Alvaro Uribe: Zupełnie niedzisiejszy prezydent

Adam Sofuł
opublikowano: 28-11-2008, 00:00

Polityczny chaos, wojskowe junty, narkobiznes, lewicowe partyzantki i prawicowe szwadrony śmierci. Ktoś, kto usiłuje zmienić taki wizerunek kraju, zasługuje na szacunek. Ktoś, komu to się udaje, zasługuje na podziw. A taki jest prezydent Kolumbii Alvaro Uribe.

Starannie wykształcony — ukończył Harvard, wykładał na Oxfordzie. 56-letni Uribe przypomina raczej urzędnika średniego szczebla niż pogromcę lewicowych partyzantek. Ale rządzi żelazną ręką, a przy tym bez zbędnego — chociaż popularnego w tamtych rejonach świata — okrucieństwa.

Ma nietuzinkowy, jak na latynoamerykańskiego przywódcę, życiorys. Proamerykański, prawicowiec, lecz cywil. Głęboko wierzący konserwatysta, a nie fanatyk. Ma zadziwiająco bogate doświadczenie polityczne — był senatorem, burmistrzem Meddellin, pełnił wiele funkcji w administracji rządowej.

Nie wyniósł go do władzy zamach stanu, ani rewolucja, lecz demokratyczne wybory. W 2002 roku Kolumbię trawiła wyniszczająca wojna narkotykowych baronów, a także lewicowej partyzantki FARC i paramilitarnych oddziałów prawicowych AUC. Uribe obejmował władzę, obiecując, że to zmieni. Słowa dotrzymuje — dowodem to, że przed dwoma laty został, po raz pierwszy od 100 lat w Kolumbii, wybrany na drugą kadencję. I to głosami liczniejszymi niż za pierwszym razem. Dziś popiera go około 80 proc. Kolumbijczyków, 5 mln z nich złożyło podpisy pod wnioskiem o referendum, w którym przesądzono by o zmianie konstytucji umożliwiającej Uribe kandydowanie na trzecią kadencję. On sam nie podjął jeszcze decyzji.

Czym Uribe podbił serca Kolumbijczyków? Po sześciu latach jego rządów Kolumbia jest krajem znacznie spokojniejszym. AUC złożyła broń — skuszona obietnicą swoistej abolicji: nadzwyczajnego złagodzenia kar w zamian za obszerne zeznania i oddanie zrabowanych majątków. Kolejne operacje wojskowe przetrąciły też kręgosłup lewicowej FARC. W marcu oddziały kolumbijskiej armii do-padły jednego z szefów tej organizacji Raula Reyesa, ale ponieważ uczyniły to po ekwadorskiej stronie granicy, między Kolumbią a Ekwadorem zaiskrzyło. Tym bardziej, że ekwadorski prezydent Rafael Correa jest — obok Wenezuelczyka Hugo Chaveza, Boliwijczyka Evo Moralesa — jednym z najbardziej antyamerykańskich przywódców regionu.

W lipcu mógł świętować olśniewający sukces — uwolnienie Ingrid Betancourt, więzionej od sześciu lat przez terrorystów z FARC (głęboko wierzący Uribe przypisywał powodzenie tej akcji opiece "Ducha Świętego, Pana i Dziewicy Maryi"). Przy okazji udało mu się doprowadzić do białej gorączki Nicolasa Sarkozy’ego, który nalegał na negocjacje z FARC, obawiając się śmierci zakładniczki podczas akcji zbrojnej. Uribe postawił na swoim i wygrał, a prezydent Francji mógł tylko — i ochoczo to zrobił — podłączyć się pod sukces Kolumbijczyka.

Kolumbia nie jest jeszcze wyspą spokoju w gorącym latynoamerykańskim regionie. Nie jest już jednak czarną dziurą, jak przed rządami Uribe. Tym bardziej, że prezydent zaprząta sobie głowę nie tylko spektakularnymi akcjami armii, ale też gospodarką — obecnie ważą się losy umowy o wolnym handlu z USA. A Uribe otworzył nowe pole w wojnie o handel — zniecierpliwiony negocjacjami prowadzonymi w skali regionu, indywidualnie wystąpił, wraz z Peru, o podpisanie umowy o wolnym handlu z Unią Europejską. I ma na to spore szanse, o ile nie pogrzebie ich światowy kryzys.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane