Obserwowane w ostatnich dniach gwałtowne osłabienie amerykańskiej waluty na rynkach światowych każe zastanowić się, czy faktycznie dolar jest nadal tą najważniejszą na świecie. Dolar jest najsłabszy w historii względem euro, a wobec brytyjskiego funta notuje ponad 26-letnie minima. Do magicznej bariery 1,40 euro za dolara coraz bliżej i wydaje się, że jej pokonanie jest perspektywą najbliższych tygodni. Czy wtedy warto będzie jeszcze wierzyć w powtarzaną od dawna mantrę amerykańskiej administracji, że silny dolar leży w interesie Stanów Zjednoczonych? Wydaje się, że tak — przynajmniej z punktu widzenia długoterminowych inwestorów.
Swoją słabość dolar „zawdzięcza” bankom centralnym, a konkretnie prowadzonej przez nich polityce. Większość z nich wciąż podwyższa stopy procentowe, a Bank Anglii nawet ostatnio przyspieszył ten proces. Tymczasem amerykański Fed jako pierwszy, już w sierpniu 2006 r., zakończył podwyższanie stóp. Dodatkowo ostatnie informacje o coraz poważniejszych kłopotach amerykańskich instytucji udzielających pożyczek hipotecznych biedniejszej części społeczeństwa zmuszają do zastanowienia, czy aby kolejnym posunięciem Fed w perspektywie najbliższych kwartałów nie będzie obniżka stóp procentowych. Presja inflacyjna w ostatnich miesiącach wyhamowała, a tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki w I kwartale br. było mizerne i w kolejnych okresach pozostanie poniżej swych możliwości.
Zła passa dolara zostanie przełamana, gdy pojawią się sygnały zakończenia cyklu podwyżek stóp procentowych w strefie euro i w Wielkiej Brytanii. Może do tego dojść za kilka miesięcy, kiedy zbyt restrykcyjna polityka monetarna zacznie negatywnie przekładać się na rynek nieruchomości i nastroje konsumentów. Wtedy dolar ponownie odzyska utracony grunt.
Marek Rogalski
główny analityk First International Traders Dom Maklerski