To było udanych 10 lat dla akcjonariuszy banków

opublikowano: 22-06-2015, 00:00

W ciągu dziesięciu lat wartość subindeksu grupującego akcje banków wzrosła o 90 proc.

Niektórzy reprezentanci sektora przynieśli akcjonariuszom po 280-300 proc. zysku.

Złośliwi lubią parafrazować stwierdzenie Jerzego Urbana, mówiąc, że bank sam się wyżywi. Stosując tę poetykę, można powiedzieć, że nie tylko siebie. Sprawdziliśmy, jak zachowywały się kursy sektora finansowego w ostatniej dekadzie, kto dał zarobić i ile na inwestycji w branżę kredytową można było zyskać. Na akcjach najlepszego banku można było uzyskać ponad 300 proc. (wliczając dywidendy). WIG-Banki wzrósł w tym czasie o 90 proc. i nie miał sobie równych wśród branżowych subindneksów. Rok 2005 jako cezura w historii rozwoju sektora finansowego ma istotne znaczenie i oddziela okres dziecięcy bankowości w Polsce od wieku dojrzałego.

Ostatnie 10 lat to czas niebywałego wzrostu rynku bankowego, który dobrze podsumowuje opublikowany w maju raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w którym uznaje on polski system finansowy za wzorcowy: ani za duży, ani za mały, dobrze nadzorowany. Ekonomiści MWF stworzyli Financial Development Index do pomiaru dostępności usług i cen usług bankowych, płynności, wielkości, efektywności sektora i jego wpływu na gospodarkę. Po przeanalizowaniu danych ze 170 krajów wyszło na to, że Polska ma optymalnie rozwinięty system bankowy, który we wzorcowy sposób wspiera rozwój gospodarczy. Prawdziwa laurka dla nadzoru, ale też branży finansowej, która suchą nogą przeszła przez kryzys finansowy i potroiła wartość aktywów w ciągu 10 lat.

Sektor razy trzy

Lato 2005 r. na rynku bankowym było gorące. Banki jeden po drugim publikowały rekordowe wyniki półroczne. Łączny zysk sektora wyniósł 4,65 mld zł — o 25 proc. więcej niż rok wcześniej i najwięcej od początku transformacji. Spory wpływ na osiągi finansowe miało przejście części banków na MSSR, wspierające wynik. Był to też jednak sygnał, że sektor — po kilku latach słabych rezultatów — wychodzi na prostą.

Rosnące zyski przekładały się na wyceny 14 notowanych wówczas na giełdzie banków. Indeks WIG-Banki wzrósł w I półroczu o 8,1 proc., przewyższając dynamiką WIG (6,3 proc.). W całym roku zyski sektora osiągnęły rekordowy poziom — 7,1 mld zł. Ich łączne aktywa przekroczyły 0,5 bln zł. To nieco ponad dwa razy więcej niż obecna suma bilansowa PKO BP. W ciągu 10 lat aktywa sektora urosły trzykrotnie, do 1,5 bln zł. Kapitały, które w 2005 r. miały wartość 59 mld zł, dzisiaj wynoszą 145 mld zł.

W 10 lat nastąpiła prawdziwa eksplozja usług finansowych i skokowy wzrost infrastruktury finansowej. Polacy posiadali, przynajmniej formalnie, 20 mln kart, którymi w całym 2005 r. zrealizowali 776 mln transakcji o wartości 187 mld zł. To mniej więcej tyle, ile operacji odnotowano w jednym, ostatnim kwartale 2015 r., kiedy obroty wyniosły 121 mld zł, a karty zostały użyte 739 mln razy. Kart płatniczych jest dzisiaj na rynku 36 mln sztuk.

Aktywa na sterydach

Błyskawiczny wzrost sumy bilansowej, mierzony dwoma cyframi w latach 2005- -08, w dużej mierze wspierany był sterydami w postaci kredytów walutowych. Franki szwajcarskie udzielane na masową skalę w 2006 r. i po lekkim hamowaniu w 2007 r. znowu przez dziewięć miesięcy 2008 r. stanowiły wysokooktanowe paliwo napędzające wyniki. Dla przykładu Millennium w trzy lata niemal podwoiło bilans: z 13 mld zł do 22 mld zł. Getin na franku zbudował fundament biznesu.

W 2005 r. miał bilans wielkości 1,3 mld zł, trzy lata później niemal 11 mld zł. Jak na drożdżach rosły zyski: w 2006 r. wyniosły 10,9 mld zł, a rok później padł rekord wszech czasów — 13,6 mld zł. W 2008 r., roku kryzysu, banki osiągnęły jeszcze lepszy wynik — 13,9 mld zł, który długo miał być nie pobity jeszcze przez długi czas. Mało kto cieszył się wtedy z rekordu, ponieważ po latach prosperity sektor wyraźnie zmierzał w kierunku kryzysu. Bankom przyszło zmierzyć się ze skutkami beztroskiej działalności lat poprzednich. Najpierw załamanie kursu złotego do franka niemal rozsadziło bilanse niektórych kredytobiorców. W skali całegosektora napuchł on do ponad 1 bln zł. W kosmos wystrzeliły koszty finansowania na rynku międzybankowym. Jakby tego było mało, w 2009 r. pojawił się kryzys opcji walutowych.

Jak się okazało, w przypadku franka obawy o jakość kredytów były mocno na wyrost, bo kredytobiorcy wykazali się wzorową moralnością płatniczą, natomiast sektor mocno oberwał w związku z zabezpieczeniami FX — finansowo i reputacyjnie. Prawdziwy problem pojawił się nie w portfelu hipotecznym czy firmowym, choć i jeden, i drugi nieco się popsuł, ale w segmencie consumer finance, pokazując prawdziwy obraz przekredytowania i wątpliwą jakość sprzedaży kredytów dla ludności. W 2009 r. wartość zagrożonych kredytów dla ludności wzrosła o 75 proc., do 22 mld zł. Rok później po raz pierwszy banki przyznały, że ponad 120 tys. osób w kraju ma ponad 10 kredytów i jeden dług spłaca kolejnym.

Otwarty kurek z kredytami

Pomimo ostrego kryzysu, ograniczeń narzucanych przez zagraniczne centrale spółkom w Polsce, krajowe banki nigdy nie zakręciły kurka z kredytami dla gospodarki. W każdym postkryzysowym roku dynamika kredytowa była dodatnia, co odróżnia nas zdecydowanie od większości krajów regionu, które do dzisiaj nie mogą wrócić na wzrostową dynamikę akcji kredytowej. Wysoki wolumen kredytów i spadające z każdym rokiem odpisy znowu pozwoliły branży zacząć zarabiać jak przed kryzysem. W 2010 r. zysk sektora wyniósł 11,4 mld zł, rok później już 15,5 mld zł, a w kryzysowym 2013 r., kiedy kraj otarł się o recesję — 15,4 mld zł.

Branża bankowa niezwykle elastycznie reagowała na zmiany rynkowe, kompensując spadki przychodów z działalności bankowej, wynikiem handlowym, a przede wszystkim optymalizując koszty. Dzisiaj polskie banki są jednymi z najbardziej efektywnych kosztowo instytucji kredytowych w Europie. Z oszczędnościami w parze idą przychody, choć branża nie zapewnia już takich zwrotów z kapitału jak 10 lat temu, kiedy ROE powyżej 20 proc. było czymś standardowym. Dzisiaj średnia dla sektora przekracza 10 proc., choć są banki znacznie wybijające się ponad przeciętną: BZ WBK 15,4, mBank 12,4, a Handlowy 12,1.

Znikające szyldy

W ciągu 10 lat banki awansowały z europejskiej okręgówki do II ligi i choć do ekstraklasy sporo im brakuje, to udaje im się pokonać liczących się graczy na tym rynku. Na koniec 2014 r. kapitalizacja Pekao wyniosła 11 mld EUR, podczas gdy Commerzbank (właściciel mBanku) wyceniany był na 12,5 mld EUR. Wartość PKO BP to 10,7 mld EUR, BZ WBK 8,7 mld EUR, Raiffeisen International 3,7 mld EUR, a portugalskiego BCP 3,6 mld EUR.

Na koniec kwietnia tego roku w Polsce działało 38 banków komercyjnych i 563 spółdzielcze. W ciągu dekady z rynku zniknęło wiele szyldów: BISE, Dominet Bank, BWE, AIG, Fortis, Allianz Bank, Danske Bank, SEB, GMAC, WestLB, Kredyt Bank, Nordea, DnB Nord, Rabobank, Meritum. Część z nich została przejęta przez innych graczy, niektóre wycofały się z Polski. Wygląda na to, że konsolidacja sektora jeszcze się nie zakończyła i liczba banków w najbliższych latach jeszcze się zmniejszy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy