W filmie reklamowym o nowym Facebooku widzimy, że świat to już nie globalna wioska, ale globalna chałupa. Znajomy słucha Green Day, Facebook pozwala włączyć ten sam utwór. Koleżanka ogłasza, że robi sałatkę owocową – kupujemy takie same składniki, bo spodobał nam się przepis.
Informatycy biją brawo. Podziwiają wizję Marka Zuckerberga, twórcy Facebooka.
Co roku od 2007 r. w San Francisco odbywa się konferencja f8. Kierownictwo największego na świecie serwisu społecznościowego przedstawia swoje plany. Na ostatniej konferencji, we wrześniu 2011 r., Mark Zuckerberg zapowiedział najważniejszą nowość: timeline, linię czasu. W polskiej wersji nazwano ją: wehikuł czasu.
Pierwsze pięć minut
Czym będzie podróż w czasie? Mark Zuckerberg przywołuje historię serwisu: najważniejszy był zawsze profil użytkownika.
– Miliony ludzi zainwestowały mnóstwo czasu, żeby przez profil opowiedzieć historię swojego życia – przekonuje.
W 2004 r. po starcie Facebook mieścił tylko podstawowe informacje. – Mogłeś powiedzieć, skąd jesteś, gdzie chodziłeś do szkoły, gdzie pracujesz – wspomina Zuckerberg.
– Ówczesny profil to było pierwsze pięć minut rozmowy z nieznajomym. – Ludzie pokochali ten produkt – dodaje.
– Dla wielu okazał się pierwszym miejscem w Internecie, gdzie mogli bezpiecznie opowiedzieć o swoim życiu. Profil przebudowano w 2008 r. Zuckerberg tę wersję nazywa kolejnymi piętnastoma minutami opowieści o sobie. Pojawiły się statusy, w których można opisywać ostatnie wydarzenia ze swojego życia. Albumy pozwoliły grupować zdjęcia – ze ślubu, z wyjazdu wakacyjnego.
Profile stały się bogatsze, ale chaotyczne. Ważne wydarzenia tonęły w odmętach Facebooka. Należało uporządkować ludzkie historie. Pojawiła się więc koncepcja nowego wyglądu serwisu.
Zuckerberg tak podsumowuje zmiany: – Jeśli twój pierwszy profil, ten sprzed lat, to pierwsze pięć minut rozmowy, a przebudowana wersja to następnych piętnaście, dziś przyszedł czas pokazać resztę. To kolejne kilka godzin głębokiej rozmowy z przyjacielem. Zespół Facebooka pracował przez ostatni rok nad nową wersją profilu. To właśnie timeline.
Fiszki z życia
Wehikuł czasu to jedna długa strona internetowa, na której porządkujemy nasze życie. Przypomina papirus z naszą biografią – rozwijając go, śledzimy po kolei wydarzenia od tych ostatnich aż do urodzenia. Ale to nowoczesny papirus – szybko go przewijając, jak listę kontaktów w iPhonie, z łatwością wyłapiemy najważniejsze chwile.
Autor wyróżni je graficznie. Timeline, linia życia, to pionowa kreska biegnąca pośrodku tej internetowej strony od góry do samego dołu – daty narodzin.
Na prawo i na lewo od niej układamy jak fiszki w segregatorze kolejne, coraz starsze wpisy. Kolacja z żoną w restauracji – jedna fiszka. Mapa z wyrysowaną trasą porannego joggingu – druga fiszka. Przeczytana książka – następna. Zdjęcie z weekendu w górach – kolejna. Wehikuł czasu pozwoli umieszczać wpisy również w przeszłości.
To istotna zmiana. Dotąd bowiem każdy nowy zapis czy zdjęcie pojawiały się u góry strony. Na Facebooku żyliśmy tylko bieżącą chwilą.
Teraz jeśli znajdziemy stare fotki z wakacji w Chinach, możemy je na linii czasu dodać w lipcu 2004 r. Odszukaliśmy profil narzeczonej z podstawówki – dodajemy odsyłacz przy roku 1980. Facebook przestanie być jedynie zapisem myśli, która przyszła nam do głowy pięć minut temu, ale pozwoli cofnąć się w czasie do epoki Bieruta, Gomułki, Gierka lub Jaruzelskiego.
Internet towarzyski
Czy Facebook musiał powstać? Internet narodził się przez połączenie w sieć komputerów z różnych miejsc świata. Maszyny za pośrednictwem kabli zaczęły „rozmowę”, czyli przesyłanie cyfrowych danych.
To pozwoliło na uruchomienie stron WWW, serwerów plików, poczty elektronicznej. Zachwycało przekraczanie granic – komputer z Warszawy mógł szperać w amerykańskiej bibliotece Kongresu. Początkowo człowiek rozmawiał z komputerem.
Klikał w łącze, a komputer w odpowiedzi wyświetlał na ekranie tekst albo grafikę. Gdy pojawiła się poczta elektroniczna, komputer pozwolił człowiekowi rozmawiać z drugim człowiekiem. Podczas ostatnich kilkunastu lat w sieci modne były czaty, komunikatory (icq, Skype, Gadu-Gadu), listy dyskusyjne, fora.
Łączyła je wspólna cecha: służyły do rozmowy przez cyfrową sieć, ale z fizycznym człowiekiem. Wbrew ostrzeżeniom niektórych psychologów, że Internet alienuje, okazało się, że człowiek jest towarzyski: woli pogadać z innym człowiekiem niż z komputerem.
Facebook – i inne portale społecznościowe – połączył możliwości poprzedników: w serwisie można rozmawiać jeden na jednego, jak w komunikatorach lub na czatach, albo gromadnie rozprawiać o francuskich samochodach, jak na listach dyskusyjnych bądź forach.
Portale społecznościowe dodały jednak coś nowego – kontaktujemy się głównie z ludźmi, których wcześniej poznaliśmy w realnym świecie. Poprzez czaty czy listy dyskusyjne komunikowaliśmy się częściej z tymi, których spotkaliśmy dopiero w sieci.
Gdy oglądałem konferencję f8, zauważyłem, że na olbrzymim ekranie kilkakrotnie wyświetlano gigantyczną pajęczynę. To nic nowego – od dawna symbolizowała sieć połączonych przez Internet komputerów. Ale twórcy Facebooka w tym symbolu widzą inną sieć – łączącą nie komputery, ale ludzi.
Polubić śmierć
W 2010 r. Facebook zaczął wchłaniać resztę Internetu. Wprowadził przycisk „like”, w wersji polskiej „lubię to”. To drobiazg, który być może na wiele lat zmienił układ sił w sieci. Początkowo wydawał się drobnym zabiegiem technicznym. Każdy mógł na swojej stronie wstawić przycisk „lubię to”. Odwiedzający witrynę klikali w niego, żeby za pośrednictwem Facebooka powiadomić znajomych, że znaleźli coś ciekawego w sieci.
„Lajkowanie” szybko stało się modne. Przycisk „like” wydawał się darmową reklamą.
Tymczasem więcej zyskał Facebook niż właściciele „zalajkowanych” stron. Dowiadywał się, co interesuje użytkowników – mógł więc wyświetlić spersonalizowane reklamy. I sprzedawać dane innym firmom.
Kiedy na milionach witryn pojawił się przycisk „lubię to”, Facebook wyszedł poza swój wewnętrzny system. Fragmenty swojego kodu zaszczepił w całym Internecie.
„Lubię to” jest jak słowo „mama” wypowiedziane przez małe dziecko. Facebook uczy się następnych. Zapowiedział wprowadzenie trzech kolejnych: „czytam”, „oglądam” i „słucham”. Znajomi dowiedzą się, do jakiej gazety ostatnio zajrzeliśmy, w którym kinie byliśmy, na jakim koncercie. A Facebook nauczy się odróżniać książki, które przeczytaliśmy, ale ich nie polubiliśmy. Nakarmimy go dokładniejszą porcją informacji dla reklamodawców.
Starcie gigantów
Według statystyk w Internecie wciąż numerem 1 pozostaje Google. Facebook – młodszy o sześć lat – jest numerem 2. Taki ranking podaje Alexa.com, firma obliczająca ruch w sieci.
Z Google korzysta 46–49 proc. internautów, z Facebooka – 43 proc. W wakacje ubiegłego roku nastąpiła istotna zmiana. W sierpniu 2010 r. (według com- Score) Amerykanie spędzili więcej czasu na Facebooku niż na stronach Google – razem z Gmailem i YouTube. Wkrótce tendencja ogarnęła cały świat. Dzisiaj (według Alexa. com – statystyki z całego świata) średni czas pobytu na Facebook.com wynosi 26 minut. Na Google.com (bez Gmaila i YouTube) – tylko 12 minut.
Im dłużej internauta pozostaje na stronie, tym więcej zobaczy reklam. Ben Elowitz zajmujący się analizą nowoczesnych mediów na blogu Digital Quarters przewiduje, że w przyszłym roku Facebook wzbogaci się o narzędzie, które pozwoli mu całkowicie pokonać Google. Tym narzędziem ma być… wyszukiwarka. Rynek związany z wyszukiwaniem w przyszłym roku w USA może być wart 15 mld dolarów.
Najwięksi próbują zagarnąć jak najwięcej tortu dla siebie. Microsoft trzy lata temu uruchomił wyszukiwarkę Bing, Apple w najnowszego iPhone’a wbudował sterowaną głosem wyszukiwarkę Siri. Między rywalizującymi gigantami, Google i Facebookiem, istnieje fundamentalna różnica. Google zakłada anonimowość w sieci, Facebook zaś zawsze nas rozpoznaje.
Google próbuje nas poznać, ale gromadzi wiedzę o komputerze, z którego łączymy się z Internetem: z jakiego miasta, kraju, w jakich porach, jakie strony otwiera przeglądarka internetowa, ile czasu na nich pozostaje. Z tego samego komputera może korzystać jednak kilka osób o różnych zainteresowaniach.
Facebook odróżnia zalogowanych użytkowników, nawet jeśli korzystają z kilku komputerów. Precyzyjniejsze rozpoznawanie internautów może dać temu serwisowi przewagę przy tworzeniu wyszukiwarki. Kiedy ślusarz wpisuje hasło „zamek”, oczekuje od wyszukiwarki adresów sklepów z zabezpieczeniami. Historyk szuka odsyłaczy do średniowiecznych budowli.
Czy konkurowanie z tak dobrym narzędziem jak Google ma szanse powodzenia? Chociaż dla nas googlowanie stało się synonimem wyszukiwania, to w największych krajach na świecie wygrywają miejscowe serwisy.
W Chinach najpopularniejsza jest wyszukiwarka Baidu, w Rosji – Yandex. Facebook „podgryza” nie tylko Google. Ben Elowitz w internetowych statystykach dostrzegł głębszy trend. Z pozoru cała sieć rozwija się dynamicznie: internetowe wideo w ciągu roku urosło o 45 proc.
Czas połączeń z siecią za pomocą mobilnych urządzeń wzrósł o 28 proc. Ale kiedy ze statystyk usunąć Facebooka, czas spędzany w sieci spada w ciągu roku o 9 proc. (dane Wetpaint i comScore, marzec 2010 – marzec 2011). Za to czas poświęcany na korzystanie z portalu wzrósł aż o 69 proc. Facebook powoli zjada resztę Internetu.
Sieciowa bańka
Konkurencja Facebook–Google to wojna między siecią „wyszukiwaną” a „społecznościową” – twierdzi Ben Elowitz.
Google przez kilkanaście lat było bramą do Internetu. Wpisujemy hasło, w odpowiedzi dostajemy linki, w które klikamy.
Facebook proponuje inny sposób podróżowania po sieci – rekomendacje znajomych. Facebook to gazeta wydawana dla nas przez znajomych. To oni stali się redaktorami, którzy wkładają do numeru interesujące artykuły z całej sieci. Wrzucają je w postaci linków. Nawet jak przystało na redaktorów, czasami dopisują zgryźliwą opinię o materiale. Na Facebooku jesteśmy naczelnym gazety, w której „zatrudniamy” redaktorów przez zaproszenie ich jako znajomych.
Ta piękna wizja ma jednak wadę – może wywołać fatalne skutki. Internet to fantastyczne miejsce poszerzające nasze horyzonty. Tak wydawało się przez wiele lat. Tymczasem oddaliśmy się we władanie myślących za nas algorytmów. Od dłuższego czasu zjawisko bada Eli Parser, autor książki „The Filter Bubble”, która opowiada o tym, jak sieć zamyka nas w bańce, do której nie docierają żadne odkrywcze treści. Podczas konferencji zorganizowanej przez Ted – „Ideas Worth Spreading” – 30-letni Eli Parser opowiadał o roli, jaką odgrywał w jego życiu Internet, kiedy dorastał na wsi w stanie Maine:
– Był łącznikiem ze światem. Byłem pewien, że będzie wspaniały dla demokracji i naszego społeczeństwa. Pewnego dnia jednak odkrył, że coś dziwnego dzieje się z przepływem informacji w sieci.
– Pierwszy raz zobaczyłem to na swoim profilu na Facebooku – mówił. – Jestem nowoczesny, politycznie jednak zawsze nasłuchuję konserwatystów. Lubię wiedzieć, co mają do powiedzenia. Pewnego dnia konserwatyści zniknęli z mojego Facebooka. Okazało się, że serwis sprawdzał, w co klikałem, i zauważył, że częściej wybierałem linki liberalnych niż konserwatywnych znajomych.
I bez mojej konsultacji w ogóle odrzucił linki konserwatystów. Podobny mechanizm Eli Parser zaobserwował na innych stronach. Kiedyś poprosił znajomych, żeby w Google wpisali hasło „Egipt”. Jeden w odpowiedzi otrzymał linki do stron o kryzysie i protestach w Egipcie, drugi – propozycje wakacyjne i turystyczne.
Facebook i Google – podobnie jak Yahoo!, Washington Post i setki innych witryn – „odczytują”, kim jesteśmy. Gdy wpisujemy nasze pytanie, algorytm dopasowuje odpowiedzi do naszego profilu. Internet tym samym nie poszerza naszych horyzontów, ale zamyka nas w ciasnym kręgu własnych przekonań.
Mark Zuckerberg, twórca Facebooka (pierwszy z lewej), i wpatrzony w niego zarząd firmy
WIELKI BRAT NIE MUSI JUŻ ŚLEDZIĆ NAS CAŁĄ DOBĘ – SAMI PISZEMY MU RAPORTY O NASZYM ŻYCIU
Eli Parser stwierdził, że Internet zaczął działać tak, jak kiedyś powiedział Mark Zuckerberg: „Wiewiórka umierająca w twoim ogródku może być bardziej dla ciebie istotna niż ludzie umierający w Afryce”.
Farmy fanów
Facebooka atakowano za politykę prywatności. Jak chyba każdą wielką firmę działającą w sieci. W listopadzie świat obiegła informacja, że ze względu na nieposzanowanie prywatności internautów ataku na Facebooka dokonają hakerzy z grupy Anonymous. Do uderzenia nie doszło, być może ktoś podszył się pod Anonymous. Ci za pośrednictwem innego serwisu społecznościowego, Twittera, zakomunikowali, że na świecie są większe problemy – choćby walka z pedofilią i kartelami narkotykowymi – niż Facebook. Ostrzejsza od Anonymous jest Unia Europejska. Władze w Brukseli chciałyby, aby użytkownik mógł w każdej chwili skasować wszystkie swoje dane z Facebooka. Nazywają to zasadą „right to be forgotten”. Tymczasem można usunąć konto, które przestaje być widoczne dla użytkowników, ale dane wciąż pozostają na serwerach Facebooka. Rozdźwięk między prawem a technologią widać jeszcze bardziej w sprawie z Hamburga. Miejscowy ośrodek ochrony danych osobowych pozwał serwis za automatyczne rozpoznawanie twarzy. Działa to tak: użytkownik portalu zaznacza, że znajduje się na jakiejś fotografii. Potem program podpowiada innym, że na kolejnych zdjęciach pojawia się ta właśnie osoba. Niemieccy urzędnicy uznali, że Facebook zbiera dane biometryczne użytkowników, nie informując ich o tym. Technologia jest stosunkowo nowa – używane „stare” prawo musi udawać, że było przygotowane z myślą również o takich sytuacjach.
Ale kwestia ochrony prywatności to niejedyny problem Facebooka.
Wchodząc do zamkniętego serwisu, można ulec złudzeniu całkowitego bezpieczeństwa. Jednak na Facebooku – podobnie jak w całym Internecie i w realnym świecie – możemy paść ofiarą przestępstwa. Chociażby tak zwanej farmy fanów. Social360.pl wyśledził kilka prób oszustw.
W lipcu tego roku pojawił się konkurs – bluzy z logo Facebooka dla pierwszych 300 tys. fanów. Należało „polubić” facebookową stronę „Wakacje”. W innym konkursie za polecenie strony znajomym obiecywano podwójne wejściówki do Multikina. Nabrało się kilkadziesiąt tysięcy osób.
Zostali sprzedani na Allegro. Stronę z 5 tys. fanów można kupić za niecałe 200 zł. Fanpage z 200 tys. fanów kosztuje 15 tys. zł. Kupującemu oferuje się regularne wysyłanie jego postów reklamowych – dotrą do wszystkich nabranych fanów. Lekkomyślność na Facebooku naraża na straty również w realu. W listopadzie portal Bankier.pl poinformował, że w Wielkiej Brytanii 39 spośród 50 przebadanych złodziei przyznało się do sprawdzania mediów społecznościowych przed włamaniem. Wielu okradzionych publikowało zrobione przed chwilą zdjęcia z wakacji albo „meldowało się” daleko od domu.
Wszystko na sprzedaż
Podczas ostatniej konferencji f8 duże poruszenie wzbudziła kolejna nowość: możliwość wspólnego słuchania muzyki. Facebook wbudował w swój system internetowy serwis Spotify pozwalający na słuchanie muzyki od wielkich wydawców, m.in. Sony, EMI, Warner Music Group, Universal. Jednym z udziałowców i członkiem zarządu założonego w Szwecji serwisu Spotify jest Sean Parker. Ponad 10 lat temu współtworzył Napster, który jest kojarzony z muzycznym piractwem. Potem był prezesem Facebooka.
To ten, którego w filmie „Social Network” gra Justin Timberlake, a widzimy go jako złego ducha Zuckerberga.
W Polsce na razie nie skorzystamy ze Spotify, bo ze względu na umowy z wydawcami muzycznymi dostępny jest tylko w kilku krajach, m.in. w Szwecji, we Francji, w Wielkiej Brytanii i USA. Ale możemy sprawdzić nową funkcję, którą Facebook wprowadza przy okazji, a która może odegrać olbrzymią rolę w rozwoju serwisu. Ta funkcja to raportowanie na żywo, bez naszego udziału, co robimy.
Kiedy Amerykanin włączy Spotify, Facebook sam wyświetli informację, czego dany użytkownik słucha. Podobnie na żywo raportuje czytnik „Washington Post” – jednej z pierwszych gazet drukujących artykuły w serwisie. Kiedy zajrzymy do dowolnego tekstu (działa to też w Polsce), Facebook sam poinformuje naszych znajomych, co właśnie czytamy. Być może w przyszłości z Facebooka zniknie przycisk „lubię to”, bo serwis zacznie sam, bez naszego udziału, zapisywać i pokazywać na żywo coraz więcej informacji o nas. Taki samopiszący się cyfrowy pamiętnik może uwieść użytkowników swoją wygodą.
Bo jak łatwiej sprawdzić, w której restauracji rok temu smakowało nam sushi? Albo kiedy ostatni raz byliśmy w Krakowie?
Ale może czasem lepiej nie pamiętać? Swoje ślady do tej pory rozrzucaliśmy po całym Internecie. Teraz zaczynamy je trzymać w jednym miejscu – na Facebooku. Wielki Brat już nie będzie musiał śledzić nas przez całą dobę, bo sami przygotujemy mu wyczerpujące raporty o naszym życiu. Gdzie byliśmy, co jedliśmy i z kim spaliśmy. Utkniemy w pajęczynie. &
590
tys. fanów na Facebooku ma Allegro, najwięcej wśród polskich firm. Na drugim miejscu jest kampania reklamowa TP SA „Serce i Rozum” – pół miliona fanów. Kolejne trzy miejsca zajmują marki odzieżowe LPP: Reserved (462 tys.), House (427 tys.) i Cropp (410 tys). Dwie ostatnie spotkała nieprzyjemna przygoda. Pewnego dnia Facebook... skasował ich strony. Powodem było zagnieżdżenie się na ich fanpage’ach złośliwej aplikacji.
