Równo rok temu Marek Rogalski, główny analityk FIT DM, radził na łamach „PB”, „ opracować strategię przetrwania”. Przewidywał, że na rynek akcji przyjdzie czas dopiero w 2009-2010 roku. Sugerował przeczekanie zawieruchy z kapitałem na tradycyjnych lokatach, w funduszach pieniężnych czy alternatywnych inwestycjach walutowych. Wtedy swoim pesymizmem zaskoczył wielu inwestorów.
„PB” zapytał Marka Rogalskiego o prognozy na bieżący rok. Niestety optymista znajdzie w nich dla siebie niewiele. Analityk nie wyklucza bowiem kolejnego „Armagedonu”. Zarównoe dla GPW i złotego.
Przed rokiem („PB” z 02.01.2008) mówił Pan, że trzeba opracować
strategię przetrwania na 2008 rok, gdzie pierwsze skrzypce powinny grać lokaty
złotowe. Przez rok dużo się wydarzyło. Jak sytuacja wygląda
teraz?
Marek Rogalski: Wydaje mi się, że
jeszcze nie czas na akcje. Wciąż lepiej trzymać się tych rynków, gdzie
można zarabiać niezależnie od koniunktury. Bardziej pasywni inwestorzy mają
ostatnio spory wybór dość atrakcyjnych lokat bankowych, ciekawie wyglądają także
perspektywy dla funduszy obligacji. Inwestorzy z zacięciem do ryzyka mogą
zainteresować się ofertą inwestycji alternatywnych, chociażby spekulacją na
rynku walutowym. Wracając jednak do początku odpowiedzi, myślę, że obecna bessa
definitywnie zakończy się w 2010 r. Nie zmienia to jednak faktu, że inwestorzy
poszukujący długoterminowych „perełek”, powinni zacząć dokonywać selektywnych
zakupów już w połowie 2009 r. Początkowo ich zyski nie będą duże, bo rynek na
długo pozostanie w konsolidacji, po wcześniejszym ustanowieniu nowego minimum.
Gdzie będzie ten właściwy dołek? Mam wrażenie, że tam, gdzie indeks był w 2002
r., czyli w rejonie 1000 pkt. dla WIG20. Optymiści jak zwykle wieszczą już
szybki koniec kryzysu. Obawiam się jednak, że jeszcze sporo czasu minie, zanim
globalna gospodarka wyleczy się z choroby, na jaką zapadła w 2007 r. Nie bez
powodu banki centralne na świecie zaczęły iść drogą „zerowych stóp
procentowych”…
Jakie są perspektywy
dla złotego?
Złotego będą czekać w najbliższych tygodniach
spore wahania, co będzie stanowić raj dla spekulantów. Średnioterminowi
inwestorzy będą mogli wykorzystać ogromną zmienność do zyskownych transakcji na
opcjach walutowych, chociaż wiąże się to z dużym ryzykiem. Nie wykluczam jeszcze
jednej fali słabości naszej waluty, do której doprowadzą kolejne rewizje prognoz
makroekonomicznych dla Polski i przedłużająca się recesja w ujęciu globalnym. W
pierwszym półroczu trzeba będzie spodziewać się poziomów 4,30-4,50 zł za euro.
Nowych maksimów nie powinien ustanowić dolar, gdyż ta waluta będzie tracić na
rynkach światowych. Trudno znaleźć racjonalny powód dla kupna „zielonych” w
sytuacji, kiedy deficyt budżetowy USA może przekroczyć 2 bln USD. Sytuacja wokół
złotego może poprawić się w II połowie roku, chociaż o powrocie do trwalszego
trendu będzie można mówić dopiero w 2010 r. Niezależnie od tego faktu, stanowczo
odradzałbym przewalutowania długoterminowych kredytów hipotecznych z franków na
złotówki.
Kiedy skończy się męcząca olbrzymia zmienność na rynku
złotego, pęknie bąbel obligacyjny, a kapitał zacznie płynąć na rynki akcji? Czy
może wcześniej będzie jeszcze rajd na surowcach, jak spodziewają się
niektórzy?
Rynek surowców będzie jednym z najatrakcyjniejszych
miejsc do zarabiania pieniędzy, ale dopiero w latach 2010-2012. W najbliższych
miesiącach spekulanci mogą jednak wykorzystać fakt bliskiego pęknięcia bąbla na
rynku amerykańskich obligacji skarbowych. Twierdzenie, że na rynkach nie da się
zarabiać, jest z gruntu fałszywe. Obecnie wachlarz dostępnych opcji dla
polskiego inwestora jest tak duży, jak nigdy dotąd.