Zamek za wszelką cenę

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-09-15 00:00

W sercu Kaszub, na szczycie Kaczej Góry, stoi nietypowy obiekt. Siedem tysięcy metrów kwadratowych samowoli budowlanej. Za to jakiej.

Przed Łapalicami z szosy w las, kilka kilometrów asfaltem na Kaczą Górę. W dole jezioro Rekowo, wokół piękny bukowy las. Tajemniczy. Nagle brama. Potężna niczym romański barbakan. Z cegły dziurawki. I masywne wierzeje. Zamknięte. Zza wysokiego na trzy metry betonowego muru widać jedynie czubki świerków. Ani wyłamać, ani przeskoczyć. Wracać?

— Trzeba iść w las, wzdłuż muru. Na lewo. Niedługo się kończy i jest siatka. W niej dziura, można przejść. Wszyscy tamtędy wchodzą. Nikt nie pilnuje — tłumaczy napotkana kobieta z koszem maślaków.

Chcemy zapytać, kto tu i co to, ale zniknęła w lesie opętana widmem maślaka olbrzyma. Wydeptaną ścieżką wzdłuż ton betonu brniemy coraz głębiej w las. Po kilkudziesięciu metrach jest. Dziura w płocie. I znowu wydeptany szlak. Po chwili polana. I zaskoczenie. Widok jak z ilustracji do Sapkowskiego, tylko smoka brak. Wielki, ceglany, ze strzelistymi wieżami przykrytymi fantazyjnymi daszkami w kształcie grzyba. Zamek. W stanie surowym.

Kaplica nad basenem

Wpierw ogród z wielkim stawem. Potem mur z betonu, masywny niczym fragment Linii Maginota. Kilka betoniarek musiało lać weń beton przez tydzień. W końcu zamek. Ogrom ceglanych murów robi wrażenie. Trójkondygnacyjny obiekt wyraźnie dzieli się na zamek niski i wysoki, do którego przylega coś na kształt sali gimnastycznej. Wielkie okna i fantazyjne baszty nadają mu baśniowy charakter. 366 okien. Tyle, ile dni w roku, baszt dwanaście. Okoliczni wierzą, że to liczba nieprzypadkowa. Przecież tylu było apostołów.

Obiekt jest wykończony pod dach. Sufit i schody z lanego betonu. W labiryncie pomieszczeń, schodów i korytarzy wiatr hula i gwiżdże. Ale sufity już niemal wykończone. Drewniane, kasetonowe, jak na Wawelu, tyle że bez głów. Widać misterną robotę co najmniej kilku dobrych cieśli, którą niszczy wilgoć.

Główną klatką schodową w lewo. Zaskoczenie któreś z rzędu. Bo sala gimnastyczna okazuje się kościołem. Typowym, jednonawowym. Nawa główna, z wysokimi i smukłymi „gotyckimi” oknami. W prezbiterium misterna rozeta, a po obu stronach niewielkie pomieszczenia. Naprzeciw galeria, jakby na organy. Sufit drewniany, kasetonowy. Nawa główna wysoka na pięćdziesiąt metrów i długa na trzydzieści.

Dobre miejsce, żeby zadzwonić do znajomego psychologa. Tym bardziej że to, co znajduje się pod nawą główną, zaskoczy nawet jego — basen, 25 metrów długi i cztery głęboki.

Ekstrawagancja

Cóż bez lochów znaczy zamek, choćby z basenem pod kościołem? Długo szukać nie trzeba. Wystarczy główną klatką schodową iść w dół, do oporu. Po chwili pojawia się czarna otchłań korytarzy. Nie pytajcie, co w nich jest oprócz wody po kolana.

Chodząc po kolejnych kondygnacjach, łatwo się zgubić w plątaninie schodów i korytarzy. Kilka wielkich sal, mnóstwo małych pokoików niczym cele dla mnichów. Wejście główne, od strony bramy wjazdowej, zaskakuje rozmachem. Jest podjazd, schodki, wielki hol. Ale nie ma parkingu. No, jest, na cztery samochody. Piąty się nie zmieści. Jak na hotel to mizernie. Może klasztor? No i brama główna oddalona od zamku o kilkanaście metrów. Barbakan niemalże, z olbrzymią oficyną dla służby. Ktoś, kto wywalił na samą bramę kilkaset tysięcy złotych, musi być... No właśnie, kim? Kim jest twórca tego cudu? Szarlatanem, obłąkanym architektem, fanem Walta Disneya, wizjonerem? Kim jest gość, który za 12 mln złotych postawił zamek wielkości Liechtensteinu w samym środku lasu na Kaszubach? I po co?

Ludzie mówią

Do zamku prowadzi ulica Zamkowa. Sołtys Łapalic ją zna.

— Kto buduje zamek na Kaczej Górze? — pytam.

— Artysta z Gdańska, rzeźbiarz od mebli. Stawia go od 20 lat. Stróż, co pilnował budowy, uciekł, a murarz, co u niego pracował, mówi, że on jakiś chory jest, niespełna rozumu — twierdzi Jan Bejt, sołtys Łopalic.

— Dlaczego chory?

— Ja tam nie wiem, ale trzeba mieć pod beretem, żeby zamiast domu zamek stawiać, nie?

— Jak to zamiast domu?

— Bo ponoć dostał pozwolenie na mały domek.

— No, ale postawił pałac. To samowola budowlana?

— No a jak? Ja tam panie nic nie wiem.

Spora ta samowola, żeby nie powiedzieć kolosalna. I zdziwienie, bo jak można na oczach ludzi, całej gminy, zbudować nielegalnie zamek. To nie domek na działce ukryty wśród jabłonek. Na wsi, jak kto komu rower rąbnie spod sklepu, to następnego dnia wie o tym cały powiat, to zamku by nie zauważyli?

W centrum wsi stoi sklep.

— Otóż to, wszyscy zachodzimy w głowę, jak to jest. Przecież cała Europa wie od dawna o naszym zamku, bo inaczej wycieczki zagraniczne by tu nie trafiły, a przyjeżdżają, latem to jedna za drugą, ledwo się autokary mijają na Zamkowej. I oglądają. Skoro Europa wie o zamku, to nasz wydział architektury by nie wiedział, gmina by nie wiedziała? Musieli wiedzieć, więc jaka to samowola? — dziwi się gość spod sklepu, mający mnóstwo czasu i niezdrową cerę.

Jest też remiza.

— Wpierw miała tam być stolarnia. Facet miał meble strugać. Takie gdańskie, wie pan? Skończyło się na zamku. Jak go wznosił, to wszystkie inne budowy w okolicy stanęły. Niczego nie dało się kupić, bo wszystek cement, cegła i stal szły na zamek. Przez dwa lata nie mogłem domu postawić przez ten cholerny zamek. Normalnie, panie, niczego nie szło kupić — żali się strażak. Ochotniczy.

Tajemniczy ten zamek, skoro nawet okoliczni mieszkańcy wiedzą o nim tyle, że jest. Może dlatego, że go z wioski nie widać.

Na końcu wsi, przy asfalcie do Kartuz, jest przystanek PKS. Babcia macha ręką jak cepem.

— Do Kartuz starą podwieziecie?

Podwieziemy. Pięć kilometrów to nie wieczność. Babcia ponad wiek gadatliwa.

— Ten od zamku to jakiś świr musi być. Ludzie mówią, że mason, że w tym zamku miała być jakaś sekta, bo tam nawet kościół jest i lochy. Ponoć z góry zamek wygląda jak postać diabła. Sąsiadka mówiła, że nocą jacyś ludzie się tam spotykają, palą ognisko w sali pod kościołem i coś śpiewają.

— Jacy ludzie?

— Ja tam nie wiem, nawet nie chodzę tam do lasu, bo strach — mówi babcia.

Do lekarza jechała.

Cieśla z Gdańska

Co właściwie powstało na Kaczej Górze? Zamek, klasztor? Kim jest jego budowniczy? Wiadomo niewiele. Buduje go Piotr Kazimierczak, rzeczywiście rzemieślnik i artysta rzeźbiarz. Ma własną galerię i pracownię w Gdańsku, ale zapadł się pod ziemię. Dotarliśmy do jednego z jego znajomych. Mówi mało i niechętnie.

— On go buduje od 1984 roku i z tego, co się orientuję, nadal buduje. Do końca sam nie wiem, co tam miało być, hotel albo seminarium duchowne. W rozmowach ze mną mówił, że to będzie dzieło jego życia, coś, co pozostanie w pamięci ludzi na wieki. Ale nie miał jednej koncepcji. Budował bez projektu, jedynie według własnego uznania. Zaciągnął kredyty. W 1994 zaczęło brakować pieniędzy. Wie pan, odsetki. Banki, które dały mu kredyty, postanowiły zlicytować zamek, tyle że komornik nie znalazł na niego chętnych. Bo kto kupiłby to za 12 mln złotych? Potem banki umorzyły mu część długu i nawet zgodziły się, żeby dokończył zamek. Bo Piotr zamierza go dokończyć — twierdzi nasz rozmówca.

Budowla przerosła chyba oczekiwania budowniczego. Z małego domu z pracownią rozrosła się do zamczyska o powierzchni siedmiu tysięcy metrów kwadratowych.

Gdzie teraz jest szalony budowniczy? Tego nie wiadomo, podobno, ale tylko podobno, szuka inwestorów zagranicznych.

Urzędnicy mówią

Lokalni urzędnicy wiedzą o zamku mniej niż znajomy Kazimierczaka i nieco więcej niż sołtys Łapalic. Ale tylko nieco.

— To miał być budynek jednorodzinny z pracownią rzeźbiarską — informuje Krzysztof Nowak, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Kartuzach.

— A powstał zamek?

— A tam, od razu zamek.

— Domek z pracownią to to nie jest. Samowola budowlana?

— Można tak powiedzieć, że samowola.

— Więc zgodnie z prawem powinno się go zburzyć.

— Rozebrać można wszystko, tylko co dalej, co z tym gruzem, gdzie go wywieźć?

— Podobno już pan wydał decyzję, że trzeba zamek rozebrać?

— Nie wiem, kto to panu powiedział. Na razie zastanawiamy się, co z nim zrobić. Chcemy, żeby właściciel zgodnie z obowiązującymi przepisami wykonał kompletną dokumentację.

Z tego, co wyczytaliśmy w lokalnej prasie, miał czas do lipca. Nie złożył, a jest połowa września.

— A jak to możliwe, żeby nikt nie zauważył, że mały domek z pracownią przez lata przeistacza się w zamek z basenem, kościołem i salą balową na kilkaset osób?

— Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Nadzór budowlany powołano dopiero w 1999 roku, a ta inwestycja powstaje od końca lat osiemdziesiątych. Trzeba by zapytać ówczesne władze, dlaczego przymykały na nią oko.

— Ale choćby w 2000 r. nadzór mógł się już zainteresować, prawda?

— Jakieś decyzje poprzedni urząd wydał, ale one nie były wykonane. Teraz próbujemy je wyegzekwować od inwestora. Wie pan, nie chcę się na ten temat wypowiadać, nie chcę mieć jakichś problemów. Powiem coś nie tak, wtedy jakiś inwestor może się wycofać z dokończenia budowy, a właściciel będzie potem skarżył nasz urząd do sądu. Po co mi to?

— Ale samowola to samowola, trzeba rozebrać. Takie prawo.

— To jest trochę inaczej, bo ten zamek powstawał w czasach, gdy obowiązywały stare przepisy, one inaczej funkcjonowały, były bardziej liberalne. Łatwiejsza była legalizacja samowoli budowlanych. Nowe są bardziej rygorystyczne. Jeżeli będziemy coś robić w tej sprawie, to na podstawie starych przepisów, bo tak stanowi prawo. Na razie czekamy na ruchy tego pana, bez niego nie możemy nic zrobić.

— Słowem, burzyć nie będziecie?

— Na razie czekamy na właściciela. Ma jakieś sprawy za granicą.

— Kiedy ostatni raz pan się z nim widział?

— Ostatnio? W maju albo w czerwcu, wtedy zapewniał, że dostarczy dokumentację i sprawę załatwi. Jesteśmy z nim w stałym kontakcie.

— To gdzie go mogę znaleźć, żeby porozmawiać?

— Nie wiem, naprawdę. Jedni mówią, że jest w kraju, inni, że wyjechał za granicę. Słyszałem, że do Australii. Wrócić na pewno wróci, na stałe się nie wyprowadził.

Garść dynamitu

Zamek jak stał tak stoi. A dopóki „ten pan” się nie pojawi, jeszcze postoi. Przy okazji wyszło na jaw, że stoi na pograniczu Kaszubskiego Parku Krajobrazowego.

— Doszliśmy do takiego wniosku po ponownej analizie map geodezyjnych — przyznał w lokalnej gazecie Tadeusz Chrzanowski, architekt Kaszubskiego Parku Krajobrazowego.

No i jest feler. Co zrobić z zamkiem, który miał być domkiem? Zburzyć?

— Po co? Skoro już stoi, niech sobie stoi dalej. Przecież koszty jego zburzenia byłyby wyższe niż wybudowania. A niby kto miałby za to zapłacić? Właściciel? On sam kasy nie ma — mówi jeden z radnych Kartuz.

— A ile to roboty, garść dynamitu albo nawet niewypałów, wtedy byłby pełny recykling, i kamień na kamieniu nie zostanie. Potem wysadzić zbocze i piasek przykryje gruz. Drzewa się posadzi, jakiś park zrobi i o zamku się zapomni — przekonuje inny.

Jednak zdecydowana większość lokalnych urzędników jest za tym, żeby zamek pozostawić.

— To atrakcja, po co burzyć coś, co przyciąga turystów do naszej gminy — mówi Mieczysław Grzegorz Gołuński, burmistrz Kartuz.

Na stronie internetowej Kartuz zamek figuruje w dziale „atrakcje turystyczne” obok Drogi Kaszubskiej i Kaszubskiego Parku Krajobrazowego. Portal Turystyki Aktywnej uznał go za jedną z głównych atrakcji Pomorza. Łapalice zawdzięczają zamkowi międzynarodową sławę, odkąd serwis YourArt.com wpisał go na listę kilkuset najciekawszych i największych zamków świata, uznając go za jeden z 200 najciekawszych polskich zamków. Niektóre biura turystyczne, jak choćby Ital-Tour z Kalisza, wpisały zamek na Kaczej Górze do programu swoich wycieczek.

A może rację ma kelnerka z baru przy rynku w Kartuzach, że zamek nie bez powodu jest niedokończony, bo to taka lokalna tradycja? W końcu Kaszuby mają już jedną legendę, o niedokończonym moście budowanym przez diabła. Teraz miałyby drugą, o niedokończonym zamku, który z lotu ptaka wygląda jak diabeł. Podobno.

Możesz zainteresować się również: