Z wpadki Copernicusa warto wyciągnąć wnioski

Fundusz papierów dłużnych firm, zarządzany przez Copernicusa, idzie do likwidacji. Tymczasem do konkurentów klienci walą drzwiami i oknami

4 proc. w rok i prawie 13 proc. w trzy lata — tyle przeciętnie zarobiły fundusze obligacji korporacyjnych. Nie są to może zyski imponujące, bo fundusze dłużne uniwersalne (czyli inwestujące także w obligacje skarbowe) mają analogiczne stopy zwrotu na poziomie 6,7 oraz 19 proc., ale najlepsi w pierwszej z kategorii przez trzy lata zarobili po 20 i więcej procent.

To, plus hasło „bezpieczeństwo połączone z szansą na zysk wyższy niż na lokacie” działa jak magnes na klientów, którzy boją się akcji, a jednocześnie szukają alternatywy do lokat. W lipcu do funduszy papierów dłużnych przedsiębiorstw napłynęło netto 253 mln zł i był to dziesiąty miesiąc z rzędu, w którym saldo przekroczyło 200 mln zł. Od początku roku przewaga wpłat nad wypłatami wyniosła 2,3 mld zł — wyliczyły Analizy Online.

Oznacza to jednocześnie, że każde dwa z pięciu złotych, wpłaconych do wszystkich rodzimych funduszy, trafiło właśnie do tej grupy. Nic więc dziwnego, że TFI chętnie wypuszczają na rynek tego typu produkty — w ostatnich tygodniach poinformowały o tym TFI Allianza, PZU i KBC.

Wycisnąć cytrynę

W drugą stronę idzie natomiast Copernicus Dłużnych Papierów Korporacyjnych (CDPK) — fundusz, który powstał w 2010 r., a teraz zapadła decyzja o likwidacji. To pokłosie nietrafionych inwestycji i ucieczki klientów, którzy zdążyli wycofać ponad 200 mln zł z funduszu, którego aktywa w szczytowym momencie warte były 260 mln zł. Obecnie to niespełna 39 mln zł.

— Te aktywa wymagają pewnego rodzaju restrukturyzacji, na którą musimy mieć czas. Dajemy sobie maksimum 2 lata na likwidację funduszu — mówi Marcin Billewicz, prezes Copernicus Capital TFI.

Na przełomie sierpnia i lipca zawieszono możliwość odkupu jednostek funduszu, po jej odwieszeniu umorzono jednostki za ponad 20 mln zł i… znów zawieszono odkup. Decyzja o likwidacji oznacza, że dopóki wszystkie aktywa nie będą spieniężone, klienci nie będą mieli możliwości odzyskania kapitału. Nie ma możliwości realizowania wypłat „na bieżąco”.

— W procesie likwidacji łatwiej jest przejąć zabezpieczenia — przekonuje Marcin Billewicz.

Chodzi głównie o nieruchomości, bo to najpopularniejsza forma zabezpieczenia tych obligacji, których wartość nie została jeszcze spisana do zera. Problemów z papierami, które zostały jeszcze w portfelu, nie brakuje, ale to cena za pogoń za wysokimi rentownościami — np. obligacje TMI miały odsetki w wysokości 30 proc., GC Investment i Monday Development obiecywały po kilkanaście procent.

Ryzykowna otwartość

Marcin Billewicz i Tomasz Glinicki, który obecnie zarządza portfelem CDPK, problemy funduszu tłumaczą nie tylko błędami poprzednich zarządzających, ale też specyfiką polskiego rynku obligacji korporacyjnych.

— Rynek ten dopiero się rozwija, płynność jest niska, co jest nie lada problemem w sytuacji dużych umorzeń. To margines, ale zdarzają się też wśród emitentów przestępcy — mówi Marcin Billewicz.

Zdaniem obu przedstawicieli Copernicusa, fundusze obligacji korporacyjnych — przynajmniej te inwestujące w bardziej ryzykowne papiery, tzw. high yield, powinny mieć formułę funduszy inwestycyjnych zamkniętych (FIZ) albo specjalistycznych funduszy otwartych (SFIO).

Próg inwestycji w nie jest wyższy (to nie 100 lub 200 zł, ale nawet ponad 160 tys. zł), a na umorzenie certyfikatów zarządzający mają określony czas i nie muszą się spieszyć.

Emil Szweda, analityk portalu obligacje. pl, monitorującego rynek papierów dłużnych firm, uważa, że od formuły funduszy bardziej liczy się to, co ma on w portfelu.

— Gdyby fundusz, którego uczestnicy chcą wypłacić ponadnormatywne ilości gotówki, chciał dziś sprzedać na szybko papiery Robygu, Orlenu, Kruka, Echo czy innych podobnych emitentów, bez trudu znalazłby nabywców. Ale jak się ma w portfelu papiery spółek, które znajdują się w upadłości lub blisko niej albo emitenci nie są publiczni i przez to potrzebny jest czas na analizę ich sytuacji finansowej, to nie ma większego znaczenia, czy jest to FIZ czy FIO — towaru upłynnić nie sposób, nie tylko w krótkim terminie, ale też w średnim, a być może w żadnym — mówi Emil Szweda. Specjalista nie ma wątpliwości, że FIZ ułatwia zadanie zarządzającym, bo ci nie muszą się martwić o poduszkę płynnościową, ale...

— Z drugiej strony nie sposób tak ustawić duration, żeby papiery zapadały w jednym momencie, więc tak czy owak należy być przygotowanym na wypłaty do uczestników funduszy, a można to osiągnąć dzięki wyborowi dobrych jakościowo emitentów i szerokiej dywersyfikacji portfela. Myślę, że pod tym względem zarządzanie FIO czy FIZ nie różni się od siebie aż tak bardzo, choć oczywiście można też stworzyć FIZ „trudnych przypadków”, co w formule FIO jest raczej nie do pomyślenia — dodaje Emil Szweda. Tomasz Publicewicz, ekspert rynku funduszy, zastrzega, że funduszy obligacji korporacyjnych nie można wrzucać do jednego worka, bo są wśród nich takie, których portfel jest bardzo płynny.

— Produkty są jednak bardzo zróżnicowane, a nietransparentność TFI w obszarze danych o inwestycjach tak duża, że klient musi mieć się na baczności — mówi Tomasz Publicewicz.

Specjalista radzi sprawdzać, jakie są poziomy koncentracji, czyli procentowego zaangażowania funduszy w poszczególne aktywa (im większe w pojedynczą spółkę, tym ryzyko wyższe) i jakie jest oprocentowanie obligacji, w tym marże ponad stawki referencyjne (im wyższa marża, tym teoretycznie wyższe ryzyko).

— Ważne też, czy emitentem są podmioty o ugruntowanej pozycji, które potrzebują krótkoterminowego finansowania, czy biznesy, które są w zasadzie w fazie projektu — dodaje Tomasz Publicewicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Fundusze / Z wpadki Copernicusa warto wyciągnąć wnioski