Czytasz dzięki

Zupa ze ślimaka

Basia Starecka
opublikowano: 30-01-2020, 22:00

Chaotyczne, nieobliczalne, cwane i pełne niespodzianek. Miasto w 1975 r. zmieniło nazwę na Ho Chi Minh, ale wciąż pozostaje Sajgonem. I chociaż jest bezwzględne dla początkujących turystów, to ma jedną z lepszych kuchni na świecie.

„Sorry, no english” — skrzeczy pani w słuchawce, po czym się rozłącza. Próbuję się dodzwonić do biura lost & found na lotnisku w Ho Chi Minh. Parę dni temu przyleciałam do Wietnamu na swoje wymarzone wakacje, ale lżejsza o walizkę. Nikt nie wie, co się z nią stało. Po długim wypisywaniu formularzy dostałam tylko zdawkową informację, że kiedy się znajdzie, zostanę o tym niezwłocznie poinformowana. Kontakt z „sorry, no english” to jedyne co mam, nie licząc aparatu fotograficznego i paru drobiazgów — najcenniejsze rzeczy roztropnie spakowałam do bagażu podręcznego. Nie przyszło mi jednak do głowy, że podkoszulki i szorty z perspektywy wietnamskiego upału też się takie okażą. Stało się to jasne już w momencie wyjścia z lotniska, kiedy ponadtrzydziestostopniowy upał dosłownie ściął mnie z nóg. Szybko zrzucałam z siebie kolejne warstwy zimowego ubrania, zastanawiając się, czy znajdę w Sajgonie coś w swoim rozmiarze. Miałam wrażenie, że jestem największą osobą na lotnisku — najwyższą, najszerszą w ramionach i przy okazji najbledszą.

Bún oc Thanh Hai, 14/12 Ky Dong, Phuong 9, Quan 3, Ho Chi Minh, Wietnam (w pobliżu różowej katedry Tan Tanh Church)
Wyświetl galerię [1/4]

Bún oc Thanh Hai, 14/12 Ky Dong, Phuong 9, Quan 3, Ho Chi Minh, Wietnam (w pobliżu różowej katedry Tan Tanh Church) Fot. Bloomberg, materiały prasowe

Nowe życie w piżamie

Położony w samym sercu miasta Ben Thąnh to największy i zarazem najstarszy bazar w Ho Chi Minh. Historia miejsca sięga XVII w., kiedy nad rzeką Sajgon zaczęli się gromadzić pierwsi sprzedawcy. Dziś w charakterystycznym rozłożystym budynku z 1912 r. pracuje ich ponad trzy tysiące. Sprzedają absolutnie wszystko — od elektroniki przez biżuterię, rękodzieło, pamiątki, walizki po buty, wachlarze i jedzenie. Wszystko, co może się w życiu przydać, szczególnie jeśli zaczyna się wakacje bez walizki. Ja szukam tu przewiewnej sukienki, ale kiedy udaje mi się w końcu przecisnąć do działu z ubraniami, znajduję tam tylko odzież sportową i piżamy. Sprzedawca przekonuje mnie jednak, że w Wietnamie niczego innego się nie nosi. Zdesperowana rozglądam się dookoła. Wygląda to na zmowę, ale faktycznie wszyscy biegają w kolorowych piżamkach. Wybieram największy rozmiar z deseniem w wisienki i płacę za niego całkiem niemałą sumkę.

Najważniejsza jest jednak ulga, jaką odczuwam po zdjęciu z siebie grubych spodni. Piżama co prawda sięga mi do połowy łydki, a koszulka kończy się nad pępkiem, ale za to jest niebywale lekka. Zachęcona entuzjazmem sprzedawców dokupuję jeszcze japonki i daszek na głowę. Podoba mi się to przebranie. Teraz wyglądam już jak prawdziwa wietnamska babcia. Sprzedawcy pytają, skąd jestem. Lech Wałęsa? Jesteś z Ba Lan! Tak brzmi słowo Polska po wietnamsku. Każdy w rodzinie ma kogoś, kto przyjeżdżał do nas na studia w ramach wymiany między bratnimi komunistycznymi krajami. Nie chce mi się wierzyć, kiedy sprzedawcy mówią, że dwie trzecie wyższych urzędników w Wietnamie świetnie mówi po polsku. To podobno absolwenci naszych politechnik. Zadowolona z zakupów opuszczam bazar. Później orientuję się, że byłam w najbardziej turystycznym miejscu w mieście z podkręconymi pod przybyszów cenami. Moją piżamkę w wisienki znajdę potem w wielu sklepach — za każdym razem kosztowała jedną trzecią bazarowej ceny.

Pokój w remoncie

Nie mogę spać nie tylko z powodu jetlagu, lecz także remontu. Piętro nad moim pokojem demontuje ekipa budowlańców. Kują beton, zrywają podłogi, burzą ściany. Mimo to hotel jest dalej otwarty i przyjmuje kolejnych gości. Za każdym razem wracając do niego, zastanawiam się, czy będzie jeszcze istniał. Recepcja tylko się tajemniczo uśmiecha. Całe miasto sprawia wrażenie, jakby było w nieustannej przebudowie — nic nie jest na stałe, wszystko wydaje się tymczasowe. Kiedy młot pneumatyczny dobiera się do zbrojenia mojego budynku, zaczynam szukać nowego lokum. Szybko znajduję kolejny pokój ulicę dalej. Na miejscu nie mogę jednak dobudzić śpiącej za biurkiem recepcjonistki. W kolejnym miejscu zarezerwowanym przez serwis Agoda nikt nic nie wie o mojej rezerwacji. Udaje mi się dopiero za trzecim razem.

Ceny za nocleg w Ho Chi Minh zaczynają się już od paru dolarów, ale na wszelki wypadek biorę droższy pokój za trzydzieści. Opłaca się. Z mojego starego lokum odbiera mnie pracownik hotelu. Pakuje mój plecak na swój skuter, mnie na tylnie siedzenie i ruszamy razem w kierunku najbardziej imprezowej ulicy miasta, przy której znajduje się mój pokój. Od teraz nie będę spać z innego powodu — nieustającego bankietu za oknem.

Karczochy na chory żołądek

Pham Ngu Lao ożywa nocą. Po zachodzie słońca trudno się przez nią przedrzeć. Ustawiają się kolejki do ulicznych barów na kółkach po kolorowe drinki i piwo, gastronomia działa pełną parą. Są backpackersi pocący się nad zupą pho i mieszkańcy Ho Chi Minh przegryzający do piwa ślimaki. Z wprawą wyciągają je ze skorupek za pomocą wykałaczki. Do ślimaków podaje się sosik na bazie glutaminianu sodu, soli i czarnego pieprzu oraz dużą porcję świeżych ziół podkręcających trawienie. Dołączam do konsumującej reszty i zamawiam bánh xèo, chrupiące wietnamskie omlety z krewetkami i kiełkami. Sprzedawczyni pokazuje mi na migi, że należy oderwać kawałek, zawinąć go w liść sałaty i zanurzyć w sosie. To niezła gimnastyka, wziąwszy pod uwagę, że jem w kucki. W naturalnej pozycji dla Wietnamczyków, ale nie dla Europejki o długich nogach.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Większość tutejszej gastronomii tak jednak wygląda. Wystarczy jej jeden palnik, parę misek, woda do ich opłukania i trochę mikroskopijnych plastikowych krzesełek, żeby ruszyć z własną knajpą rozstawioną na chodniku. Mam już skurcze łydek, ale objadam się ze smakiem. Siedzę w oparach grilla, tuż za moimi plecami skwierczy ustawione na ruszcie mięso kozy i strusia. Na wprost zaś bulgocą kociołki wypełnione zupą bún bò hue, tradycyjnym bardzo mięsnym wywarem wywodzącym się z Hue, starej stolicy Wietnamu. Kończę ucztę deserem ze świeżego duriana. To najbardziej śmierdzący owoc na świecie — jego zatęchły aromat przypomina zapach brudnych skarpetek. Smakuje równie wyjątkowo — jak najlepsze połączenie słodyczy mango z ostrością sera pleśniowego, szczególnie jeśli się go wcześniej schłodzi w lodówce. Odchorowuję jednak potem nocne obżarstwo bezsennością i bólem żołądka. Z pomocą przychodzi obsługa hotelu. Dostaję do pokoju mocny napar z karczochów i imbiru. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie piłam. Jest pyszny i przynosi ulgę w ekspresowym tempie.

Karuzela smaku

O świcie budzi mnie telefon z lotniska. Głos po drugiej stronie oznajmia, że oto znalazła się wreszcie moja walizka. Przez parę dni gościła w Bangkoku, ale teraz jest już gotowa do odebrania. Wychodzę więc zaspana na ulicę z zamkniętymi oczami. To zresztą najlepszy sposób radzenia sobie z tutejszym ruchem ulicznym. Sajgon nie jest najmniejszym miastem na świecie — liczy około dziewięciu milionów mieszkańców, z czego większość przemieszcza się skuterami i nie przestrzega żadnych cywilizowanych zasad ruchu drogowego. Wszyscy po prostu jadą przed siebie i nie zwracają uwagi na pieszych. Dlatego też piesi nie zwracają uwagi na kierowców i jakoś to działa. Zasada jest prosta: należy po prostu wtargnąć na ulicę i śmiało iść przed siebie. Nie wolno się zatrzymywać i przepuszczać jadących, bo można wtedy utknąć pośrodku drogi na wiele godzin. Teraz, o świcie, większość kierowców śpi jeszcze na swoich skuterach. Paru przed moim hotelem rozpostarło nogi na siedzeniu, a głowę ułożyło na kierownicy. Wietnamczycy potrafią uciąć sobie drzemkę w każdej pozycji i w każdym miejscu.

Mijam tych, co śpią na stojąco w drzwiach mieszkań, pod suszącym się praniem i na fotelu u fryzjera. Nie śpi tylko Pham Ngu Lao, imprezowa ulica, ale po potrawach serwowanych na chodnikach mogę się łatwo zorientować, że w istocie nastał już kolejny dzień. W garnkach zupełnie nowy asortyment, inny od nocnego. Mijam stragany zakryte kaskadami poplątanych nitek makaronu ryżowego do zupy pho, piramidy gotowych już kotletów mielonych zawiniętych w liście pieprzowca lá lot i wreszcie swój ulubiony bar z pożywnym com tam, czyli ryżem z rozmaitościami. Za każdym razem trafiam tu na inne smakowite kąski: tofu duszone w pomidorach, jajka na twardo smażone z boczkiem, balsamkę (warzywo podobne do ogórka) faszerowaną mielonym mięsem, prażone orzeszki. Idę jednak dalej, bo Ho Chi Minh to jedna wielka uliczna restauracja. Dziś mam w planach zjeść wreszcie bun oc rieu cua, czyli zupę ze ślimaków. Polecali mi ją pracownicy hotelu. Podają ją w istniejącym od trzydziestu lat barze Bún oc Thanh Hai.

Kluczę przez godzinę, nim udaje mi się go znaleźć. Zamawiam zupę i doprawiam ją według wskazówek sprzedawcy — świeżą miętą, chili i sokiem z limonki. Pierwsza łyżka nokautuje moje zmysły. To mocny, słodki wywar pełen ciekawych pod względem struktury i smaku składników. Pływają w niej makaron, pieczone pomidory, ślimaki i mięso kraba. Ma ono przedziwną farfoclową strukturę przypominającą nieco zużytą gąbkę do mycia ciała, ale smakuje kremową sensacją. Jest bardzo tłuste i bardzo słodkie, roztapia się na podniebieniu niczym masło. Ślimaki zaś nieoczekiwanie okazują się dość chrupiące, pomidory pełne dojrzałego w słońcu smaku, a reszta zaskakująco orzeźwiająca pod wpływem mięty, limonki i chili. Sam wywar skleja zęby, jest niebywale lepki i intensywny, bo bazuje na paście ze sfermentowanych krewetek i oleju chili. Bun oc rieu cua to karuzela smaku, od której może się zakręcić w głowie. Zupełnie zapominam o walizce i dalszej podróży. Postanawiam natomiast zostać w Ho Chi Minh dłużej, niż planowałam. &

BASIA STARECKA

Podróżniczka, niezależna dziennikarka, jedna z najbardziej opiniotwórczych obserwatorek polskiej sceny kulinarnej. Jej teksty publikują m.in. „Wysokie Obcasy”, „Twój Styl”, Vogue.pl i „National Geographic Traveller”. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, przewodnicząca jury plebiscytów kulinarnych „Gazety Wyborczej”. Od 2011 r. prowadzi bloga „Nakarmiona Starecka” z recenzjami, przepisami i przewodnikami po świecie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Basia Starecka

Polecane