Szelki i piranie

Jacek Konikowski
26-10-2007, 00:00

Samo południe. A na giełdzie w Warszawie cicho i pusto. Jak w katedrze. Wchodzisz, stajesz w wielkim holu i bezradnie szukasz tego feelingu — adrenaliny, pokrzykiwania maklerów, nerwowości, z jakimi kojarzy się parkiet. Na próżno.

Ktoś przemknie ku ruchomym schodom, ktoś pojawi się na galerii, by po chwili zniknąć w serwerowni. Pierwsza myśl: może mają dzień wolny?

— Złudzenie. Zasuwamy pełną parą. Giełdowa wrzawa to mit. Ludzie mają zakodowany obraz amerykańskich filmów o Wall Street. Ruch, tumult, harmider, setki biegających facetów w białych koszulach. A większość rynków finansowych na świecie wygląda tak jak teraz GPW. Z pozoru sennie. To norma — tłumaczy Darek Marszałek, od kilku lat pracujący w Biurze Promocji i Informacji Publicznej warszawskiej GPW.

A jednak na Wall Street jest inaczej.

— Tak, Wall Street to wyjątek. Rezultat bardzo silnego lobby maklerskiego w Ameryce. Taką mają tradycję i trudno im z nią zerwać. Tam jedynie połowa transakcji odbywa się drogą elektroniczną. U nas maklera dawno zastąpił komputer. Makler w czerwonych szelkach to przeżytek dobry dla turystów. We Frankfurcie, w starym budynku giełdy, w centrum miasta, stworzono salę notowań specjalnie z myślą o przyjezdnych, którzy chcieliby zobaczyć ten giełdowy harmider. Coś tam się niby naprawdę dzieje, ale w 90 proc. to widowisko — opowiada Darek Marszałek.

Słowem, jesteśmy lepsi od Wall Street. Fajnie. Lecz gdzie w takim razie bije serce giełdy?

Szkło i beton

Warszawska giełda jest jedną z nielicznych na świecie, które mają własny gmach — i to w centrum miasta. Już to zaskakuje zachodnich inwestorów.

— W tym budynku jesteśmy od 2000 roku. Wcześniej giełda mieściła się nieopodal, w Domu Partii — przypomina Darek Marszałek.

Zaskoczeń jest więcej. Wszystko wokół zrobiono ze szkła i betonu. Symbol przejrzystości rynku finansowego, ale także stabilnych fundamentów. W holu inwestorów wita stalowy byk „giełdowy”. Oby tak zawsze. Podczas uroczystych obchodów 15-lecia giełdy artyści przez kilka godzin na oczach widzów spawali poszczególne elementy jego sylwetki.

I ruchome schody. Do niedawna najdłuższe w Polsce. Jedne pną się w górę, drugie zjeżdżają w dół. Ich mechanizm widać jak na dłoni zza szklanej obudowy — kolejna metafora przejrzystości zasad działania rynku kapitałowego. Jedne symbolizują hossę, czyli okres wzrostu kursów, drugie bessę, czyli spadki. Te pnące się ku górze to „schody Byka”, te zjeżdżające na dół — „schody Niedźwiedzia”.

Tuż obok wiją się tradycyjne schody kręcone. Czyżby symbol zawiłości rynku finansowego?

— Ciekawa interpretacja. Niektórym ludziom, stojącym na poziomie holu i patrzącym na schody od dołu, kojarzą się w skrócie perspektywicznym z symbolem dolara — opowiada Darek Marszałek.

Parkiet? Dzwon?

Gabinet zarządu. Ładnie. Akwarium, jakieś rybki.

— Te piranie to oczko w głowie prezesa Sobolewskiego. Nawet weszły do naszego słownika. Nie raz mówimy, że goście czekają „pod piraniami” albo „spotykamy się przy piraniach”. Czasem, kiedy ktoś nawali, straszymy go, że trafi do piranii. Niby żart, ale jak działa! — tłumaczy Ania, sekretarka prezesa GPW.

U szefa zawsze ruch. Nikomu nie broni dostępu do siebie. Szefowie innych giełd są bardziej konserwatywni.

— Czasem żartuję, że powinni mi założyć drzwi bez klamki albo takie, jak w saloonie, bo bez przerwy ktoś wchodzi — śmieje się Ludwik Sobolewski.

Warszawska giełda jest nietypowa także pod innymi względami.

— Wielu gościom z zagranicy oczy robią się jak spodki na widok naszej siedziby. Nie spodziewają się, że giełda jest tak nowoczesna. Dziwi ich też widok imprez firmowych w naszym budynku. Gdzie indziej byłoby nie do pomyślenia, żeby firma z miasta organizowała w gmachu giełdy imprezę czy konferencję prasową — i to niezwiązaną z rynkiem finansowym — mówi Ludwik Sobolewski.

Idziemy do serca giełdy. Po drodze cisza, spokój.

— Pozorny spokój. Proszę mi wierzyć, ludzie są tu nakręceni, wprost naładowani energią. Wielu działa tak, jakby miało oczy naokoło głowy. Kogoś to może irytować, ale ja lubię takie hardcore’owe tempo, nie lubię spokoju, porządku, monotonii. Giełda to nie muzeum — przekonuje Sobolewski.

Na korytarzu prezes skręca na lewo — do serwerowni, ja w prawo — do sali notowań.

— Rzeczywiście, sala notowań — tradycyjnie nazywana parkietem — uważana jest za giełdową świątynię. W starych giełdach obszerna sala wyłożona parkietem była miejscem spotkań osób zawierających transakcje. W początkach istnienia naszej giełdy, a zwłaszcza w okresie gorączki giełdowej, były tu tłumy. Dzisiaj pełni funkcję sali konferencyjnej, tu organizujemy imprezy związane z debiutem firmy na giełdzie i promocyjne, czy też konferencje — opowiada Sobolewski.

Ot, i prysł mit „parkietu” jako miejsca pracy inwestorów, niegdyś najważniejszego na giełdzie. Choć parkiet na podłodze pozostał. Dzwon też.

— To duplikat dzwonu podarowanego nam przed 16 laty przez giełdę francuską. Kilka lat temu, jeszcze w starej siedzibie, pękł. Na rynku NewConnect też jest taki symbol. To kula, która się kręci — objaśnia prezes.

I tablica notowań. Teraz elektroniczna, ale kiedyś, gdy giełda raczkowała, kursy akcji zapisywano flamastrem na plastikowej tablicy.

— A maklerzy przynosili zlecenia na dyskietkach. Teraz mamy 50 domów maklerskich w całej Europie, a zlecenia lecą drogą elektroniczną — dodaje Sobolewski.

Wszystko podwójne

Tyle tradycji. Czas zajrzeć do prawdziwego serca giełdy, które bije naprzeciwko sali notowań. Inny świat. Szczelne szyby, klimatyzowane pomieszczenie i on — Tandem. Główny komputer, na którym zainstalowano aplikację notującą. Nazwa nieprzypadkowa, bo wszystko w nim jest podwójne: system, procesory, dyski, pamięć.

— W przypadku awarii system operacyjny zarządza przełączenie na dublujący pracę równoległy procesor lub dysk — tłumaczy Ludwik Sobolewski.

Powtórzmy: giełda to mnóstwo mitów. Ot, czerwone szelki. Nikt tu w takich nie chodzi.

— W czasach, gdy na parkiecie roiło się od maklerów, ci musieli się jakoś wyróżniać. Stąd zwyczaj noszenia kolorowych marynarek, czapek itp. A szelki? Po raz pierwszy pojawiły się u nas w filmie „Wall Street” Olivera Stone’a i od tej pory są kojarzone z maklerami. Na pierwszą sesję na GPW maklerzy Banku Pekao przyszli w czerwonych szelkach, które dostali w prezencie od brytyjskiej firmy maklerskiej, ale byli też i maklerzy w niebieskich. Do czasu gdy funkcjonował parkiet — wspomina Wiesław Rozłucki, pierwszy szef GPW w Warszawie.

„Jego” giełda to już inny świat. Historia. Trudno uwierzyć: jak szybko czas leci...

Jacek Konikowski

Foto: Tomasz Pikuła

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Szelki i piranie