Akcje walczą o 150-letni trend

Marek Wierciszewski
opublikowano: 09-09-2011, 00:00

Wyceny na Wall Street w złocie są najniższe od 1988 roku

Sposób, w jaki zachowują się rynki, można przyrównać do znanej z fizyki zasady działania wahadła. Wprawiony w ruch mechanizm po wychyleniu się wróci do równowagi, by potem odchylić się w drugą stronę. Siły, które sterują jego ruchem, przynależą już jednak do dziedziny psychologii. Windować ceny akcji każe chciwość, a do panicznej wyprzedaży skłania strach.

Obie mają potężną moc. A to sprawia, że niezmiernie trudno wyrwać rynek z obranego kierunku. Dlatego nie warto stawać na drodze wahadłu, o którym była mowa. Straty, jakie może ponieść inwestor walczący z trendem, bywają gigantyczne. Mogą wynieść nie 30 czy 40 proc., ale pochłonąć cały majątek gracza. Brzmi nieprawdopodobnie? A jednak. Właśnie to spotkało amerykańskich inwestorów po pęknięciu bańki internetowej na początku 2000 r. Dobiegła wtedy końca największa w historii Wall Street hossa. W ciągu dwóch dekad indeks pięciuset największych przedsiębiorstw notowanych na giełdzie nowojorskiej wzrósł 14-krotnie.

Cena, jaką inwestorzy musieli za nią zapłacić, była gigantyczna. Od szczytu wyrażona w uncjach złota wartość indeksu SP500 spadła do dzisiaj o 88 proc., a za indeks SP500 trzeba zapłacić najmniej uncji od 1988 r. Mniej niż obecna przecena zabrał nawet opisywany w podręcznikach historii krach z lat 1929-1932. Inwestorzy na dnie tracili wtedy "zaledwie" 86 proc.

Ktoś może spytać, dlaczego stopy zwrotu — zamiast w pieniądzu papierowym — wyliczać w złocie? Skoro inwestor zarabia (i wydaje) w złotych, dolarach czy jenach, interesuje go przecież stopa zwrotu wyrażona właśnie w tych walutach. Sytuacja zmienia się jednak wtedy, gdy pieniądz w szybkim tempie traci na wartości. A tak dzieje się w ostatnich latach, bo banki centralne utrzymują stopy procentowe poniżej inflacji.

Korzystają na tym ci, którzy się zadłużyli. Jednak inwestor giełdowy nie tylko nie zarobił w minionej dekadzie na akcjach (od marca 2000 r. SP500 spadł o ponad 20 proc.), ale dodatkowo odczuł spadek wartości dolara, w którym depozyty oprocentowane były przeciętnie poniżej inflacji.

W ciągu ostatnich lat skrajnie łagodna polityka Fedu zdewaluowała dolara wobec złota o 85 proc. Kruszec podrożał 6,5-krotnie, co jest osiągnięciem ustępującym jedynie wynikowi z lat 70.

W tym świetle hossy, które miały miejsce w ciągu ostatnich lat, wydają się niczym więcej jak tylko iluzją. Każdej poprawie koniunktury (luty 2003 r. — lipiec 2005 r., sierpień 2006 r. — czerwiec 2007 r. oraz marzec 2009 — marzec 2011 r.) towarzyszyły zwyżki cen złota, czyli utrata wartości pieniądza papierowego. Działo się tak dlatego, że każde ożywienie gospodarcze wywołane było interwencjami władz monetarnych, których skutkiem był dalszy spadek wartości dolara.

Wieloletnie spadki sprawiły, że relacja cen akcji do złota znalazła się na linii trendu obowiązującego od początku istnienia amerykańskiego rynku kapitałowego. W historii właśnie w momentach, gdy rynek zbliżał się do niej, kupujący często przejmowali inicjatywę na rynku akcji. Stało się tak w czasie wojny secesyjnej oraz Wielkiego Kryzysu.

Jedynie w latach 70. spowodowana inflacją paniczna ucieczka od aktywów papierowych poszła dalej. W 1980 r. indeks SP500 kosztował najmniej uncji złota od końca XIX w. Jeżeli założymy, że ucieczka inwestorów zatrzyma się na takim etapie jak zwykle w historii, to moment, kiedy warto sprzedać złoto i kupić akcje, jest bliski.

Trzeba jednak pamiętać, jak ryzykowne jest sprzeciwienie się tak potężnej sile, jaką jest obowiązujący na rynkach trend. Przełamanie jego linii pod koniec lat 70. oznaczało dla posiadaczy akcji kolejne straty sięgające względem złota 55 proc. w ciągu niespełna dwóch lat. W kulminującej wtedy 14-letniej najpotężniejszej bessie w historii inwestorzy stracili łącznie w twardej walucie 94 proc. zainwestowanych środków.

3 pytania do...

Daleko do bańki na złocie

Ronald Stoeferle

analityk rynku złota w Erste Group

1 Które aktywa wydają się panu bardziej atrakcyjne po ostatnich zwyżkach cen złota i spadkach cen akcji?

Zgodzę się, że złoto nie jest już tanie w relacji do indeksu SP500. Jednak wciąż jesteśmy daleko od bańki na rynku kruszcu. Świadczą o tym sceptyczne nastroje inwestorów i komentatorów. Przykład? Po ostatnich zwyżkach można przeczytać bardzo dużo artykułów o tym, że na rynku złota pojawiła się bańka spekulacyjna.

2 Czy obserwowane przyspieszenie tempa wzrostów cen złota nie jest sygnałem, że zwyżki zbliżają się do końca?

Możemy znajdować się w ostatniej, najbardziej dynamicznej fazie hossy. Jednak mogę sobie wyobrazić, że relacja cen amerykańskich akcji do złota spadnie znacznie bardziej, do minimum z 1980 r. Oznaczałoby to, że złoto umocni się wobec akcji jeszcze czterokrotnie. Przemawiałaby za tym sezonowość. Dla złota najlepszy okres to tradycyjnie czas od września do lutego.

3 Co zatem mogłoby zapowiadać zmianę obowiązującej tendencji?

Podniesienie stóp procentowych Rezerwy Federalnej do 3-4 punktów procentowych powyżej inflacji. Ostatnio jednak Fed zapowiedział, że koszt pieniądza pozostanie bliski zeru aż do połowy 2013 r. Realne dodatnie stopy procentowe zmniejszyłyby popyt na kruszec. Historia pokazuje także, że wzrost stóp procentowych zapoczątkował w latach 80. trwającą 20 lat hossę na rynku akcji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu