To akcjonariusze winni kryzysowi

Prawo do głosu tylko dla udziałowców, którzy trzymają papiery przynajmniej przez rok? Powierzenie zarządzania spółkami specjalnym fundacjom, które skupią się na ich długoterminowym rozwoju? To zdaniem Colina Mayera z Oxfordu jedyne sposoby, żeby uniknąć kolejnego kryzysu.

Spektakularne upadki firm, w które obfitują czasy kryzysu, to okazja, by zastanowić się nad obecnym modelem zarządzania współczesnymi korporacjami – zauważa najświeższym wydaniu The Economist. Jak przypomina cytowany przez biznesowy tygodnik Colin Mayer, wykładowca Uniwersytetu w Oxfordzie, globalną gospodarkę w kryzys finansowy wciągnęło bankructwo jednej zaledwie firmy: banku Lehman Brothers.

- Przedsiębiorstwa to nie tylko wehikuły powołane do obniżenia kosztów transakcyjnych i stworzenia warunków do sprawniejszej realizacji zadań. Ich celem powinno być skupienie menedżerów i pracowników wokół długoterminowych celów – komentuje The Economist.

Tymczasem zdaniem Colina Mayera fatalne w skutkach krótkowzroczność i przyjmowanie nadmiernego ryzyka przez firmy to skutek dyktatu akcjonariuszy, żądających wyniku „tu i teraz”. Jeszcze gorzej jest, gdy akcjonariat spółki jest rozdrobniony. Najwięcej do powiedzenia w spółce mają wtedy menedżerowie, których zarobki zależą od bieżących wyników, a nie od tego, czy firma przetrwa na rynku kolejne pięć lat. Ci chętnie schlebiają oczekiwaniom akcjonariuszy. Skutek jest taki, że horyzont decyzji podejmowanych przez spółkę skraca się jeszcze bardziej, a przedsiębiorstwo bierze na siebie nieracjonalnie duże ryzyko. Na domiar złego przy rozdrobnionym akcjonariacie zarządzający bardziej obawiają się o możliwość wrogiego przejęcia. To sprawia, że skupiają się na krótkim terminie jeszcze bardziej niż do tej pory.



- Łatwość, z jaką traderzy mogą handlować akcjami, oznacza, że o losie przedsiębiorstw mogą decydować gracze, którzy nie są z nimi długoterminowo w żaden sposób związani – zauważa the Economist.

Przykładem było wrogie przejęcie brytyjskiego producenta słodyczy Cadbury przez amerykańskiego giganta Craft Foods. Jak zauważał wtedy prezes Cadbury, Roger Carr, inwestorzy, którzy trzymali akcje spółki przez kilka dni, przesądzili wtedy o losie przedsiębiorstwa liczącego 200 lat historii. Co zatem Colin Mayer radzi zrobić, aby przymus tymczasowości przestał nękać przedsiębiorstwa? Jednym sposobem mogłoby być powołanie specjalnych fundacji, które zarządzałyby spółkami, skupiając się na ich długoterminowym rozwoju. W Niemczech, gdzie taki model zarządzania jest często spotykany, w ciągu 55 lat po wojnie doszło jedynie do trzech wrogich przejęć. To jednak model nie pozbawiony wad.

- To może być lekarstwem gorszym od choroby. Przykładem jest ThyssenKrupp, który musiał ostatnio zapłacić 103 mln EUR kary w związku ze zmową cenową – ocenia the Economist.

Są jednak i inne pomysły. Zdaniem the Economist, warto byłoby się zastanowić nad powiązaniem siły głosu poszczególnych akcjonariuszy nie tylko z ilością posiadanych akcji, ale i z czasem ich posiadania. Inny sposób ochrony przed wymuszającym krótkowzroczność zagrożeniem wrogimi przejęciami wypracowali Amerykanie. Firmy technologiczne zza oceanu nieraz emitują dwa rodzaje akcji z różnymi uprawnieniami do głosu. To umożliwia założycielom utrzymanie decydującego głosu. Znanych jest również szereg mechanizmów zabezpieczających przed wrogim przejęciem, takich jak trujące pigułki, czy rotacyjne zmiany zarządu.

- Politycy często czynią mylne założenie, że jedna forma przedsiębiorstwa jest lepsza od innych, i dlatego ją faworyzują. Jednak podobnie jak w przypadku naturalnych ekosystemów, tym co czyni je bardziej odpornymi jest ich różnorodność – ocenia tygodnik.

fot. istockphoto
fot. istockphoto
None
None
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane