Bayern dajelekcję zarządzania

Finał Ligi Mistrzów będzie starciem dwóch modeli prowadzenia piłkarskiego biznesu. Czy jak zwykle wygrają Niemcy?

W sobotni wieczór na murawę monachijskiej Allianz Areny wybiegnie czterech szczególnych piłkarzy. Dwóch zainteresowanych będzie tylko i wyłącznie strzeżeniem swojego konta. Jeden cel — być na zero z tyłu — będzie przyświecał Manuelowi Neuerowi z Bayernu i Petrowi Cechowi z Chelsea. Jeden cel będą mieć też napastnicy Mario Gomez i Didier Drogba (być może w towarzystwie Fernando Torresa). Im zależało będzie tylko na tym, by strzelić więcej goli od przeciwników. Piłka nożna naprawdę nie jest skomplikowanym sportem.

Bramkarz kontra napastnik

Skomplikowany — jak się okazuje — nie jest też piłkarski biznes. Londyńska Chelsea jest przedsiębiorstwem-napastnikiem, finansującym kolejne wybryki z przepastnych kieszeni Romana Abramowicza i nieprzykładającym większej wagi do stanu własnego konta. Dowód?

Chelsea przez ostatnich 9 lat — odkąd przejął ją rosyjski oligarcha — ani razu nie zanotowała zysków. W tym czasie właściciel wydał na nią ponad miliard petrodolarów, w zamian otrzymując trzy mistrzostwa Anglii, cztery puchary kraju i dwa finały Ligi Mistrzów (licząc z jutrzejszym). Tymczasem Bayern to typowy bramkarz, któremu jakakolwiek ofensywa nie przemknie przez myśl, póki nie będzie miał całkowitego spokoju na własnej linii. Na szczęście dla Bawarczyków władze klubu od dekad dbają o to, by z tyłu panowała wręcz sielankowa atmosfera — drużyna z Monachium nie wykazała strat finansowych przez 19 sezonów z rzędu.

— Zawsze mieliśmy jedną filozofię: wydawaj co najwyżej tyle, ile zarabiasz. Przyszedłem do klubu jako menedżer w 1991 r. i od tego czasu ani razu nie zeszliśmy z tej ścieżki — mówi Karl-Heinz Rummenigge, prezes Bayernu. Od 2003 r. Bawarczycy cztery razy cieszyli się z mistrzostwa i tyle samo razy z Pucharu Niemiec. W 2010 r. Bayern awansował do finału Ligi Mistrzów, ale nie sprostał w nim Interowi Mediolan.

Kontrola wydatków

Monachijska drużyna spodziewa się, że w tym sezonie będzie miała ponad 350 mln EUR obrotów przy zysku netto sięgającym 20 mln EUR. Jeszcze w 1979 r., gdy ster w Bayernie objął prezydent Uli Hoeness, przychody klubu wynosiły równowartość 6 mln EUR. Finansowy sukces Bawarczyków to odbicie w piłkarskim zwierciadle kondycji niemieckiej gospodarki. W chwili, gdy inne kraje Unii Europejskiej z silnymi ligami piłkarskimi — jak Wielka Brytania, Włochy i Hiszpania — borykają się z kryzysem, a nawet z recesją, to Niemcy cieszą się z najniższej stopy bezrobocia od dwóch dekad i niespodziewanego wzrostu PKB o 0,5 proc. w pierwszym kwartale.

— Bayern jest po prostu zarządzany w bardzo niemiecki sposób. Wydają na piłkarzy tylko tyle, ile trzeba, ani grosza więcej. Można zacząć odnosić szybkie sukcesy, finansując to długiem jak Chelsea, ale w dłuższej perspektywie taki model nie może funkcjonować — ocenia Carsten Brzeski, ekonomista grupy ING. Nie oznacza to, że Bayern oszczędza na zawodnikach. Tylko na trzech z nich — Arjena Robbena, Francka Ribery’ego i Mario Gomeza — wydał 80 mln EUR. Pod względem wypłacanych pensji wyprzedza go tylko pięć klubów na świecie (w tym Chelsea), ale pod względem przychodów tylko trzy.

Bayern — jak dobry przedsiębiorca — dba też o kadry. Niemal wszyscy decydenci w klubie to jego byli piłkarze, poczynając od kończących piłkarskie kariery w latach 70. Uli Hoenessa i Franza Beckenbauera, po Christiana Nerlingera, który był filarem defensywy Bawarczyków w latach 90., a teraz pracuje dla nich jako generalny menedżer. Zgrane piłkarskie porzekadło może więc wymagać aktualizacji — futbol to dziś taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak zarabiają Niemcy. Tym bardziej że związek piłkarski UEFA zamierza wprowadzić „kryteria finansowego fair-play”, by zniechęcić kluby do wydawania ponad stan. To efekt m.in. 400 mln GBP, rzuconych na piłkarski rynek przez pozostającego w szale zakupowym od 2008 r. szejka Mansoura, właściciela Manchesteru City.

— Zespoły polegające na pieniądzach od właściciela dużo ryzykują. Co się stanie, jeśli ten któregoś dnia uzna, że znudziło mu się kupowanie piłkarzy i zacznie kupować jachty i obrazy? — mówi Uli Hoeness.

Taki problem na pewno nie przydarzy się broniącemu swego konta Bayernowi. Gdyby tylko piłkarze lepiej grali w Bundeslidze i nie zaprzepaścili sezonu porażkami z biedniejszą, ale ambitniejszą Borussią Dortmund…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński, Bloomberg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Bayern dajelekcję zarządzania