Trzymajmy kciuki za zgodę Finlandii

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2021-05-17 20:00

Od weekendu 498-stronicowy Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO) w propagandzie władców kraju został przykryty przez 132-stronicowy Polski Ład (PŁ). To mechanizm dość naturalny, znany z każdej listy przebojów, po prostu utwór puszczany w kółko się nudzi i okazuje płytą nieco zgraną.

Oba dokumenty istotnie różnią się proceduralnie – KPO przyjęty został 30 kwietnia uchwałą Rady Ministrów i przesłany do Komisji Europejskiej, natomiast ogłoszony 15 maja PŁ to produkt wyłącznie partyjny. Dopiero ma zostać ubrany w projekty ustaw, które będą transzami kierowane do Sejmu. Notabene w poniedziałek premier Mateusz Morawiecki podczas gospodarskiego objazdu po kraju oznajmił, że PŁ to strategia… odbudowy po COVID-19, czym potwierdził jego poplątanie z KPO. Właściwie to zrozumiałe, wszak filozofia obu planów się nie różni, zwłaszcza w obszarze inwestycyjnym – jest nią scentralizowane rozdawanie przez władców pieniędzy po uważaniu, bez zobiektywizowanych, logicznych i transparentnych kryteriów.

Fanów KPO pocieszę, że wkrótce wróci on na szczyt listy politycznych przebojów. Tylko czasowo przycichł zgiełk wokół ustawowej ratyfikacji udziału Polski w systemie zasobów własnych Unii Europejskiej, które są źródłem sfinansowania zarówno wieloletnich ram finansowych 2021-27, jak też wszystkich KPO. Senat nie wykonał PiS-owskiego rozkazu podjęcia już w miniony piątek 14 maja uchwały o puszczeniu ustawy ratyfikacyjnej bez poprawek, rozpatrzy ją w następny czwartek 27 maja i nawet kombinuje wprowadzenie jakichś tam uzupełnień. Konstytucyjnie druga izba ma czas aż do 2 czerwca, zupełnie inną kwestią jest natomiast absurdalność poprawek do sztywnego art. 1. Senatorowie co najwyżej mogą w art. 2 przywrócić 14-dniowe vacatio legis, zamiast przeforsowanego przez PiS zaledwie kilkugodzinnego. Generalnie jednak absolutnie wszystko, co przyjdzie w uchwale Senatu z 27 maja, zostanie przez Sejm odrzucone. Ustawa ratyfikacyjna trafi do prezydenckiego podpisu w kształcie nadanym 4 maja przez Sejm, jedynie z opóźnieniem o 15-18 dni. Taki poślizg w unijnych relacjach kalendarzowych nie ma jakiegokolwiek znaczenia, KE planuje uruchamianie machiny finansowej wszystkich KPO dopiero od lipca. Notabene kalendarza nie da się oszukać, największą odpowiedzialność za polski poślizg ponosi Rada Ministrów, która do projektu ustawy ratyfikacyjnej pierwszy raz podeszła 16 lutego, ale potem Mateusz Morawiecki na długo wystraszył się niezgody Zbigniewa Ziobry i projekt przyjęto dopiero 27 kwietnia. Czyli jak by nie liczyć – sam rząd PiS bezmyślnie roztrwonił aż 70 dni.

Trzeba przypomnieć, że Polska to tylko jedno z 27 ogniw ratyfikacyjnego łańcucha. U nas realnym problemem jest wyłącznie data, ale wśród kilku państw spóźnialskich znajdują się tradycyjnie bardzo oporne w unijnych procesach ratyfikacyjnych – Irlandia, Holandia, Austria. W tym roku na plan pierwszy wysunęła się jednak… Finlandia. Przyczyną jest zinterpretowanie tamtejszej konstytucji i konieczność poparcia systemu unijnych zasobów własnych w Eduskuncie, czyli jednoizbowym parlamencie, przez co najmniej 2/3 posłów. Rządowa koalicja takiej większości nie ma. Prawdziwi Finowie (PerusSuomalaiset), czyli partyjny odpowiednik naszej Konfederacji i Solidarnej Polski, od tygodnia wykonują nieprawdopodobne hołubce proceduralne, aby odwlec głosowanie. Eduskunta kolejne podejście wykona dzisiaj – unijna wspólnota naprawdę powinna tytułowe kciuki zacisnąć…

Jeśli Eduskuncie uda się przeskoczyć barierę co najmniej 2/3 głosów, to ratyfikacja zasobów własnych UE przez komplet 27 państw raczej się powiedzie.
Hanne Salonen / Eduskunta