Czytelnik niniejszego tekstu jest mądrzejszy od autora o noc liczenia głosów w brytyjskim referendum. W piątek rano nieoficjalnie będzie już wiadomo, który z wariantów odpowiedzi zyskał w urnach niewielką przewagę: „Czy Zjednoczone Królestwo powinno pozostać członkiem Unii Europejskiej, czy opuścić Unię Europejską?”.

W każdym razie według stanu z czwartku o godz. 22 czasu Greenwich (czyli o 23 warszawskiego), gdy zamykane były punkty głosowania — Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej pozostawało członkiem założycielem Unii Europejskiej. I również w sytuacji, gdy 23 czerwca więcej głosów zebrali jednak zwolennicy brexitu — oczywiście pozostaje nim w piątek i będzie tak jeszcze przez kilka lat. Szanując ewentualny wynik antyunijny, brytyjski parlament będzie musiał przyjąć proceduralną ustawę, notyfikować ją w Radzie Europejskiej oraz wynegocjować umowę o trybie wystąpienia.
Niezależnie od realizacji doraźnych celów Partii Konserwatywnej, forsując referendum premier David Cameron odrobił historyczną zaległość.
Po podpisaniu 7 lutego 1992 r. w Maastricht traktatu o Unii Europejskiej przez założycielską piętnastkę — jedynie sześć państw przeprowadziło później ratyfikacyjne referenda. Społeczeństwo brytyjskie takiego głosu zostało pozbawione, zdecydował za nie parlament. UE formalnie wystartowała 1 listopada 1993 r. — i od tego czasu w londyńskiej mgle ciężko wisiało unijne niedopowiedzenie.
Przecież archiwalne już referendum z 1975 r. dotyczyło członkostwa w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, czyli w zupełnie innym bycie. Sam wspólny rynek cieszy się powszechnym poparciem obywateli wszystkich państw członkowskich, natomiast postępująca w UE wszechstronna, pogłębiająca się integracja — niekoniecznie.
Brytyjska frustracja narastała z kolejnymi nowelizacjami unijnego traktatu — po Amsterdamie 1997, Nicei 2000, a zwłaszcza po Lizbonie 2007. Premier Tony Blair w dekadzie 1997–2007 utrzymywał kurs silnie prounijny i Partia Pracy automatycznie ratyfikowała kolejne etapy integracji. Ale podczas podpisywania już przez jego następcę Gordona Browna traktatu lizbońskiego nastąpił charakterystyczny zgrzyt, o którym mało kto pamięta. 13 grudnia 2007 r. podczas gali na dziedzińcu klasztoru Hieronimitów w imieniu każdego państwa podpisy składało dwóch polityków — szef państwa/rządu i minister spraw zagranicznych (z Polski — Donald Tusk i Radosław Sikorski, w obecności prezydenta Lecha Kaczyńskiego).
Pamiętam, że ku ogromnemu zaskoczeniu mediów na końcu kolejki w imieniu Zjednoczonego Królestwa wyszedł na podium tylko minister David Miliband. Natomiast premier Gordon Brown, partyjny towarzysz Tony’ego Blaira i szef rządu 2007–10, demonstracyjnie się schował i podpis złożył dopiero… na zapleczu. Zdumieni takim dyplomatycznym fochem żartowaliśmy, że pewnie gdzieś przy toalecie… Ów symboliczny gest potwierdził, że również Partia Pracy siadła unijnym okrakiem i była za, a nawet się dystansowała.
Paradoksalnie dopiero chciany/niechciany traktat z Lizbony wprowadził prawną możliwość wychodzenia z Unii Europejskiej. Dodany artykuł 49a ustala w ust. 1, że „Każde państwo członkowskie może, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi, podjąć decyzję o wystąpieniu z Unii”. Dalej zapisane są tylko ogólne wytyczne o konieczności zawarcia umowy z instytucjami unijnymi. Traktatowa procedura wychodzenia