Taśmy pomogły w sporze o toksyczne opcje

Obserwuj w MójPB:

Nieduży przedsiębiorca, który przez opcje walutowe stracił firmę, wygrał z dawnym Fortis Bankiem. Sąd uznał umowę za nieważną

To jak przypadek Dawida i Goliata. Niewielki przedsiębiorca budowlany wygrał w sądzie z Fortis Bankiem (obecnie BNP Paribas), który kilka lat temu sprzedał mu toksyczne opcje walutowe. Sąd po raz pierwszy jednoznacznie wskazał, że zaoferowana przez bank umowa była sprzeczna z zasadami współżycia społecznego.

Zbigniew Jakubas,
Zbigniew Jakubas,
przedsiębiorca, inwestor giełdowy: Cieszę się, że są sędziowie, którzy mają odwagę przyznać rację Dawidowi w starciu z Goliatem.
Grzegorz Kawecki

Ofiara odzyska pieniądze

Sądowa droga przedsiębiorcy rozpoczęła się cztery lata temu. Nie miał zresztą innego wyjścia.

— Zobowiązanie mojego klienta wobec banku z tytułu opcji sięgało 3 mln zł, do tego bank zajął mu ok. 200 tys. zł, które leżało na rachunku. W efekcie mój klient zaprzestał działalności gospodarczej, stracił dorobek życia. Nie było mowy o ugodzie i płaceniu czegokolwiek. Została więc droga sądowa — tłumaczy Bartosz Sierakowski, radca prawny w Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, reprezentującej przedsiębiorcę.

Przedsiębiorca domagał się stwierdzenia nieważności umowy opcyjnej oraz zwrotu pobranych pieniędzy. Argumentował, że bank nadużył silniejszej pozycji i nie poinformował go w pełni o ryzykach związanych z inwestowaniem w niesymetryczne instrumenty walutowe. W pierwszej instancji przedsiębiorca przegrał, bo sąd uznał, że chodziło o umowę między dwoma profesjonalistami, dysponującymi wystarczającą wiedzą do jej zawarcia. Sąd apelacyjny spojrzał na sprawę odmiennie.

— Sąd apelacyjny zmienił wyrok. Uznał nieważność umowy opcyjnej i zasądził wypłatę powodowi [przedsiębiorcy — red.] 228 tys. zł. Ta umowa była sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, a interesy powoda nie były dostatecznie chronione — mówi Barbara Trębska, rzeczniczka warszawskiego sądu apelacyjnego. Wyrok jest już prawomocny, co oznacza, że BNP Paribas musi zwrócić pieniądze, a przedsiębiorca nie musi mu płacić 3 mln zł. Bank może zaskarżyć tę decyzję do Sądu Najwyższego. Nie odpowiedział jednak na nasze pytania.

Transakcja na telefon

— Sąd po raz pierwszy tak jednoznacznie wskazał, że przedsiębiorca zawierający umowę dotyczącą skomplikowanej opcji walutowej nie jest w stanie rzetelnie ocenić ryzyka. To wiedza zarezerwowana dla banku. Zatem jeśli bank taki produkt oferuje, ma obowiązek poinformować o wszelkich ryzykach — tłumaczy Bartosz Sierakowski.

Takie stanowisko sądu ma kolosalne znaczenie dla ofiar opcji, bo te gremialnie piętnowały banki za wciskanie opcji bez informowania o ryzyku. W przypadku klienta Bartosza Sierakowskiego dowiedzenie tego było o tyle proste, że transakcje zawarto przez telefon, istniały zatem nagrania.

— Gdyby nie było nagrań, dowodzenie byłoby trudniejsze. Sąd musiałby ocenić, której stronie wierzy — wskazuje Bartosz Sierakowski.

Mimo to, jak przekonuje prawnik, decyzja sądu apelacyjnego powinna dać nadzieję pozostałym ofiarom opcji walutowych.

— Większość takich umów była zawierana przez telefon, więc nagrania powinny być. Poza tym wyrok sądu nie zależał od wielkości firmy, która padła ofiarą opcji — zauważa Bartosz Sierakowski.

To oznacza, że również wielkie firmy mogą skutecznie powołać się w sądzie na nieświadomość ryzyka związanego z opcjami. Dla wielu z nich jest już jednak za późno. Kolejowej spółce Feroco, kontrolowanej przez Zbigniewa Jakubasa, groziły setki milionów złotych straty z powodu opcji. Ostatecznie firma zawarła z bankami ugodę.

— Wiele takich spraw zakończyło się już ugodami z bankami. Trudno więc stwierdzić, czy decyzja sądu apelacyjnego będzie miała znaczenie dla innych firm, które padły ofiarą opcji walutowych. Cieszę się jednak, że są sędziowie, którzy mają odwagę przyznać rację Dawidowi w starciu z Goliatem, czyli przedsiębiorcy w starciu z bankiem. Zwłaszcza że to dla banków pracują zwykle prawnicze tuzy z najlepszych warszawskich kancelarii — mówi Zbigniew Jakubas.

Zawały serca i bankructwa

Toksycznymi opcjami walutowymi nazwano instrument finansowy, który w ubiegłej dekadzie banki sprzedawały niemal masowo, zwłaszcza eksporterom. Polegało to na tym, że klient obstawiał kurs złotego do euro w przyszłości. Był zadowolony, kiedy złoty się umacniał, bo wtedy zarabiał. W 2008 r. złoty się jednak nagle załamał, a wtedy okazało się, że ujemna wycena opcji przekracza wartość majątku firm (bo firmy często nie były świadome, że opcje były niesymetryczne, stąd nazwa „toksyczne”). Oznaczało to zawały serca, bankructwa, trudne rozmowy z bankami. Wśród spółek giełdowych lista ofiar była bardzo długa. Znalazły się na niej firmy i prywatne, i państwowe. Najgłośniejsze ofiary to m.in. Odlewnie Polskie, Ciech, Azoty, Alchemia, Erbud, Jastrzębska Spółka Węglowa, Zelmer i PKM Duda. A poza giełdą to Węglokoks, Stelmet, Feroco czy Huta Pokój.

Zawały serca i bankructwa

Toksycznymi opcjami walutowymi nazwano instrument finansowy, który w ubiegłej dekadzie banki sprzedawały niemal masowo, zwłaszcza eksporterom. Polegało to na tym, że klient obstawiał kurs złotego do euro w przyszłości. Był zadowolony, kiedy złoty się umacniał, bo wtedy zarabiał. W 2008 r. złoty się jednak nagle załamał, a wtedy okazało się, że ujemna wycena opcji przekracza wartość majątku firm (bo firmy często nie były świadome, że opcje były niesymetryczne, stąd nazwa „toksyczne”). Oznaczało to zawały serca, bankructwa, trudne rozmowy z bankami. Wśród spółek giełdowych lista ofiar była bardzo długa. Znalazły się na niej firmy i prywatne, i państwowe. Najgłośniejsze ofiary to m.in. Odlewnie Polskie, Ciech, Azoty, Alchemia, Erbud, Jastrzębska Spółka Węglowa, Zelmer i PKM Duda. A poza giełdą to Węglokoks, Stelmet, Feroco czy Huta Pokój.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane