Uwodzicielski diabeł (morski) w sosie z limonki

Stanisław Majcherczyk
opublikowano: 2008-11-28 00:00

Jak większość warszawiaków poruszamy się po Krakowie z należnym szacunkiem. Bez kapeluszy. Chociaż ci ze starej Saskiej Kępy czują się tam jakoś bez kompleksów, to — na wszelki wypadek — okrążyliśmy Rynek w pokornym półzgięciu.

Restauracja Wentzl

Swoją drogą: ułatwiało to przemieszczanie się z restauracji do restauracji — zwłaszcza ukrytych w piwnicach. Nigdzie nie było jakoś potrzeby rozkładać składanego klęcznika — mimo że byliśmy przezornie przygotowani. No, może za wyjątkiem restauracji Wentzl. Bynajmniej nie ze względu na jej XVIII- wieczne korzenie. Siedząc na I piętrze i przypatrując się z góry przewalającym się tłumom, oczekiwaliśmy na przystawkę — tłusty ptasi pasztet z francuska zwany foie gras. Bardzo lubimy nim rozpoczynać kolację. Z troską zastanawialiśmy się, czy aby nie użyto do niego wątróbek z wypasionych gołębi, pracowicie dekorujących Rynek. Zapewniono, że to wykluczone. Choć dyskretnie zauważono, że — z ekonomicznego punktu widzenia — to ciekawy pomysł. Ach, ci krakusi!

Wątróbka w pilotce z konfitury

Pasztet był pyszny — i zdecydowanie kaczy. Krzysztof Mikrut zaproponował do niego alzacki gewurztraminer (2005). Początkowo nastroszyliśmy się, ale gdy wypatrzyliśmy na etykiecie Vendanges Tardives — wywęszyliśmy późny zbiór! I był — a do tego pełen różanych aromatów. Z wątróbką: wspaniała para, może dlatego, że — ze względu na chłody — wystąpiła w pilotce z rabarbarowej konfitury.

W drugiej odsłonie pojawił się mus z wędzonego halibuta w welonie z wasabi. Pyszny, ale przez pomyłkę zgryźliśmy towarzyszący mu atrakcyjnie wyglądający owoc. Południowoafrykańskiego pikanta! Wulkan kulinarnej ostrości! Alzacki riesling (synonim smakowej tolerancji) bezradnie rozłożył ręce. Poprosiliśmy o odświeżający przerywnik. Melonowy sorbet ułagodził nasze kubki smakowe. Mogliśmy teraz czekać na diabła morskiego. Był na przepustce z piekła! Uwodzicielsko delikatny w sosie z limonki. Z kieliszkiem chablis — świetny! Do chwili, gdy z przyzwyczajenia obficie posypał się pieprzem. Wino zaprotestowało. Diabeł też był tym zderzeniem zatroskany.

Galicyjskie tango

Wtedy podano comber z sarny. Soczysty, delikatny, króciutko marynowany. Z dalekimi powiewami cynamonu i lipowego miodu. Na dobrze przysmażonej cebuli i poduszeczce ze szpinaku. Gdy pan Krzysztof zaproponował do tego burgunda, od razu poznaliśmy rękę mistrza. Santenay — 1er Cru, 2005 (świetny rocznik), Charles Thomas, Cote-D’OR. Schłodzony i poprawnie napowietrzony zapanował nad podniebieniem. Ku naszemu zdumieniu wykonał z sarną niezapomniane galicyjskie tango.

Sorbet z goździków

Na zewnątrz — czyli na krakowskim Rynku

robiło się coraz ciemniej i ciemniej. Był to wyraźny sygnał, że najwyższa pora, by zamówić wieńczący biesiadę deser. Podano niezwykłą piramidkę — z powiewami cappuccino, w otoczeniu świeżych fig, z wysmakownym

goździkowym sorbetem... Skosztowaliśmy

i od razu potwierdziliśmy: błogostan! Popiliśmy jeszcze

piramidkę Muscat

de Beaumes de Venise. Rynek nam jakoś tak z nagła

radośnie zawirował. Z całym kłębiącym się tam tłumem... I z gołębiami, naturalnie.

Z Alzacji rodem

Gewurztraminer, 2005, Vendanges Tardives

Wino z późnego zbioru, a do tego pełne różanych aromatów. Wspaniały kompan dla pasztetu z kaczych wątróbek.

Figa bez maku

Piramidka cappuccino

A po rozbudzającej zmysły uczcie — wyrafinowany deser o smaku kawy, fig i goździków.

Zacne miejsce

Kamienica zamożnych mieszczan Cellarich przy Rynku Głównym w Krakowie, w XVIII wieku stała się siedzibą dynastii restauratorów założonej przez Jana Wentzla.