Za trzecią próbą podobno się uda

opublikowano: 26-04-2021, 20:00

Tytuł nawiązuje do lekkoatletycznych konkursów w skoku wzwyż lub o tyczce, ale dotyczy politycznej konkurencji, w której startuje rząd tzw. dobrej zmiany. Rywalizuje… sam ze sobą, a dokładniej z wewnętrznym skłóceniem grożącym nawet rozpadnięciem się obozu władzy.

Na wtorkowym posiedzeniu Rada Ministrów podobno przyjmie spóźniony co najmniej o dwa miesiące projekt rozpalającej tyle namiętności ustawy ratyfikacyjnej. Dotychczas rząd dwa razy się rozpędzał, ale ze strachu przed poprzeczką tylko pod nią przebiegał, tracąc kolejne próby. 16 lutego odbyła się jedynie wstępna dyskusja, co nie przeszkodziło rządowym służbom w rozesłaniu do wszystkich mediów fejka, że projekt przyjęto – na przyznanie się, że to nieprawda, czekaliśmy całe 24 minuty. Później 13 kwietnia zapowiedziana została próba poprawkowa, ale tuż przed posiedzeniem rządu projekt spadł. Dlatego obecnie najbardziej uczciwe jest przyjęcie filozofii nieufnego apostoła Tomasza – uwierzymy dopiero, gdy nie tyle dotkniemy, ile zobaczymy projekt jako druk sejmowy.

Sytuacja tej bardzo ważnej ustawy jest naprawdę zdumiewająca. Od początku roku wiadomo, że wisi na niej cały wielomiliardowy Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności. Treść jest przygotowanym przez MSZ traktatowym automatem, zajmuje nie jedną, lecz zaledwie ćwierć strony maszynopisu. Składa się z dwóch artykułów (drugi to przepis o wejściu w życie po 14 dniach od publikacji), zaś objęta pierwszym treść merytoryczna to kilkanaście słów: „Wyraża się zgodę na dokonanie przez Prezydenta RP ratyfikacji decyzji Rady UE nr 2020/2053 z 14 grudnia 2020 r. w sprawie systemu zasobów własnych Unii Europejskiej… (tutaj następuje ciąg numerów dzienników urzędowych)”. Taki kanon prawa międzynarodowego w ogóle nie podlega poprawianiu czy uzupełnianiu ani na posiedzeniu Rady Ministrów, ani później w Sejmie czy Senacie – wszystkie organy głosują wyłącznie tak/nie.

Absurdalność sytuacji polega na tym, że przez cały okres strachliwego odkładania prostego projektu nic się nie zmieniło. Dwóch konstytucyjnych ministrów z Solidarnej Polski, czyli wódz owej przystawki Zbigniew Ziobro oraz jego zausznik Michał Wójcik, konsekwentnie odrzuca ratyfikację. Rada Ministrów działa kolegialnie, ale w odróżnieniu np. od słynnych szczytów Rady Europejskiej nie jest wymagana jednomyślność. Jeśli nie następuje tzw. uzgodnienie, to decyduje zwyczajna większość głosów, zaś ministrowie niezgadzający się mogą wnieść do protokołu stanowiska odrębne.

Zbigniew Ziobro i Michał Wójcik wykluczają poparcie udziału Polski w zaciągnięciu przez Komisję Europejską solidarnego długu na rynkach kapitałowych. Fot. MS

Dlatego bezmyślne granie PiS na ratyfikacyjną zwłokę trudno ocenić inaczej jak chciejstwo i zaklinanie rzeczywistości. Jarosław Kaczyński ze zdumiewającą naiwnością liczył na to, że Zbigniew Ziobro odpuści. Dopiero niedzielne utajnione spotkanie obu wymienionych oraz Jarosława Gowina rozwiało wątpliwości. Nie pomogło udostępnienie politykom neutralnego gruntu przez osobę duchowną. Rozmowy zakończyły się bez jakichkolwiek konkluzji, poza jednym zgodnym pragnieniem – wszystkie skonfliktowane strony chciałyby jakoś dopłynąć na wspólnej barce do planowych wyborów parlamentarnych na jesieni 2023 r. Zbigniew Ziobro jako twórca teorii tzw. miękiszonizmu, publicznie przypisanego Mateuszowi Morawieckiemu, wciąż stoi twardo, cokolwiek to znaczy. Plajta niedzielnego spotkania paradoksalnie przyniosła jednak efekt pozytywny – PiS już zrezygnowało z liczenia na ziobrystów i za trzecią próbą chciałoby poprzeczkę przeskoczyć. Ale to dopiero eliminacje, prawdziwe igrzysko zacznie się po zaistnieniu rządowego projektu w Sejmie…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane