Czytasz dzięki

Subtelny flirt z publicznością

Rozmawiała Karolina Guzińska
opublikowano: 01-10-2020, 18:22

Opera uławia odrabianie lekcji z życia, trzeba jednak pokazywać ją intrygująco, wierząc w inteligencję widza – mówi Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie.

Fot. Andrzej Szkocki

Do teatrów chodzimy w maseczkach. Żeby zachować dystans, zajmujemy co drugie miejsce. Czy instytucje kultury mogą się utrzymać przy tak okrojonej widowni?

Jacek Jekiel: Nie mogą. Nasze budżety są skorelowane zarówno z kosztami, jak też przychodami ze sprzedaży biletów. Jesteśmy zobowiązani  do ograniczenia puli miejsc na widowni do 50 proc., a po wejściu do żółtej strefy do 25 proc. Łatwo więc policzyć bezpowrotnie utracone przychody.
Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów, Gildia Reżyserów Polskich, Związek Artystów Scen Polskich mocno naciskały na Instytut Teatralny i Instytut Muzyki i Tańca, dwie ministerialne struktury wyznaczone do rozmów z nami, by znaleźć rozwiązanie. Hanna Trzeciak, zastępca dyrektora ds. finansowych i rozwoju Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, jest pomysłodawczynią stworzenia funduszu zasilonego publicznymi pieniędzmi i rozdysponowania go tak, m.in. biorąc pod uwagę liczbę odwołanych przedstawień, by teatry jeszcze w tym roku dostały pieniądze, które pozwolą im przetrwać. Jeśli trudny czas się przedłuży o kolejne miesiące, będziemy zabiegali, by ten system zadziałał też w przyszłym roku. Projekt rozporządzenia został już podpisany przez ministra kultury, lada moment zostanie upubliczniony i poznamy mechanizm aplikowania o te pieniądze. Zostały przyznane ustawą covidową w sierpniu, lecz procedura nieco trwała. Teraz czekamy już tylko na rozporządzenie wykonawcze. Czasu nie jest zbyt wiele, bo pieniądze publiczne trzeba podzielić do końca listopada.

Czy ma pan plan B na wypadek kolejnego lockdownu?

Sytuacja jest dość kuriozalna. Gdyby brać pod uwagę codzienne doniesienia, to raczej nie napawają optymizmem. Nie należy jednak patrzeć na całą Polskę jako miejsce, w którym wszędzie dzieje się tak samo źle. Rozróżnienie powiatów czy miejscowości, które powinny stosować szczególne obostrzenia, zamiast rozpościerać je od razu na cały kraj, jest dobre. Szkoda, że ktoś nie wpadł na to wcześniej. Trzeba było wielu doświadczeń, pewnie też doświadczeń innych krajów, by to rozwiązanie zastosować. Trudno zestawiać blisko półmilionowy Szczecin z 30-40 zakażeniami dziennie z miastem, w którym chorych jest pięciokrotnie więcej. Przenoszenie tych samych zasad na jedno i drugie miasto byłoby bardzo krzywdzące dla tego, w którym jest bezpieczniej. Chodzi jednak o to, by zakażeń było coraz mniej. Bezpieczeństwo jest fundamentalną, bezdyskusyjną kwestią, dlatego w operze stosujemy wszystkie wymagane środki ochrony i reagujemy natychmiast na nieodpowiedzialne zachowania. Oczywiście plan B jest zawsze – choćby powrót do gry w trybie online – jestem jednak optymistą, inaczej nie mógłbym być dyrektorem teatru.


"Cosi fan tutte", fot. P. Nykowski

12 września Opera na Zamku zainaugurowała sezon baletem „Dzieci z dworca ZOO”. Skąd ten wybór?

Z kilku powodów. To wielokrotnie nagradzany spektakl na podstawie wstrząsającej autobiografii Christiane F., z sugestywnymi kompozycjami Davida Bowiego, ikony rocka. Najważniejsze jednak jest to, że muzyka do tego przedstawienia jest z offu, więc nie było orkiestry. Chciałem, żeby orkiestra powoli się aklimatyzowała po długiej przerwie pandemicznej, żeby nie był to od razu skok na głęboką wodę. Zagraliśmy kilka koncertów plenerowych, jednak warunki plenerowe i teatralne to dwie różne rzeczywistości. Obawiałem się psychicznej bariery zarówno u widzów, jak u artystów. Na szczęście udało się tego demona jakoś oswoić i wszyscy mamy świadomość zerojedynkową – albo podejmiemy wyzwanie i będziemy bardzo mocno pilnowali bezpieczeństwa, albo alternatywą będzie lockdown, który nas potwornie zdołował psychicznie, już nie mówiąc o innych konsekwencjach. Empatia i wrażliwość jest szczególnie wyśrubowana u artystów, więc dla nich skutki lockdownu pandemicznego były wyjątkowo bolesne. Mamy potrzebę istnienia, działania i obecność widzów, którzy do nas przychodzą, jest rodzajem misterium, święta. Nie chcemy się tego pozbawić.

Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
×
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.


"Romeo i Julia", fot. P. Gamdzyk

Jakie spektakle z nowego repertuaru chciałby pan szczególnie polecić widzom?

Na pierwszą premierę – „My Fair Lady” nazywaną pierwszym musicalem i ostatnią operetką – trzeba będzie poczekać do początku stycznia. Tym pięknym, bardzo efektownym wizualnie, przedstawieniem z muzyką Fredericka Loewego chciałem rozgonić mroczne koronawirusowe chmury, żeby ludzie mieli uciechę z wizyty w teatrze, żeby przychodzili z radością i satysfakcją.
„Crazy for you”, szalona komedia muzyczna braci George’a i Iry Gershwinów, to też niebywale efektowny spektakl, skrzący się tym, co najbardziej spektakularne w teatrze muzycznym.
Mamy też dwa fantastyczne, wielokrotnie nagradzane przedstawienia: pod koniec października operę kameralną „Proces” na podstawie kultowej powieści Franza Kafki z muzyką Philipa Glassa, a w listopadzie „Dokręcanie śruby” – pełen napięcia thriller operowy bazujący na noweli Henry’ego Jamesa z muzyką Benjamina Brittena.
Po drodze będzie też niezwykle liryczna, subtelna i intymna operowa wersja „Romea i Julii” z muzyką Charlesa Gounoda. Premierę udało się nam zrobić 14 lutego, a potem wiadomo, co się stało... Pokażemy ten spektakl po raz pierwszy od premiery.
Inne spektakle w tym roku to opera komiczna „Così fan tutte” – niezwykle fajne przedstawienie, „Zemsta nietoperza”, „Madama Butterfly”, „Wieczór baletów polskich”, a w grudniu balet Piotra Czajkowskiego „Dziadek do orzechów” dla dzieci, bo to musi być zagrane.
Gramy to, co najciekawsze. Repertuar jest intrygujący i dobrany pod kątem różnych gustów. Każdy znajdzie w nim coś, co mu się będzie podobać. Bilety sprzedają się bardzo dobrze, ponieważ publiczność jest złakniona żywego odbioru sztuki. Oglądanie „po raz enty” na płaskim ekranie nawet najpiękniejszej i najbardziej efektownej retransmisji z Metropolitan Opera lub Teatru Bolszoj nie daje tego tsunami emocji bijącego ze sceny podczas oglądania spektaklu na żywo.


"Dokręcanie śruby", fot. M. Grotowski

Jest pan znany z luzu w ubiorze, z pomocy zwierzętom – wraz z rodziną założył pan fundację Bracia mniejsi – a także z tego, że słucha pan rocka progresywnego.

Zawsze starałem się być sobą, nikogo nie udawać. Bez względu na to, czym się w życiu zajmowałem, nie odkładałem pasji, tylko je realizowałem. Zarządzanie operą jest trudnym, niezwykle stresującym zadaniem, lecz każdy potrzebuje odskoczni, możliwości zresetowania napięć, których doświadcza w pracy.

Skąd się wzięła pasja do opery?

Zaraziłem się nią wiele lat temu – choć może „zaraziłem się” brzmi teraz niefajnie – po obejrzeniu filmu „Filadelfia”. Jest tam scena, kiedy bohater grany przez Toma Hanksa pyta prawnika, w którego wcielił się Denzel Washington: „Do you like opera?”, a ten, zdegustowany, odpowiada, że nie. Wtedy Tom Hanks włącza piękną arię „La Mamma Morta” z opery „Andrea Chénier” Umberto Giordano i opowiada o tej arii, a to, o czym śpiewa Maria Callas, wybrzmiewa też w fabule filmu. Kamera pokazuje, jak wyraz twarzy Denzela Washingtona ze zirytowanego zmienia się w uduchowiony. To była moja operowa inicjacja. Wtedy pojąłem, że poza operą nie ma sztuki tak bardzo skondensowanej w sensie emocji i zawierającej tyle różnych form. To stanowi o niezwykłej sile jej odziaływania przez kilkaset lat.
Zawsze marzyłem, by opera nie była skansenem, do którego przychodzą ludzie tęskniący za czymś, co było kiedyś. Chciałem, żeby była taka jak w połowie XIX w., gdy była najsilniejsza. Wtedy bowiem podejmowała niezwykle ważne wątki życia publicznego, politycznego, obyczajowego, filozoficznego. Dyskutowano o rzeczach, które ludzi poruszały – widzowie rzucali w artystów przedmiotami i owocami. Tupali i wychodzili. Obrażano się i zdejmowano spektakle, dlatego że prezentowały niezwykle bulwersujące widzów treści. Chciałbym, żeby opera wróciła to tego sposobu artykułowania, bo wydaje mi się bardzo naturalny i à propos. Dlatego wciąż musi się zmieniać sposób narracji. Nie można pokazywać spektaklu z lat 60. XIX w. w sposób fabularny, scenograficzny, kostiumograficzny w jakim został zaprojektowany. Trzeba mieć świadomość, że publiczność z połowy wieku XIX już nie istnieje, a ta z początku XXI to są inni ludzie. Mają swoje lęki, problemy, ograniczenia, ale inne. Musimy znaleźć do nich klucz, żeby rozmawiać nie tylko o urodzie tego, co słychać ze sceny – bo do tego wystarczy założyć słuchawki i włączyć sobie Spotify, nie trzeba iść do opery. Do teatru przychodzimy, żeby zobaczyć intrygującą historię opowiedzianą językiem, który rozumiemy. Wtedy będziemy mieli pełnię przekazu, a nie tylko 30 proc. – piękną muzykę.
Opera mocno się ociera o kulturę popularną. To nie jest elitarna sztuka dla koneserów, którzy wyłuskują smaczki. Może mówić językiem zrozumiałym dla każdego, ponieważ przekazuje potężne emocje. One są uniwersalnym sposobem komunikacji. Każdy realizator, każdy dyrektor opery musi znaleźć swój klucz do komunikowania się z publicznością, pamiętając, że prowadzimy z nią bardzo subtelny flirt. Dlatego nie możemy stawiać kropki nad „i”, sprawiając, że ludzie wyjdą z teatru ze świadomością, że już za nich rozwiązano zagadkę. Stawiajmy znaki zapytania. Widz jest na tyle inteligentny, że sam sobie odpowie we właściwy dla siebie sposób.


"Proces", fot. P. Nykowski

Jaki jest pański klucz?

Obserwacja świata i ludzi. Z niej biorą się najlepsze pomysły. Od „Balu maskowego” – opery Giuseppe Verdiego pokazanej jako walka świata oficjalnego z undergroundem – po najnowszą inscenizację „Romea i Julii”: prowadzącą do tragedii walkę świata młodych i starych. Opera ułatwia odrabianie lekcji z życia, trzeba jednak pokazywać ją intrygująco, by publiczność patrzyła na spektakl jak na najpopularniejszy serial na Netfliksie.

Zdjęcie an stronie głównej: Andrzej Szkocki

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiała Karolina Guzińska

Polecane