Test minimów w USA zadecyduje o kierunku giełdowych indeksów

Piotr Kuczyński
23-09-2002, 00:00

Z Ameryki

Olbrzymia większość analityków twierdzi, że czeka nas spektakularny sukces byków. Jeśli mają rację, to będziemy mieli do czynienia z poważnym odbiciem. Gdyby jednak wsparcia puściły, dojdzie do paniki.

W miniony wtorek niektórzy inwestorzy mieli nadzieję, że deklaracja Iraku, iż zgadza się bezwarunkowo na wejście inspektorów oddali prawdopodobieństwo wybuchu wojny. Nic z tego. Wojna i tak będzie, i coraz mocniej wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Wypowiedzi członków administracji nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Stany Zjednoczone dały ONZ propozycję nie do odrzucenia: albo rezolucja nakazująca Irakowi podporządkowanie się wszystkim poprzednim 16 rezolucjom (jeśli nie to wojna), albo kompletne upokorzenie i zmarginalizowanie roli ONZ. To posunięcie przyniosło chwilowy sukces.

Problem pojawił się po zgodzie Iraku na wejście inspektorów. USA wszczynając wojnę pozostaną same, a konsekwencje będą dla gospodarki Stanów Zjednoczonych i świata po prostu fatalne. Świat arabski nie będzie mógł pogodzić się z takim obrotem sprawy. Nie wykluczałbym nawet użycia cen ropy jako broni (zapasy w USA znowu spadły o ponad 6 mln baryłek). Unilateralna decyzja USA wywoła duży spadek dolara, wzrost cen złota i ropy. Obecnie mamy do czynienia jedynie z korektą, której zakończenie da ponowne duże, i niekorzystne dla gospodarki zmiany.

Zwiększy się również deficyt budżetowy (Międzynarodowy Fundusz Walutowy radzi USA ograniczać wydatki) – mówi się, że koszt tej wojny może sięgnąć 200 mld dolarów. Wszystko będzie pod kontrolą, ale jeśli inwestorzy zagraniczni nie będą chcieli lokować kapitałów w USA to będziemy mieli do czynienia z poważnym problemem. Przy tej okazji nasuwają się dwa retoryczne pytania. Kto dostanie te niewyobrażalne pieniądze? Czy przeznaczenie ich na inne cele, nie przysłużyłoby się lepiej ludzkości?

Wywołując wojnę, administracja amerykańska otworzy puszkę Pandory i poprowadzi świat ku recesji. Jedynym plusem jest to, że najprawdopodobniej wojna w tym roku się nie rozpocznie. Prezydent chce uzyskać zgodę Kongresu, ONZ musi negocjować z Irakiem. Zyskaliśmy kilka tygodni.

Okres ostrzeżeń zaczął się na poważnie. Oracle nie miał dla inwestorów dobrych informacji, J. P. Morgan obniżył prognozy na trzeci kwartał. Takich informacji będzie więcej. Najgorsze jest jednak ostrzeżenie EDS (rywal IBM). To już pachnie skandalem – trudno bowiem obniżenie prognoz sprzed dwóch miesięcy o 84 proc. uważać za normalne. Jeśli nawet nie nazwać tego oszustwem, to zdanie z komunikatu: „... nieoczekiwane pogłębienie globalnego spowolnienia w wydatkach inwestycyjnych, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, znacznie przekroczyło nasze oczekiwania” jest poważnym ostrzeżeniem dla optymistów, oczekujących ożywienia gospodarczego.

Dane makro w minionym tygodniu nie pokazują klarownego obrazu sytuacji. Dowodzą jednak, że nie ma żadnego ożywienia gospodarczego. Wzrost eksportu (skutek osłabienia dolara) i wzrost zapasów, dają przy tym nadzieję na spory wzrost PKB w trzecim kwartale, co rynek powitałby z radością. Mamy dziwną sytuację: gospodarka nie rozwija się, a PKB zapewne wzrośnie. Gdzieś jest błąd w danych.

Bardzo skomplikowana sytuacja jawi się w przypadku inflacji. U producentów (PPI) ciągle spada. Rynkowa (CPI) rośnie i już sięga 2,7 proc. w skali roku (stopy procentowe wynoszą 1,75 proc.). W związku ze spadkiem PPI część ekonomistów mówi o zagrożeniu deflacją. Najbardziej niekorzystne z możliwych połączenie, to deflacja i duże zadłużenie. USA idealnie pasują do tego obrazu. Konsumenci mogą czekać na niższe ceny i wstrzymywać się z zakupami. Budżet dostaje mniej pieniędzy. Zyski spółek spadają. Oczywiście za wcześnie, żeby taki ponury obraz traktować jako pewnik. Jeśli rośnie CPI, to możliwe jest również zagrożenie inflacją, na co wskazywałby rosnący indeks towarów CRB. Po prostu trzeba pilnie obserwować dane o inflacji. Wejście w okres deflacji byłoby gwoździem do trumny rynku akcji, ale gwałtowne zwiększenie inflacji spowodowałoby podniesienie stóp i zastopowałoby ożywienie gospodarki. I tak źle, i tak niedobrze.

W tym tygodniu otrzymamy dużo bardzo ważnych danych makro oraz odbędzie się posiedzenie FOMC. Nie oczekiwałbym niczego po decyzji Fed. Uważam, że ewentualna obniżka stóp zostanie odłożona na później. Na przykład na moment, gdy wojna z Irakiem nie będzie rozwijała się po myśli USA. Najważniejsze z raportów ekonomicznych będą: indeks wyprzedzających wskaźników gospodarki, indeksy zaufanie i nastroju, zamówienie na towary trwałego użytku, sprzedaż na rynku nieruchomości i ostateczny odczyt PKB za drugi kwartał. Każdy z tych raportów może ruszyć rynkiem, a nie ma najmniejszej możliwości prognozowania, jakie będą. Ostatnio dane makro potrafią bardzo zaskakiwać.

Posiedzenie FOMC, dane makro, ostrzeżenia spółek i zbliżający się test lipcowych minimów zdominują nadchodzący tydzień. Najważniejszy jest test lipcowych minimów. Olbrzymia większość analityków twierdzi, że to będzie sukces byków. Ja uważam, że w dłuższym okresie z pewnością nie, ale nie mogę wykluczyć, że chwilowo byki odniosą sukces. Jeśli tak, to będziemy mieli poważne odbicie. Gdyby wsparcia jednak puściły, dojdzie do wybuchu paniki. Inwestorzy znowu przyśpieszyli wycofywanie pieniędzy z funduszy. Gdyby poważnie traktować mój prywatny wykres, to wyjście z flagi sygnalizuje, że czeka nas spadek, przynajmniej tak duży, jak w licu (ponad 50 mld dolarów). A co to znaczy dla koniunktury giełdowej nie muszę tłumaczyć. Pokonanie 780 pkt. na indeksie S&P 500 to sygnał do olbrzymiej wyprzedaży. Z kolei obronę 835 pkt. można traktować jako swoiste zaproszenie do wzrostu do 910 pkt.

Z Polski

Fundusze zdają się liczyć na wzrosty na GPW w związku z wejściem Polski do UE. Nie można przy tym zakładać, że to tylko polskie fundusze przygotowują się do tej gry – zapewne na nasz rynek wchodzą już kapitały zagraniczne.

Na świecie trwały dramatyczne spadki, a nasza giełda była oazą spokoju. W Eurolandzie inwestorzy mieli się czym martwić. Nie tylko dane z USA i ostrzeżenia spółek wpływały na koniunkturę giełdową. W Niemczech indeks nastroju instytutu ZEW spadł we wrześniu do 39,5 z 43,4, produkcja przemysłowa we Francji niespodziewanie spadła o 1 proc, a w całej strefie euro o 0,9 proc. Po podobnym odczycie (spadek produkcji) w USA rodzi to obawy o powrót recesji. Za to inflacja wzrosła do 2,1 proc. (o 0,1 pkt. procentowego więcej od celu ECB).

Kolejny raz rodzi się pytanie, dlaczego nasz rynek jest, mimo złych perspektyw w Eurolandzie, relatywnie, silny? Wystarczy spojrzeć na wykres indeksu Dow Jones Euro Stoxx 50, żeby zobaczyć różnicę. Indeks pięćdziesięciu największych europejskich spółek spadł w tym tygodniu o 9 proc. Z kolei indeks WIG20 wzrósł o 3,3 proc. W ciągu ostatnich czterech tygodni DJES 50 spadł o 20 proc., zaś WIG20 jedynie o 3,3 proc.

Myślę, że fundusze liczą na taki scenariusz: test lipcowych minimów w USA, wzrost w okresie październik — grudzień, a potem gra pod wejście do UE (referendum na wiosnę, a po drodze ciągle informacje na ten temat). Nie jestem wcale przekonany, że to tylko polskie fundusze przygotowują się do tej gry — uważam, że wchodzą już kapitały zagraniczne. Gdzieś trzeba próbować zarabiać, a kraje wchodzące do UE wydają się być oczywistym miejscem do lokowania kapitałów. Nasz rynek jest tak mało płynny, że okres akumulacji musi być długi. W Grecji taka hossa dała 280 proc. zysku. Owszem, teraz są inne czasy, złe dla akcji, ale 100-proc. wzrostu wejście do Unii jest warte. I nie chodzi tu wcale, o zbliżenie wyceny spółek (fundamentalnych podstaw do wzrostu nie ma i nie będzie) — to będzie ruch typowo spekulacyjny.

Wniosek? Nie musi być z tego szybkiej hossy, ale duże spadki powinno się wykorzystywać do akumulacji akcji. Jedynie wtedy, jeśli rynki USA pokonałyby w tym roku lipcowe minima i weszły w spiralę spadków to wsparcie na 1000 pkt. mogłoby być zagrożone. Sensowny sposób rozumowania, ale jest jeden problem. Oczywiście wojna z Irakiem i jej możliwe konsekwencje. Dopóki jednak nie wybuchnie, a nawet więcej, dopóki nie okaże się, że jej wywołanie było błędem, nasz rynek będzie zachowywał się lepiej niż inne rynki światowe.

W minionym tygodniu otrzymaliśmy ważne dane makro. Inflacja w sierpniu spadła do 1,2 proc. w ujęciu r/r. Miesiąc do miesiąca mieliśmy deflację. Nie ma śladu ożywienia, bo nie tak wyglądałaby wtedy inflacja, jeśli weźmie się pod uwagę wzrost cen surowców. Pojawiają się ostrzeżenia przed deflacją. Nie musze mówić, jak nie korzystne byłoby to dla całej gospodarki. Jak na dłoni pokazałoby błędną drogę, którą kroczyła RPP i wymusiłaby dalsze obniżki stóp. Inflacja jest niezwykle mała, dynamika produkcji przemysłowej spadła nie potwierdzając nadchodzącego ożywienia (dane były słabe nawet, jeśli uwzględni się mniejszą ilość dni pracy w sierpniu), wzrost PKB w drugim kwartale wyniósł jedynie +0,8 proc., popyt wewnętrzny wzrósł nieznacznie (chwilowe ożywienie wcale nie musi trwać długo), a wicepremier Kołodko zapowiada, iż deficyt budżetu na 2003 rok zostanie ograniczony do 38,7 mld złotych, PKB wzrośnie o 3,5 proc., a inflacja wyniesie 2,3 proc. Wśród recenzentów tego budżetu nie widać entuzjazmu (delikatnie mówiąc). I nie mówię tutaj o członku RPP Bogusławie Grabowskim, któremu nie udało się jeszcze za nic tego rządu pochwalić (należy przypomnieć, że był architektem założeń gospodarczych poprzedniej koalicji). Mimo wątpliwości nie uważam, że projekt budżetu może odstraszyć inwestorów zagranicznych. Raczej wezmą planowane wielkości za dobrą monetę (mimo, że nie bardzo w nie będą wierzyć). Rada Polityki Pieniężnej ma w tym tygodniu absolutne podstawy i następną szansę na wykonanie ruchu dobrego dla gospodarki - powinna stopy obniżyć. Brak takiej obniżki będzie dużym błędem.

Dobrą informacją dla rynku jest to, że z indeksu wypadną kompletnie nieobliczalne akcje Elektrimu, Grupy Onet i Netii. Wprowadzi to nieco więcej przewidywalności. Jeśli mam rację i trwa akumulacja przed referendum, to nie powinniśmy pokonać poziomu 1030 pkt. Gdyby to nastąpiło to wyprzedaż byłaby olbrzymia i 1000 pkt. nie utrzymałoby rynku. Taka możliwość istnieje, jeśli indeksy w USA nie obronią lipcowych minimów. Oporem jest w tej chwili 1120 i 1170 pkt. Najbardziej prawdopodobny jest trend boczny pomiędzy1030 a 1170 pkt.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Test minimów w USA zadecyduje o kierunku giełdowych indeksów