Wyścig na kółkach

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-09-05 00:00

2 mln euro, 5 kartonów zezwoleń, 20 tirów sprzętu, 2 mobilcary, 600 km taśmy, 12 km płotków oraz przeszło 3000 osób obsługi. I się kręci.

Przygotowania do wyścigu zaczynają się tuż po zakończeniu poprzedniego. Kilka miesięcy trwa zbieranie niezbędnych zezwoleń do przeprowadzenia kolejnego Tour de Pologne. W dniu startu jest ich tyle, że zajmują pięć wielkich pudeł.

Do celu po strzałkach

W siedzibie Touru w hotelu Novotel w Warszawie praca wre niczym w małej fabryczce wyprawek szkolnych. Kilka młodych dziewczyn siedzi przy długim stole zarzuconym kolorowymi karteczkami, plastykowymi etui i żółtoczarnymi smyczkami, z których kilkoma wprawnymi ruchami składa gotowe identyfikatory. Będzie ich ponad tysiąc. Mają jeszcze kilka godzin. Wokół twórczy bałagan. I człowiek krzyczący coś przez telefon.

— Koszulki do dukato, taśmy do Olsztyna, mówiłem przecież dziesięć razy — instruuje przez telefon Adam Siluta, dyrektor marketingu. Na mój widok kończy rozmowę.

— Trafił pan bez problemu?

— Nie trudno było, w całej Warszawie strzałki i znaczki, ślepy by trafił.

Na Tour de Pologne trudno się zgubić, chyba że w gąszczu specyficznych symboli, kolorowych piktogramów. To jedyny wyścig na świecie, którego uczestnicy od rana do wieczora jeżdżą po strzałkach i piktogramach. Chcesz się dostać na start, jedziesz po czarnym trójkącie, do hotelu — szukasz piktogramów z czerwonym „H”. Miasteczko sportowe, stacja paliw, parking, biuro wyścigu czy bufet — każdy ma swój piktogram, który doprowadzi jak po sznurku do celu. Nawet na Tour de France tak nie jest.

Od strony organizacyjnej wyścig to gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne. Organizacja koncertu, powiedzmy, Michaela Jacksona czy Rolling Stonesów to pestka. Tour to praktycznie jedna wielka impreza, tyle że każdego dnia w innym mieście. Codziennie przez siedem dni, karawana kilkuset samochodów i ludzi zwija się i rozkłada na nowo.

— Kolarze przyjeżdżają na metę około 17.00, jest dekoracja. Po kilku godzinach nie ma już śladu po wyścigu, bo scenografia jedzie do następnego miasta etapowego. Przyjeżdżamy zazwyczaj około drugiej w nocy, dwie — trzy godziny snu, i od wczesnych godzin rannych znowu budujemy metę — mówi Adam Siluta.

Tour liczy 1200 kilometrów. Codziennie karawana zwija się i rozkłada, codziennie nowy show. Przy rozkładaniu scenografii pracuje 200 osób ekipy technicznej. Budują starty honorowe, lotne premie (na każdym etapie są trzy) i gigantyczną scenografię na metach: trybuny, bramki, miasteczko namiotowe (80 namiotów to nie fraszka), namioty sponsorskie. Oprócz nich każdy ze sponsorów ma własną ekipę techniczną — nie mówiąc o poszczególnych ekipach.

Meta każdego odcinka to gigantyczna scenografia, na którą składają się setki różnych elementów, od metalowych barierek oddzielających kolarzy od widzów, banerów reklamowych, nagłośnienia po telebimy, trybuny czy przenośne ubikacje. W sumie mnóstwo drobiazgów. Do ich przewożenia między kolejnymi etapami potrzeba aż 20 tirów.

Na żadnym z wyścigów na świecie, nawet na Tour de France, nie ma tylu płotków odgradzających widzów od jadących kolarzy. Ich łączna długość przekracza 13 kilometrów.

— Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) wymaga, żeby płotki ustawiać jedynie na kilometr od mety. Wystarczyłoby więc ustawić raptem 2 km płotków. My wychodzimy dalej, bo zabezpieczamy każdy etap Dodatkowo, na potrzeby wyścigu produkujemy 800 km taśmy ogrodzeniowej — mówi Adam Siluta.

Na każdym etapie wyścigu jest miasteczko sponsorskie. Nietypowe.

— W tym roku po raz pierwszy ściągnęliśmy z Holandii dwa mobilcary, luksusowe, dwupoziomowe i klimatyzowane biura na kółkach, takie same jak na wyścigach Formuły 1. Wynajęcie ich kosztowało nas ponad 300 tysięcy złotych. Muszą być, bo takie wymogi stawia UCI — mówi Adam Siluta.

W jednym z nich znajduje się klub Tour de Pologne dla VIP-ów, z drugiego będą korzystać dziennikarze. Oczywiście musieliśmy zajrzeć do środka. Każdy z kilkudziesięciu naszych kolegów po fachu ma do dyspozycji laptopa, drukarkę, aparat cyfrowy, kopiarkę, słowem wszystko, czego dusza zapragnie. Niejedna redakcja mogłaby pozazdrościć takiego wyposażenia

Wyścig obsługuje prawie 60 dziennikarzy oraz ponad 30 kamerzystów na motorach jadących za zawodnikami ze swoich krajów. Do tego ekipy telewizyjne z kilkunastu krajów świata. Najliczniejsza z nich TVP liczy ponad 100 osób, korzysta z kilku wozów transmisyjnych, bezprzewodowych kamer montowanych na motocyklach oraz specjalnie wynajęty do obsługi wyścigu śmigłowca.

Za kolarzami podąża karawana ponad 1000 osób samej tylko obsługi technicznej. Poza nimi na każdym kolejnym etapie wyścigu pracuje dodatkowo prawie 2000 osob, w tym animatorzy. Ich zadaniem jest zachęcanie publiczności do aplauzu i umilanie czasu oczekiwania na peleton. Mety nie bez powodu są zlokalizowane w dużych miastach, bo gdzież indziej udałoby się znaleźć nocleg dla tylu osób.

Wybredni Hiszpanie

Im wyższa klasa wyścigu, tym jego organizacja jest trudniejsza. Większe są wymagania UCI, ale też więcej ekip kolarskich staje na starcie. W Tour de Pologne startują 23 ekipy. Każda to osobna karawana.

— W grupie liczącej ośmiu kolarzy jest co najmniej 25 osób obsługi: 3 masażystów, 3 mechaników, kilku dyrektorów grupy kolarskiej i kilka innych osob z bezpośredniej obsługi technicznej. Do tego dwa samochody osobowe, dwie ciężarówki i autobus — wylicza Piotr Bieliński, wiceprezes firmy Action, jednego z dwóch sponsorów zawodowej grupy kolarskiej Intel-Action, która w tegorocznym wyścigu wystartuje z dziką kartą.

Większe grupy są praktycznie samowystarczalne, to niemalże małe miasteczka na kołach, od kilku do nawet kilkunastu samochodów osobowych, autokarów, wozów technicznych i tirów, a w nich sprzęt techniczny i rowery, sypialnie, kuchnie, a nawet pralnie.

Dla kolarza oprócz roweru najważniejsza jest dieta. Każda ekipa ma co najmniej jednego własnego kucharza i dietetyka. Mimo to organizatorzy wyścigu otrzymują od każdego uczestnika jego własne menu, które z kolei trafia do kucharzy w każdym hotelu, w jakim się zatrzyma. Z jaką grupą organizatorzy mają najwięcej kłopotów? Ponoć najciężej jest z Hiszpanami z grupy Euskaltel, którzy doprowadzają organizatorów do białej gorączki ciągłymi zmianami planów, zwłaszcza hoteli.

Drogowa logistyka

To, co dzieje się wokół wyścigu, to jedno, a to, co na drodze, to drugie, równie ważne logistycznie przedsięwzięcie. Za i przed kolarzami jedzie w sumie aż 300 samochodów i motocykli, począwszy od pilota, kolumny 60 samochodów reklamowych, mobilnego laboratorium antydopingowego, samochodów z VIP-ami i dziennikarzami, pojazdami technicznymi z zapasowymi rowerami i kołami, pojazdów sędziowskich, dyrektora wyścigu, w końcu samego peletonu, a skończywszy na identycznej karawanie zamykającej wyścig. Każdy pojazd ma swoje miejsce w tym z pozoru bezładnym szyku.

— Na odcinkach specjalnych, zwłaszcza w górach, w Karpaczu, samochody nie jadą, tylko motocykle. Na zjeździe kolarze rozwijają takie prędkości, że samochodem się nie ucieknie, zwłaszcza na krętej drodze. Żaden samochód nie wyrobi się na serpentynach przy 120 km na godzinę. Nie ma szans. Dlatego jadą motory. Kiedyś były przypadki, że kolarz wpadł na samochód pilota, a raz była to karetka pogotowia — mówi Adam Siluta.

Wpadki? Większych nie było. Wyścig za każdym razem otrzymuje od UCI ocenę techniczną za organizację w granicach 99 punktów na sto możliwych. Dlatego weszliśmy do najwyższej dywizji, Pro Tour. Wygraliśmy rywalizację z 800 wyścigami z całego świata.

Możesz zainteresować się również: