el Sheikh. Po pustych korytarzach prowadzi nas Mohamed Abdel Hady:

— Tutaj piątek to jak u was niedziela. Nikt nie pracuje. W całym szpitalu jest tylko jeden lekarz, tylko jeden — podnosił do góry wskazujący palec Mohamed.

I pocieszył:

— Na szczęście ten, co jest, to specjalista od kości!

Doktor, gdy tylko poczuł zapach obcej waluty, przyjął chorą bez wahania. Oględziny, zastrzyk przeciwbólowy, prześwietlenie. Diagnoza: kręgosłup w stanie nienaruszonym, za to mocno stłuczony. Uff… Recepta, leki i leżeć minimum dwa dni. Nici z Kairu. Powrót do hotelu. I kolejna niespodzianka: wjazd do miasta zabroniony. Lawety wywożą wszystkie samochody zaparkowane na terenie Naama Bay. Na posterunku przy bramie głównej wozy bojowe i grupa żołnierzy z automatami wycelowanymi w każdego, kto chciałby swoim autem złamać zakaz… Chcieli czemuś zapobiec?

— Egipcjanie tak czasami robią. Spróbujemy inną, boczną drogą. Dla miejscowych — uspokaja pani Karolina.

Udało się. Teraz tylko hotel, prysznic i spać...

Inszallah

Pierwsza eksplozja. Potężny grzmot rozdziera noc. Wyrwani z głębokiego snu. Co to? Sztuczne ognie? Loczka biegnie na taras. Krzyczy:

— Zobacz, co się dzieje!

Słychać jakieś wrzaski i tupot… Tłumu?

— Żołnierze mówią, że to…

Świst, gigantyczny huk i wstrząs. Oboje lądujemy na podłodze. Nieme kino – nic nie słychać. Tym razem musiało walnąć bardzo blisko. Popłoch. W piżamach wybiegamy z hotelu, porywa nas pędzący na oślep tłum.

— To the beach!!! — wrzeszczy ubrany na czarno egipski tajniak.

Na plaży tysiące ludzi. Większość to Arabowie: Palestyńczycy, Egipcjanie, Jordańczycy, Saudowie… Przerażeni szepczą: „inszallah” (dosłownie: wola boża). Padają na piasek. Ktoś intonuje modlitwę, kobiety w hidżabach odpowiadają. Masa muzułmanów wzywa Allaha! To my — Jezusa Chrystusa! Z nieba leci jakiś pył. Wokół gęsty dym, ledwo coś widać. Co się dzieje? Walnie jeszcze? Z nikim nie idzie się dogadać. Gdzieś słychać język angielski. Idziemy tam. Na wielkim rowerze wodnym siedzi grupka młodych ludzi. Anglicy. Jeden z nich — Jack — głośno rozmawia przez komórkę. Już wszystko jasne:

— Gadam z matką. Na SkyNews właśnie podali: trzy zamachy w Sharm el Sheikh. Dwa w Naama, jeden siedem kilometrów dalej — na bazarze w starym Sharm. Samobójcy. Al-Kaida — relacjonuje.

Kilka dni temu przyjechali z Londynu. Odpocząć od zamachów… Sączyli sobie drinki na tarasie widokowym restauracji vis-`a-vis hotelu Cataract. Najpierw usłyszeli huk, zobaczyli w powietrzu kulę wielobarwnego ognia. Arabskie fajerwerki? Nawet się podobały… Po kilku minutach nie było im jednak do śmiechu. Podmuch fali uderzeniowej drugiego wybuchu prawie zmiótł ich z powierzchni restauracyjnego dachu.

— Leciały na nas jakieś szmaty, nie wiadomo co. Teraz zaczyna do mnie docierać, że to mogły być fragmenty ludzkich ciał — Elizabeth, jedna z brytyjskich turystek, nie chce wierzyć we własne słowa.

Mniej więcej po godzinie od drugiego wybuchu chaos na plaży w Naama Bay ustał. Telefon do rezydentki. Zaskoczona. Mieszka za lotniskiem, kilka kilometrów od miasta. Nic nie było słychać.

— Proszę czekać na kontakt —ucięła.

Po kilkunastu minutach.

— Potwierdzam zamachy. Nasze centrum kryzysowe już działa, uruchomiliśmy specjalne procedury bezpieczeństwa. Sprawdziłam państwa hotel, jest bezpiecznie. Proszę tam wrócić, nie wychodzić i czekać na kontakt. Postaramy się zrobić wszystko, by państwo czuli się dobrze — rezydentka starała się zachować zimną krew.

Uderzenie w żołądek

Do zamachów przyznały się Brygady Abdullaha Azzama — Al-Kaida w Syrii i Egipcie. BBC w relacjach z 23 lipca podało, że brytyjscy analitycy szukają analogii pomiędzy ostatnimi zamachami w Sharm i wcześniejszymi, dokonanymi w Luksorze w czerwcu 1997 roku. W 12 miesięcy po zamachach w Luksorze, podobnych w skali do zamachów z ostatnich dni, przychody Egiptu z turystyki spadły o ok. 20 proc., co przełożyło się na ok. 700 mln USD straty! Spadek obrotów o 20 proc. odpowiadałby obecnie 1,2 mld USD, co daje 1,3 proc. w proporcji do egipskiego PKB!

— Zamachy w Sharm pochłonęły co najmniej 88 ofiar — 70 z nich to Egipcjanie! Ponad 200 jest rannych, zdecydowana większość to moi bracia! To było uderzenie w naszą gospodarkę! Terroryści przelali krew Egiptu! Za rok nikt nie przyjedzie, nie będzie pieniędzy, jedzenia… To może oznaczać dla nas koniec! — wołał zrozpaczony Ahmed, recepcjonista hotelu Creative Mexicana.

Do domu

W Catarct oblężenie recepcji. Arabowie opróżniali sejfy; pakowali do walizek dziesiątki plików banknotów, zwoje biżuterii. Na śniadaniu pojawiły się tylko cztery osoby (łącznie z nami). Do południa cały kurort opustoszał. Naama Bay było wymarłym miastem. Około godz. 16 rezydentka zorganizowała nam przerzut do Hotelu Creative Mexicana — na uboczu, z dala od ludzi… Lepszy od Cataract?

— Teraz? Każdy hotel na byle zadupiu jest lepszy od najlepszego w Naama — mówił Mahmoud, Egipcjanin odprowadzający nas do taksówki.

Płakał. Powiedział, że nawet nie chce myśleć, co będzie za tydzień, dwa. Bo my uciekniemy do domu, a on? Też by uciekł, ale jego dom jest tutaj…

Pierwszy czarter dla uciekinierów z Sharm el Sheikh podstawili Szwajcarzy. Polska rezydentka zadbała, byśmy znaleźli się na jego pokładzie. W trakcie rejsu opieka psychologów, na lotnisku w Zurychu kordon sanitarny… Potem lot do Warszawy i już byliśmy w domu… Bezpieczni. I pomyśleć, że druga bomba wybuchła około godziny 1.15 na parkingu — jakieś 50 metrów od naszego hotelu. Z tego miejsca i o tej porze mieliśmy odjechać do Kairu. Wszyscy turyści, którzy siedzieli wtedy w autokarach, nie żyją. Gdyby pani Karolina nie zabrała nas do szpitala, pewnie byśmy pojechali…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Śmierć w hidżabie