Big Brother Taxi, czyli kosmita, taryfa i prąd

Artur Jarzyński chce zmonopolizować rynek taksówkarski w Polsce. Działa z fordowskim rozmachem. Zwariował czy zwęszył miliony?

— Mam pomysł oparty na połączeniu oszczędnych samochodów i wydajnego systemu informatycznego. Plan jest prosty: możemy mieć 6 proc. taksówkarskiej floty w stolicy i jednocześnie połowę rynku taxi. I do tego zaatakować resztę miast w Polsce. Potrzebujemy na to 40 mln zł. — Hm…tak, tak ładnie pan opowiada. Oddzwonimy. Tak zwykle wyglądają negocjacje Artura Jarzyńskiego, właściciela i prezesa Green Capital City, operatora taksówek EcoCar, z przedstawicielami funduszy inwestycyjnych.

Inwestora nie ma, ale od kilku miesięcy 113 biało-zielonych fordów mondeo z logo EcoCar jeździ po Warszawie. Wieść gminna niesie, że wszystkie są napędzane silnikami elektrycznymi. W rzeczywistości na prąd jeździ ledwie 13, reszta korzysta z LPG. Wszystkie po sufit nabite są wyrafinowaną elektroniką.

Ecopralnia albo cholera wie co

Tradycyjna konkurencja puka się w głowę, wieści o EcoCar elektryzują taksówkarskie fora internetowe. Padają stwierdzenia, że Jarzyński zwariował, przyleciał z kosmosu. A do tego już jest bankrutem.

Przecież wóz elektryczny czy na gaz jest dużo tańszy w eksploatacji niż benzyna czy diesel, ale ile kosztuje taki wóz, no ile? Krocie, 170 tys. zł. Dlatego w żadnej korporacji na świecie nie ma tylu elektrycznych taksówek, bo to się nie amortyzuje. A skoro na świecie nie ma, to chyba jasne, że tak się nie da, nie? Tym bardziej za 2,20 zł za kilometr.

— Panie, to jakiś przewał jest, pralnia, wyłudzanie kasy albo cholera wie co. Ja jeżdżę za 2,20 zł i ledwo z tego wyżyję. Proponowali mi tam pracę, ale nie wziąłem. Mówią, że tam wykorzystują ludzi, każą harować jak wół — przekonuje Stanisław, taksówkarz od 20 lat, właściciel leciwego mercedesa.

Jarzyński przyznaje, że lekko nie jest, ale nie ma mowy o bankructwie. W tym miesiącu przychód firmy przekroczy 600 tys. zł. Przyszły rok ma zamknąć przychodami na poziomie ponad 10 mln zł i zyskiem netto 3 mln zł. Ręczy za to szef finansowy, ściągnięty z giełdowej Arterii. Że pracować trzeba? Tu pełna zgoda.

— To właśnie nasza przewaga. Organizacja firmy na europejskim poziomie, a nie chaotycznej korporacji z lokalnego podwórka — przekonuje właściciel EcoCar.

Bo w EcoCar wszystko stoi na głowie: taksówkarze nie są właścicielami samochodów, nie wybierają sami trasy pojazdu, nie mają wpływu na to, gdzie będą polować na klienta. Pracuje się w systemie trzyzmianowymi jedyne, o czym kierowca musi pamiętać, to o której ma się stawić na swoją wachtę. Reszty przypilnuje system. To ma być rewolucja w fordowskim stylu.

Kult systemu

System to, według Jarzyńskiego, słowo- -klucz. Rozwiązania informatyczne na potrzeby EcoCar powstawały kilka miesięcy i kosztowały 4 mln zł. Połowę dołożyła Unia Europejska. I to właśnie system ma dawać firmie przewagę nad telefonistkami tradycyjnych korporacji. To dzięki niemu 100 samochodów EcoCar przywozi codziennie z miasta tyle gotówki, ile 500 samochodów innej korporacji. System analizuje historię kursów i ruch w mieście, sam wysyła taksówki w różne rejony Warszawy i wybiera trasę, którą ma jechać taksówkarz.

Wreszcie, mierzy i alarmuje, gdy kierowca zboczy z kursu lub się spóźni, ale też gdy zbyt gwałtownie hamuje czy wjeżdża w dziury (w końcu od czego są zainstalowane w autach czujniki). I na koniec miesiąca komputer podlicza, kto ile miał wpadek, i daje lub nie daje premii. Nie każdemu podoba się ten koniec taksówkarskiej wolności, bez czytania „Super Expressu” na ocienionym postoju w środku dnia i wożenia służbowym autem ziemniaków od teściowej. EcoCar to pełna inwigilacja, „Big Brother Taxi”, jak ją zwą kierowcy EcoCar. W imię optymalizacji.

— Na ekranie widzę, gdzie jest każda taksówka, jaki ma status, kto jest kierowcą, kogo wiezie, za ile, kiedy skończy i dziesiątki innych informacji. Mogę nawet porozmawiać z nim lub pasażerem, używając kamery internetowej — wyjaśnia Artur Jarzyński, przesuwając palcem po olbrzymim dotykowym ekranie w sercu korporacji, czyli centrali telefonicznej.

Jeśli zamówienie wpada przez telefon, trzeba je wklepać do systemu. Jeśli kurs zamawiany jest przez internet, aplikację na smartfony lub współpracującą aplikację iTaxi (projekt finansowany m.in. przez Łukasza Wejcherta), wszystko odbywa się automatycznie. Komputer po 2-3 sekundach wskazuje kierowcę, wylicza trasę, koszt i podaje czas dojazdu. Pozwala pasażerowi ustawić piosenkę na powitanie czy zapach w taksówce.

— No i co, można? Nikt mi nie wierzył, ani banki, ani fundusze. Przerażał ich stopień innowacyjności mojego pomysłu — przekonuje Artur Jarzyński, zmieniając pilotem odcień świateł w futurystycznie zaprojektowanej centrali.

Kapitan wizja

W czerwonym odcieniu centrala wygląda, jakby zaraz na jednym ze smukłych foteli miał zasiąść sam kapitan Pickard ze Star Treka. Jednak o przyziemne rzeczy tu chodzi. O podbój taksówkarskiej Polski.

— To jest skalowalny biznes, potrzeba mi pieniędzy na leasing i przerobienie na elektryczne kolejnych samochodów. Na razie wpakowałem w organizację biznesu ponad 7 mln zł, flota warta jest kolejnych 12 mln zł. Za następne kilka milionów złotych mógłbym dokupić dziesiątki samochodów i jeszcze przyspieszyć. Szkoda czasu, bo widzę, że popyt jest — przekonuje Artur Jarzyński.

— Facet ma determinację, wizję oraz doświadczenie w biznesie, jednak jego pomysłnie działa nigdzie na świecie. Chyba nie chcemy płacić za bycie królikiem doświadczalnym, nie w kryzysie — podkreśla jeden z menedżerów w funduszu inwestycyjnym, który miał ofertę EcoCar na biurku.

A Jarzyński i tak robi swoje: kilka lat temu sprzedał prosperujący biznes w energetyce, jego firma Polterm zajmowała się audytami energetycznymi i renowacjami sieci w jednostkach wojskowych, szkołach itp. Potem doszła m.in. produkcja kotłów olejowych, Polterm był trzecim co do wielkości podmiotem w swojej branży w Polsce.

Wariat w syrence

Niegdyś Jarzyński, jako zaradny student Politechniki rodem z Ciechanowa, woził syrenką bosto snickersy na handel w akademiku.

— Teraz wożę ludzi elektrycznymi samochodami, ale nie dlatego, że mam ekoświrgla. Obchodzi mnie głównie zysk. Samochód elektryczny potrafi pojechać za 4 zł na 100 km, normalny samochód przejedzie za 60 zł. Tu jest moja przewaga, samochody muszą być ciągle w ruchu. Warszawski rynek wart jest 1 mld zł rocznie, jest się o co bić. Teraz atakujemy firmy, mamy dla nich świetny system. Już jeździ z nami m.in. T-Mobile, po tym jak zrezygnował z samochodów służbowych — zaznacza Artur Jarzyński, który ostatnio przejął połowę udziałów w firmie robiącej konwersję z silników spalinowych na elektryczne i kontroluje m.in. klinikę leczącą choroby cywilizacyjne.

A że ludzie patrzą na niego albo wrogo (konkurencja), albo z niedowierzaniem (finansiści) lub jak na podejrzanego wariata (cała reszta)? Przyzwyczaił się, zresztą dowód jest, taksówki jeżdżą, klienci płacą. Z nim jest jak w powiedzeniu Einsteina: wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. Pytanie, jak daleko zajedzie Jarzyński, robiąc niemożliwe, wciąż czeka na odpowiedź.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Big Brother Taxi, czyli kosmita, taryfa i prąd