Armagedon wciąż przed nami?

Adrian Boczkowski
opublikowano: 2009-01-09 13:15

Marek Rogalski, analityk FIM DM, równo rok temu odradzał inwestycje giełdowe. Mówił o zbliżającym się Armagedonie, za co dostało mu się od prezesa GPW, Ludwika Sobolewskiego. Za najnowsze, pesymistyczne prognozy dla giełdy i złotego znów może mu się oberwać.

Równo rok temu Marek Rogalski, główny analityk FIT DM, radził na łamach „PB”, „ opracować strategię przetrwania”. Przewidywał, że na rynek akcji przyjdzie czas dopiero w 2009-2010 roku. Sugerował przeczekanie zawieruchy z kapitałem na tradycyjnych lokatach, w funduszach pieniężnych czy alternatywnych inwestycjach walutowych. Wtedy swoim pesymizmem zaskoczył wielu inwestorów.

„PB” zapytał Marka Rogalskiego o prognozy na bieżący rok. Niestety optymista znajdzie w nich dla siebie niewiele. Analityk nie wyklucza bowiem kolejnego „Armagedonu”. Zarównoe dla GPW i złotego.

Przed rokiem („PB” z 02.01.2008) mówił Pan, że trzeba opracować strategię przetrwania na 2008 rok, gdzie pierwsze skrzypce powinny grać lokaty złotowe. Przez rok dużo się wydarzyło. Jak sytuacja wygląda teraz?
Marek Rogalski: Wydaje mi się, że jeszcze nie czas na akcje. Wciąż lepiej trzymać się tych rynków, gdzie można zarabiać niezależnie od koniunktury. Bardziej pasywni inwestorzy mają ostatnio spory wybór dość atrakcyjnych lokat bankowych, ciekawie wyglądają także perspektywy dla funduszy obligacji. Inwestorzy z zacięciem do ryzyka mogą zainteresować się ofertą inwestycji alternatywnych, chociażby spekulacją na rynku walutowym. Wracając jednak do początku odpowiedzi, myślę, że obecna bessa definitywnie zakończy się w 2010 r. Nie zmienia to jednak faktu, że inwestorzy poszukujący długoterminowych „perełek”, powinni zacząć dokonywać selektywnych zakupów już w połowie 2009 r. Początkowo ich zyski nie będą duże, bo rynek na długo pozostanie w konsolidacji, po wcześniejszym ustanowieniu nowego minimum. Gdzie będzie ten właściwy dołek? Mam wrażenie, że tam, gdzie indeks był w 2002 r., czyli w rejonie 1000 pkt. dla WIG20. Optymiści jak zwykle wieszczą już szybki koniec kryzysu. Obawiam się jednak, że jeszcze sporo czasu minie, zanim globalna gospodarka wyleczy się z choroby, na jaką zapadła w 2007 r. Nie bez powodu banki centralne na świecie zaczęły iść drogą „zerowych stóp procentowych”… 
Jakie są perspektywy dla złotego?
Złotego będą czekać w najbliższych tygodniach spore wahania, co będzie stanowić raj dla spekulantów. Średnioterminowi inwestorzy będą mogli wykorzystać ogromną zmienność do zyskownych transakcji na opcjach walutowych, chociaż wiąże się to z dużym ryzykiem. Nie wykluczam jeszcze jednej fali słabości naszej waluty, do której doprowadzą kolejne rewizje prognoz makroekonomicznych dla Polski i przedłużająca się recesja w ujęciu globalnym. W pierwszym półroczu trzeba będzie spodziewać się poziomów 4,30-4,50 zł za euro. Nowych maksimów nie powinien ustanowić dolar, gdyż ta waluta będzie tracić na rynkach światowych. Trudno znaleźć racjonalny powód dla kupna „zielonych” w sytuacji, kiedy deficyt budżetowy USA może przekroczyć 2 bln USD. Sytuacja wokół złotego może poprawić się w II połowie roku, chociaż o powrocie do trwalszego trendu będzie można mówić dopiero w 2010 r. Niezależnie od tego faktu, stanowczo odradzałbym przewalutowania długoterminowych kredytów hipotecznych z franków na złotówki.
Kiedy skończy się męcząca olbrzymia zmienność na rynku złotego, pęknie bąbel obligacyjny, a kapitał zacznie płynąć na rynki akcji? Czy może wcześniej będzie jeszcze rajd na surowcach, jak spodziewają się niektórzy?
Rynek surowców będzie jednym z najatrakcyjniejszych miejsc do zarabiania pieniędzy, ale dopiero w latach 2010-2012. W najbliższych miesiącach spekulanci mogą jednak wykorzystać fakt bliskiego pęknięcia bąbla na rynku amerykańskich obligacji skarbowych. Twierdzenie, że na rynkach nie da się zarabiać, jest z gruntu fałszywe. Obecnie wachlarz dostępnych opcji dla polskiego inwestora jest tak duży, jak nigdy dotąd.

Możesz zainteresować się również: