Przeszła ona ścieżkę legislacyjną bardzo szybko, w Sejmie stosunkiem 443:1, przy 1 pośle wstrzymującym się i 15 nieobecnych, Senat zaś nie wniósł poprawek. Lada dzień znajdzie się w Dzienniku Ustaw i wejdzie w życie po 14 dniach. Obecne sankcje okazały się niewystarczające, reakcja karna powinna odpowiadać stopniowi społecznej szkodliwości czynu oraz względom prewencji ogólnej i indywidualnej. Ustawa zaostrza kodeksy, karny i wykroczeń, oraz kilka towarzyszących. Wydawało się zatem, że to bardzo potrzebna odpowiedź rządzących i opozycji na antyekologiczne rozboje.
Tym bardziej zdumiewa jeden z punktów wtorkowego posiedzenia Rady Ministrów. Tajemnicze zatrucie Odry spowodowało taką wtopę polityczną, że świeżutka ustawa okazuje się… dziurawa. Premier Mateusz Morawiecki zainicjował debatę „w jaki sposób zaostrzyć przepisy przeciwko przestępcom, którzy zrzucają szkodliwe substancje do wody”. Suchy komunikat po posiedzeniu informuje, że „omówiono także sytuację na Odrze, podjęte dotychczas działania oraz przedyskutowano temat kolejnego zaostrzenia kar i dookreślenia przepisów dla tych, którzy dopuszczają się przestępstw środowiskowych”. Premier polecił odpowiednie prace dwojgu ministrom: klimatu i środowiska oraz sprawiedliwości.
Zestawienie świeżości jeszcze nieopublikowanej ustawy oraz zapowiedzi jej zaostrzenia szokuje. Przecież projekt wniosły nie krasnoludki, lecz Rada Ministrów, zaś prezentowała minister Anna Moskwa. To co, zabrakło wyobraźni i zapomniano o trucicielach rzek? Naprawdę trudno o lepszy dowód głębokiego upadku legislacji w epoce tzw. dobrej zmiany. Nawet gdy generalny kierunek jakichś przepisów jest ogólnie akceptowany i opozycja nie ma się do czego przyczepić, to do uchwalenia sensownego prawa brakuje kwalifikacji.

