Trochę z hipisa

Jacek Konikowski
opublikowano: 25-04-2008, 00:00

Warsztat zawalony sprzęgłami, tłoczkami, dyferencjałami. Jakieś beczki ze smarem, puszki z olejem. A pośrodku marzyciel, optymista, filozof. Krzysztof Oleksowicz, szef Inter Cars. Dysonans?

Cho Oyu, szósty klejnot w Koronie Himalajów. Polski atak. Nowa droga, wiosenne wejście. Idą sławy: Pawlikowski i Gajewski. Za nimi człapie Oleksowicz. Mróz tak siarczysty, że kości wykrzywia. Początek odmrożeń. 400 metrów do szczytu. Ból, strach i bezsilność. Jak rzadko — rezygnuje. Schodzi sam.

Cudowne dziecko

Najkrótsza definicja niepoprawnego optymizmu? Gdy nastolatek, mając 180 nieusprawiedliwionych godzin i osiem dwój na koniec semestru, myśli, że jakoś to będzie. Krzysztof Oleksowicz nie z takich tarapatów wychodził. Jak kot, spada zawsze na cztery łapy. Z różnych wysokości. To przez ten optymizm.

— Fakt, w ogólniaku nie byłem orłem. Solidna praca na lekcjach nie była moją silną stroną. Wagary, dwóje. Przez sport. Bardziej niż do kałamarza ciągnęło mnie na boisko — w nogę pokopać, do kosza powrzucać, w siatkę poodbijać. To były fascynacje. Potem boks. Na zasadzie: spróbować. Jak to chłopak. I judo, pierwsza pasja, treningi na AWF, jakieś osiągnięcia… — wspomina Oleksowicz.

Pasja niespełniona, dodajmy, bo kto wie, jakie puchary zdobiłyby dzisiaj gabinet prezesa Inter Cars, gdyby nie męska rozmowa sprzed kilkudziesięciu laty.

— Przez te wagary i dwóje rodzice postawili mi szlaban na judo. Zrobili mi chyba sporą krzywdę w życiu, bo naprawdę miałem zadatki na dobrego judokę — mówi Oleksowicz.

Rodzice karzą, jak potrafią. Ale maturę zdał. Jakimś cudem. I na studia się dostał. Drugi cud.

— Wszyscy byli zszokowani, dwa cudy w jednym roku — uśmiecha się Oleksowicz.

Studia go odmieniły. Wciąż zbuntowany, choć dres zastąpił rozciągnięty sweter. Długowłosy hipis zasłuchany w Pink Floyd. I zamyślony.

— Wybór filozofii na Akademii Teologii Katolickiej był rodzajem młodzieńczego buntu. Zemsty na rodzicach, którzy widzieli mnie na prawie albo na politechnice. I na przekór tej małej stabilizacji epoki późnego Gierka — wspomina Oleksowicz.

Pewnie i dlatego że nigdzie indziej nie mógłby nosić długich włosów. Jego rocznik był nietypowy. Hipisi po przejściach. Filozofia na UW była do 1968 roku. Po Marcu wydział, wylęgarnię myśli antypaństwowej, zamknięto. Wielu jego studentów również. Po dwóch latach zaczęli wychodzić z więzienia. Jedynymi uczelniami, które przyjmowały z wilczym biletem, były Katolicki Uniwersytet Lubelski i ATK właśnie.

— Na I roku byłem najmłodszym studentem. Miałem 19 lat. Większość kolegów — 26-27, była po „przejściach”, kilku latach na UW. Stworzyła się ciekawa paczka. Imponowali mi. Wszyscy byliśmy hipisami! — wspomina Oleksowicz.

Jakaś odmiana w nim zaszła. Mentalna. Dobry, obiecujący student, którym targają metafizyczne rozterki. Dyskusje przy winie, w oparach papierosowego dymu: o teologii prawa stanowionego św. Tomasza z Akwinu, o wolności, godności. Te sprzeczki nierzadkie o rozumienie pojęcia bytu u Étienne’a Gilsona.

— Ksiądz Morawiec, mój promotor, specjalista od filozofii bytu, widział mnie nawet jako asystenta, ale po dwóch pierwszych latach chyba zmienił zdanie — dodaje Oleksowicz.

Bo w sklepach wreszcie pojawiła się wódka, kiełbasa, pomarańcze i szampon. Wszystko bez kartek. Normalnie w sklepie. Eldorado! W epoce późnego Gierka filozofia bytu sprowadzała się do jednego — nie żyć w nędzy, bez pieniędzy. A jedynym narzędziem, by to osiągnąć — paszport i zaproszenie na Zachód. Pierwsze dawał Gierek, drugie — Bazar Różyckiego.

Filozofia zmywaka

Kumple z filozofii, których wielu dostało amerykańską wizę, podpowiedzieli mu, o co pyta konsul.

— W jedną noc wkułem historię Stanów Zjednoczonych. Nazajutrz — do ambasady. Konsul, rozmowa w cztery oczy. Pogardliwe spojrzenie i zwyczajowe pytanie o cel podróży. Odpowiedź standardowa: zwiedzanie, poznawanie, bo wie pan, ja się strasznie interesuję kulturą Ameryki i jej historią. Konsul rozbawiony rzuca kilka prostych pytań z historii. Po kwadransie doradzał mi, co powinienem jeszcze zobaczyć, gdy będę już w Ameryce, i żebym podróżował autobusami Greyhounda i kupił łączony bilet, bo najtaniej — wspomina Oleksowicz, wówczas szczęśliwy posiadacz paszportu, zaproszenia. I wizy do USA.

Po kilku dniach szukał już wyjścia na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Człowiek zza kurtyny. W ręku walizka, 60 dolarów w kieszeni, kontakt w Chicago. Pierwsze wrażenie, obraz?

— Wychodzę z lotniska, podjeżdża czerwone camaro, śliczne auto, moje marzenie. I wychodzi kobitka dwieście kilogramów — wspomina Oleksowicz.

I drugie wspomnienie: rozterka Polaka. Droga. 1400 km do Chicago. A jakże, greyhoundem. Środek nocy, postój gdzieś w przydrożnym barze w Ohio.

— Z sześćdziesięciu dolarów czterdzieści wydałem na autobus, więc długo się zastanawiałem, czy kupić sobie hamburgera. W końcu uznałem, że to niedopuszczalna rozrzutność: wydać na kanapkę całego dolara. Przełknąłem ślinę i pojechałem dalej. Na głodniaka — wspomina.

Chicago. Druga Polska. I pierwsza praca. Na „desku”, czyli zmywaku. Wreszcie czas i miejsce na filozofię.

— Toczyliśmy z kolegą dysputy o wyższości tego, który zmywa naczynia, nad tym, który myje garnki. Ja byłem operatorem zmywarki do naczyń. On mył ręcznie. Ja byłem względnie suchy, on — utytłany po łokcie — wspomina Oleksowicz.

Knajpa ma zalety: jedzenia nie brakuje.

— Wtedy, nad zmywakiem, myślałem, że jak wrócę do Polski i opowiem, że mogłem hamburgerów jeść, ile chciałem, i zapijać je coca-colą do woli — to nikt mi nie uwierzy. Te pierwsze hamburgery pamiętam do dzisiaj — wspomina nasz bohater.

Tak, były takie czasy i myśli. Czar pracy na „desku” jednak prysł. Kark bolał. Oleksowicz złapał Pana Boga za nogi — miejsce w ekipie cleanerów (sprzątaczy) w kończonym właśnie Sears Tower. Filozofia tym razem przegrała ze smykałką do motoryzacji.

— Najpierw była szczota, ale inny szef znów docenił moje IQ i posadził na maszynie do mycia podłóg. Miała kierownicę. Wystarczyło. Gaz do dechy, ostre wiraże, poślizgi. To, co inni robili w osiem godzin, mnie zajmowało cztery. Raz się nie wyrobiłem i przywaliłem w drzwi. Dywanik u szefa: „Ty skiny (chudzielec), pamiętaj, Sears Tower to nie preria, ty nie kowboj, a ta maszyna to nie koń. Powtórz”. I pozwolił wrócić do pracy — wspomina Oleksowicz.

Zieloną kartę miał, pracę też, podatki płacił. Mógł zostać. Wtedy, w 1973 roku, myślał, że w PRL może być normalnie. Rozterki dwudziestolatka: może lepiej być kimś w Polsce niż nikim w Stanach?

Kalafiory i samochody

Wrócił. Z 5 tys. dolarów (bogacz — pensja w PRL: 30 dolarów). Miał dużego fiata. Był najbogatszym studentem. A pieniądze zmieniają. Nawet filozofów.

— Przyzwyczaiłem się, że je mam. Dawały poczucie wolności. W lecie jeździłem za granicę, sadząc lub wyrywając to i owo. Kończyłem studia, więc zacząłem się rozglądać za jakimś interesem — mówi Oleksowicz.

A co wtedy, na początku lat 70. mógł robić dyplomowany filozof? Bibliotekarz w PAX-ie? A filozof z grubszą gotówką? Zostać badylarzem i doglądać kalafiory, zostać rzemieślnikiem i tłuc plastykowe miski na wtryskarce, zostać taksówkarzem albo otworzyć warsztat samochodowy. Oleksowicz postanowił naprawiać samochody. Pewnie dlatego, że ciągnęło go do maszyn.

— Zawsze mnie fascynowały. Żeby liznąć fachu, zatrudniłem się w warsztacie samochodowym. Uczyłem się, podglądałem. Przeczytałem wszystkie książki o naprawach samochodów, bo jako filozof miałem nieco inne podejście do sprawy — wspomina Oleksowicz.

Po paru miesiącach wyjechał do Niemiec. Praca na szrocie przy rozbieraniu starych aut. I podpatrywanie — co, jak i dlaczego. U Haralda, genialnego mechanika, który wiedział, gdzie dotknąć lub kopnąć, żeby samochód ruszył. Czasu spędzonego w kanale, z kluczem francuskim w ręku i smarem na twarzy, nie zmarnował. Nauczył się mechaniki, blacharki, lakierowania. Wystarczyło na pierwsze kroki we własnym biznesie.

— Wtedy za samochody rozbite czy całe cło płaciło się tak samo — od kilograma. Ściągałem więc z Niemiec złom, naprawiałem go w Polsce, sprzedawałem na giełdzie. I tak co 2-3 miesiące. O paszport było coraz łatwiej, więc śmigałem przez granicę częściej i częściej — wspomina nasz mechanik.

Wykorzystywali to znajomi właściciele warsztatów, prosząc o przywiezienie różnych części. Był dodatkowy pieniądz.

Milicjant z paszportem

Aż nadszedł 13 grudnia. Tanki na ulicach. Granice zamknięte. Oleksowicz w Niemczech. Wraca. Na granicy:

— Jechaliśmy z kolegą. Celnicy trzepią. Piwa na bok, szynka na bok, szampan też i keczup. Nagle Marek łapie celnika za rękę i mówi: o, nie! Keczup nie! To dla żony, na święta. I celnik go odstawił — wspomina Oleksowicz z rozbawieniem.

Ale czasy nie były zabawne. W sklepach ocet. Kryzys, bo nawet wódka na kartki. Gorzej, zero szans na paszport, więc biznes samochodowy zamarł. Oleksowicz prowadził pomoc drogową. I działał w Solidarności (członek komisji interwencyjnej Regionu Mazowsze). Pewnego dnia przypadkowo poznał kobietę znaną i wpływową, która zamieszała w jego życiu.

— Przez kolegę zetknąłem się z Wandą Rutkiewicz. Odwiedziliśmy ją w jej warszawskim mieszkaniu. Pamiętam do dzisiaj, siedziała w fotelu — drobna kobieta, a obok ciężkie hantle. Jakoś do niej nie pasowały... Właśnie szykowała się do kobiecej wyprawy na K2. Gdy dowiedziała się, że znam dobrze angielski, z miejsca zaproponowała mi, bym jeździł po Europie i zwoził dla niej od sponsorów sprzęt na wyprawę. Miała zdolność owijania sobie facetów wokół palca. Owinęła i mnie! Był jednak problem. Paszport, na który — jako związkowiec — nie miałem co liczyć. Mówię o tym Wandzi, na co ona: Krzysiu, żaden problem — wspomina Oleksowicz.

W głowie idea: przy okazji ściągnąć brakujące części do niedokończonych samochodów.

Noc, kilka dni później. Stan wojenny. Walenie do drzwi. Strach. Kto! Milicja! Proszę otworzyć! Oleksowicz zerka na szczoteczkę do zębów. Otwiera. A w drzwiach milicjant z paszportem.

— Pytałem Wandę, jak to zrobiła. Ona: Hermaszewskiego znasz? Otóż to, on wysoko, ja wysoko, więc paszport masz — wspomina Oleksowicz.

Jej sukcesy otwierały każde drzwi, nawet w socjalistycznym domu, więc w życiu naszego bohatera zaczął się nowy etap. Począwszy od 1982 do 1988 roku wszystkie polskie wyprawy alpinistyczne przechodziły przez jego ręce. Współorganizował m.in. wyprawę na Manaslu (pierwsze zimowe wejście na siódmy szczyt globu) i Kanczendzongę. Zajmował się transportem, był kierowcą ciężarówek wiozących zaopatrzenie, załatwiał wizy. Czas pełen egzotyki. Dosłownie. Dwa załadowane na full jelcze Polskiego Związku Alpinizmu musiały dotrzeć na czas do Katmandu, więc nasz bohater za kierownicą brnął przez szosy Europy i bezdroża Azji — z zaopatrzeniem dla kolejnej wyprawy. Afganistan w ogniu, więc jechali przez Iran Chomeiniego. Często wielka niewiadoma, wieczne kontrole, nieraz poszturchiwanie kolbami. I co chwila psujące się ciężarówki. 400 kilogramów części zapasowych musiało wystarczyć.

— Odpoczywałem dopiero wówczas, gdy karawana ruszała w góry — wspomina Oleksowicz.

Pewnego razu ktoś z ekipy rzucił hasło: „Krzysiek, chodź z nami”.

Śmierć w górach

Wejść na szczyt świata? Dla młodego wilka wystarczyło. W Morskim Oku Oleksowicz poznał teorię himalaizmu — przyspieszoną. Po czym wszedł na pobliską Cybrynę, która do Himalajów ma się tak jak krawężnik do muru chińskiego. Papiery himalaisty zdobył szybciej niż kartę rowerową. Bo najbliższa wyprawa była tuż-tuż. A jemu zależało.

1986 rok. Himalaje. Droga na Cho Oyu. Ośmiotysięcznik. Oleksowicz idzie „na żywca”, bez aklimatyzacji. Porażka? Ambicja kierowcy to za mało. Ale dopiero dwa lata później powiedział dość.

— Planowaliśmy pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat z Kolumbijczykami. W ramach treningu wspinaliśmy się z dwójką kolegów po lodowcu na Rita Cuba Blanco, szczyt w paśmie Cocuy w Kolumbii. Nieoczekiwanie spadł na nas olbrzymi serak (bryła lodu — od red.), który porwał związanych jedną liną Marka Danielaka i Kolumbijczyka Blancanievesa, znanego poetę. Gdy odnalazłem ich zwłoki i przysypywałem je kamieniami, powiedziałem sobie: dość tych gór — wspomina Oleksowicz.

Wtedy stało się coś więcej, stracił mentalność dziecka. Oto dojrzałość. W samą porę. 1988 rok. Balcerowicz. Wolność gospodarcza. Możliwość prowadzenia działalności gospodarczej na dużą skalę. Oleksowicz wsiadł do dziejowego pociągu. Znów zaczął sprowadzać z Zachodu używane i rozbite samochody.

Dwa lata później założył Inter Cars. Pierwsi klienci? Dawne warsztaty, którym kiedyś przywoził części z Niemiec. I znowu jazda, tym razem do Hamburga. Po części. Bo klienci czekają. Powrót rano. Sen. Wieczorem — znowu w drogę.

— Towaru nawet na półki nie wystawialiśmy, bo wszystko szło wprost z kartonów. Taka samoobsługa... Po kilku godzinach magazyn był pusty. I znowu do Hamburga. Wspaniałe czasy, zachodnich aut coraz więcej, wysokie marże, mizerna konkurencja, dobre pieniądze — wspomina Oleksowicz. Więc Inter Cars się rozwijał. Błyskawicznie. Osiem lat w niewielkim budynku przy Powsińskiej. Ciasno. Więc Oleksowicz wybudował wielki magazyn na Bielanach. Po roku za mały. Zatem kolejny, za Łomiankami, w szczerym polu. Wielki i kosztowny. Przez jego budowę niemal stracił płynność finansową. Uratowały go fundusze venture capital, którym oddał 32 proc. udziałów za 7 mln dolarów. Po dwóch latach inwestorzy wyszli z Inter Cars — przez giełdę. Dlatego Oleksowicz, wchodząc na parkiet, nie zdobył kapitału, ale wyłącznie prestiż. Opłaciło się. Dzisiaj magazyn wydaje 3 mln sztuk części miesięcznie. Inter Cars od niedawna produkuje także wywrotki.

— To pomysł moich pracowników. Strzał w dziesiątkę, bo w Polsce mało kto je wytwarza, choć w budownictwie dzieje się nie najgorzej. Kupiliśmy fabrykę, pomysłodawcy nią zarządzają — przyznaje Oleksowicz.

Taki jest z niego demokrata, choć z kalkulatorem w kieszeni. I marzyciel. Bo wciąż żyje marzeniami. Wpierw jako młodzian: żeby mieć pieniądze, potem — żeby coś tworzyć. Gdy powstał Inter Cars, żeby być numerem jeden w Polsce. Teraz — w Europie. Na razie jest trzeci. Za dwa, trzy lata…

— Filozofia nauczyła mnie szacunku do ludzi i patrzenia na życie z lotu ptaka. I tego, że nie ma co się przejmować drobiazgami. Zawsze jakoś to będzie. I zazwyczaj jest lepiej, niż zakładałem. Bo w życiu trzeba mieć farta — mówi Oleksowicz.

Wciąż to ambitny optymista: by tylko kogoś przegonić. A to mknie po godzinach swoim subaru impreza (380 KM) na rajdzie Barbórki, a to partycypuje w budowie najszybszego samochodu na ćwierć mili w Europie, a to po prostu ściga się z synem na torze wyścigowym. A gdy nie może inaczej, to przynajmniej nakręci kilku pracowników, by choćby w lotki porzucać, może da się wygrać.

Ten typ tak ma.

CV

Krzysztof Oleksowicz

98 miejsce na liście najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost” (2007): majątek — 230 mln zł.

Pasja: narty, windsurfing, rajdy samochodowe. Ściganie się rajdowym Mitsubishi Evo VI na torze pod Kętrzynem z synem Maciejem, rajdowym wicemistrzem Polski w klasie N2.

Ulubiony film: „Ziemia Obiecana”.

Ulubione powiedzenie: „Masz rację, ale nie do końca”.

Ulubiona książka: „Świat według Garpa”.

Marzenie: żeby Inter Cars był numerem jeden w Europie.

Samochód: czteroletnie audi RS 6 kombi 450 KM. Rajdowe subaru impreza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu