Zapaść demograficzna jak w Korei Płd. Kryzys dzietności w Polsce powiatowej

Marek ChądzyńskiMarek Chądzyński
opublikowano: 2025-12-29 16:00

Już w dziewięćdziesięciu powiatach wskaźnik dzietności wynosi poniżej jednego dziecka na kobietę. Dzietność powyżej średniej krajowej jest w rejonach skupionych wokół największych miast.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- jaki jest obecny wskaźnik dzietności w Polsce i czy to najniższy poziom w historii

- dlaczego dzietność jest wyższa w powiatach otaczających duże miasta, a niska w samych metropoliach

- jakie ekonomiczne czynniki skłaniają rodziny do zakładania domów poza dużymi miastami

- jakie są najnowsze dane dotyczące liczby urodzeń i co prognozuje się na przyszłość

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W 2024 r. wskaźnik dzietności TFR (Total Fertility Rate) dla całego kraju wyniósł 1,099. To najniższy poziom w historii tych badań. W uproszczeniu wskaźnik tej wielkości oznacza, że tysiącowi par urodzi się 1099 dzieci. To oznacza, że obecnie do zastępowalności pokoleń jest nam bardzo daleko — żeby ją uzyskać, wskaźnik powinien wynosić co najmniej 2,1.

Jeszcze bardziej ponury obraz wyłania się ze szczegółowych danych GUS. W 90 z 380 powiatów, wliczając miasta na prawach powiatu, wskaźnik dzietności wynosi już poniżej 1. Najgorzej jest w Sopocie, gdzie TFR to zaledwie 0,57 - mniej niż w Korei Południowej, zajmującej pod tym względem ostatnie miejsce wśród państw OECD. W 2024 r. wskaźnik dzietności w tym kraju, od lat walczącym z zapaścią demograficzną, wyniósł 0,74. Zdaniem ekspertów, jeśli kryzysu nie uda się pokonać, może on doprowadzić do trwałej recesji już w latach 40. XXI w.

Skupiska dzietności wokół dużych miast

Co powoduje kryzys w Polsce? W danych GUS trudno odnaleźć korelację między dzietnością a innymi czynnikami. Z jednym wyjątkiem — dzietność powyżej średniej występuje w powiatach wokół największych miast, choć w samych miastach jest z nią bardzo słabo. Najlepszy przykład to Trójmiasto i powiaty przylegające. W Sopocie wskaźnik jest najniższy w kraju, w Gdańsku wynosi 0,99, a w Gdyni 0,9. Ale już w sąsiednim powiecie kartuskim sięga 1,67, a to najwięcej w całej Polsce. W powiecie wejherowskim TFR wynosi 1,4, a w puckim 1,28.

Podobnie jest z Warszawą. W stolicy wskaźnik dzietności wynosi 0,99, ale już w powiecie warszawskim zachodnim sięga 1,3. W innych podwarszawskich powiatach jest podobnie — TFR waha się między 1,2 a 1,33, a jeszcze wyższy jest w powiatach graniczących ze stołecznym obwarzankiem. Szczególnie na wschód od niego: w powiecie siedleckim wskaźnik dzietności to 1,45 (1,5 w samych Siedlcach), w garwolińskim 1,49, a w węgrowskim 1,36. Ta sama zależność występuje wokół Poznania, Wrocławia i Krakowa. Najmniejsze różnice są w aglomeracji śląskiej.

Dlaczego tak się dzieje? Być może odpowiedzią są różnice w kosztach życia w samych miastach i otaczających je gminach. Dostępność mieszkania pod miastem z pewnością jest większa niż w mieście, co jest szczególnie istotne dla młodych par, które mogą mieć dzieci. Model życia, w którym pracuje się w mieście, ale rodzinę zakłada poza nim, ma mocne ekonomiczne uzasadnienie.

To zresztą trochę koreluje z bilansem tzw. migracji wewnętrznych. Co prawda największe miasta nadal mają dodatnie saldo migracji (czyli więcej osób melduje się na pobyt stały, niż wyjeżdża), ale takich miast jest zaledwie sześć na 34, dla których GUS podaje dane. Nawet tam zresztą notowany jest spory odpływ mieszkańców. Jaskrawym przykładem dużego miasta, które traci mieszkańców na rzecz swojego obwarzanka, jest Poznań, w którym saldo migracji w 2024 r. wyniosło minus 1481. Poznań ma jednocześnie jeden z najniższych TFR wśród metropolii — zaledwie 0,9.

Lepiej nie będzie

W przekroju całego kraju widać szybko spadającą dzietność i w zasadzie trudno wskazać jeden region, w którym sytuacja jest wyjątkowo zła lub szczególnie dobra. Niskie wskaźniki są na południowym wschodzie, w takich powiatach jak bieszczadzki (0,76), leski (0,79) czy sanocki (0,84), ale na południowym zachodzie wcale nie jest dużo lepiej. W powiecie zgorzeleckim TFR wynosi 0,83, podobnie jest w powiatach lubańskim (0,85) czy karkonoskim (0,72).

Dużych różnic nie widać też między tak niepodobnymi do siebie Szczecinem, gdzie dzietność to 1,04, a Suwałkami ze wskaźnikiem 1,16. W powiecie augustowskim np. TFR wynosi 1,1, niemal tyle samo co w leżącym na drugim krańcu kraju powiecie żarskim.

To oznacza, że problem z postępującą zapaścią demograficzną jest strukturalny i nie wywołują go jakieś regionalne uwarunkowania. Co więcej, nie zanosi się na istotną zmianę trendu, co potwierdzają dużo świeższe dane GUS o liczbie urodzeń. W październiku 2025 r. urodziło się 20,5 tys. dzieci, prawie o tysiąc mniej niż rok wcześniej. Suma urodzeń z 12 miesięcy to 240,3 tys., co jest kolejnym niechlubnym rekordem (najmniej co najmniej od II wojny światowej). Jeśli trend się utrzyma, to w całym roku liczba urodzeń spadnie poniżej 240 tys. Żeby tak się nie stało, dane za listopad i grudzień musiałyby być lepsze niż rok wcześniej. Będzie o to bardzo trudno — do tej pory tylko w dwóch miesiącach tego roku liczba urodzeń była wyższa rok do roku.

Możesz zainteresować się również: