To najdawniejsza wielka wojna utrwalona w pamięci Europejczyków — co prawda w formie poetyckiego mitu. Lecz dzięki temu ponad 3000 lat jest żywa w świadomości ludów naszego kręgu kulturowego. I to nie tylko w dziełach literatury i sztuki, ale i w języku potocznym, w jego metaforyce. Wystarczy przytoczyć tylko te przykłady: Hektor, Nestor, Parys, piękna Helena, koń trojański, pięta Achillesa, przepowiednie Kasandry.
Rzecz jasna i przed tą wyprawą toczono krwawe wojny. Historia ludzkości to od początku gatunku homo sapiens dzieje bezli- tosnych konfliktów zbrojnych. Co więcej: pod względem nasilenia złośliwej agresji wewnątrzgatunkowej — mordowania współbraci bez żadnej konieczności biologicznej, dla samej przyjemności zabijania — nasz rodzaj stanowi szczególnie odrażający wyjątek — także wśród najbardziej krwiożerczych zwierząt...
Konkretne dane historyczne o wojnach w krajach Bliskiego Wschodu są tak dawne, jak wynalazek pisma. Wyprzedzają zatem, jeśli chodzi o dokumentację, wojnę trojańską o co najmniej XX wieków; zburzenie bowiem Troi datowali sami Grecy tradycyjnie na rok 1184 p.n.e., a dane archeologiczne również zdają się wskazywać na ten okres — tzn. na lata ok. 1200 p.n.e.
Wojna trojańska, choć nie ma greckich kronik z tamtych czasów, to fakt. Istniała Troja — a jej gruzy można do dziś oglądać. Istniały też bogate w złoto Mykeny. Istniały wszystkie miejscowości, o których mówi Homer. Jego opisy uzbrojenia i realiów życia codziennego są zgodne z materialnym świadectwem odnalezionych zabytków. Legenda, jak zawsze, przekazała pamięć o tamtym wydarzeniu, rozbudowując jednak i ubarwiając fakty. Opowieść podawali z pokolenia na pokolenie pieśniarze, aojdosi, na dworach możnych panów i podczas igrzysk; także wtedy, gdy już dawno załamała się świetność Myken. W rzeczywistości wojna trojańska oczywiście nie miała i mieć nie mogła takiego rozmachu, jak przedstawia to „Iliada” — i film „Troja”, który właśnie wszedł na ekrany. Była jedną z licznych wypraw łupieżczych Mykeńczyków (tak samo, w wiele wieków poźniej mieli to czynić wikingowie). I na pewno nie oblegali oni Troi nieprzerwanie przez l0 lat; mogli za to zjawiać się pod jej murami wielokrotnie.
W każdym razie była to wyprawa w strony odległe — śmiała, pełna dramatycznych wydarzeń, ostatecznie zwycięska. Trzeba wszakże przyznać, że ci, co ją poźniej opiewali, sławili nie tylko swoich bohaterów. Pokazywali grozę i bezsens wojny, ogrom nieszczęść, jakie nieuchronnie sprowadza na obie strony, tragedię zwyciężonych i wleczonych w niewolę, los kobiet i dzieci. Oddawali należny hołd tym, którzy dzielnie walczyli w obronie ojczyzny. „Iliada” to poemat bardzo rycerski i ludzki. Różni się pod tym względem ogromnie od wszelkich dzieł o tematyce wojennej, jakie powstawały na Bliskim Wschodzie.
Wielkość tej epopei, od której rozpoczyna się grecka, a więc i europejska literatura, polega też na jej świetnej konstrukcji. Obejmuje niewielki fragment wojny, zaledwie 50 dni, a szczegółowo przedstawia z nich tylko kilka. Skupia się wokół zgubnych skutków zaślepienia gniewem i pychą. Film, należy to przyznać, stara się zwrócić uwagę i na ten wątek.
Jest jeszcze jeden godny uwagi aspekt tamtej wyprawy. To pierwsza w tradycji europejskiej wojna międzykontynentalna, między światem greckim i obcym, „barbarzyńskim”. Pamięć o tym stała się stałym elementem naszej świadomości historycznej. Zmieniali się tylko przeciwnicy po tamtej, azjatyckiej stronie: Trojanie, Persowie, Arabowie, Turcy...
Nasuwa się też inna refleksja, bardziej prozaiczna. Iluż to twórców, artystów, uczonych w każdym pokoleniu od czasu tej wojny — opiewając ją, nawiązując swą twórczością do jej wydarzeń — zdobyło nazwisko, sławę, ale i grosz jakiś. Najpierw oczywiście aojdosi i rapsodowie, czyli deklamatorzy epopei. Potem dramaturdzy, i to nie tylko greccy, lecz wszystkich krajów i epok — aż po naszą. A także pisarze, rzeźbiarze i malarze, opowiadacze mitów, historycy, archeolodzy. No i wreszcie — filmowcy. Oraz ci wszyscy, którzy — w związku z ostatnim filmem „Troja” Wolfganga Petersena — głos zabierają.
