Bluzgi lepsze od... rózgi

Ulga, którą dają przekleństwa, może być ważniejsza od reguł dobrego wychowania. Mądrzy szefowie już to wiedzą

Przekleństwa są jak tatuaże, w których jeszcze niedawno lubowali się głównie więźniowie, marynarze i prostytutki, a dziś zdobią ciała wielu dobrze wychowanych, wykształconych i społecznie dostosowanych ludzi. Rynsztokowa mowa — by użyć cokolwiek archaicznego określenia — wlewa się szeroką falą na salony kultury, do mediów, dzieł literackich i show-biznesu. Słyszymy ją nawet w renomowanych firmach, podczas intelektualnych debat i na uniwersytetach.

Zobacz więcej

Fot. Fotolia

Zanim zawołamy wzburzeni: „Co za czasy, co za obyczaje!”, pomyślmy, jaką rolę w życiu i pracy odgrywają wulgaryzmy. Wtedy pewnie znikną z naszych biur skarbonki, do których wrzucamy drobniaki po każdym użyciu niecenzuralnego słowa. Antropolog Ashley Montague w „The anatomy of swearing” sugeruje, że wszystkie języki powstały z wyrażeń, które pomagały naszym praprzodkom z jaskiń rozładować napięcie, gniew, strach — będąc odpowiednikami dzisiejszych bluzgów.

Jego zdaniem, tzw. łacina kuchenna jest pewnego rodzaju katharsis: oczyszcza nas z destrukcyjnych emocji. Wtóruje mu dr Richard Stephens, psycholog z Uniwersytetu w Keele (Wielka Brytania), według którego dzięki niecenzuralnym wyrazom łatwiej powstrzymać się od agresji fizycznej — irytującego osobnika lepiej obrzucić wiązką niecenzuralnych słów niż kamieniami.

Językoznawca Wiesław Boryś natomiast dodaje, że rzeczownik „obelga” pochodzi od czasownika „obelżyć”: załagodzić, zmniejszyć, ulżyć, który dopiero w XVI w. nabrał negatywnego znaczenia: znieważyć i zhańbić. Badania nie kłamią: przewlekle chorzy, którzy rzucają mięsem, są odporniejsi psychicznie i mniej wrażliwi na ból. Ordynarny zwrot pomaga introwertykowi otworzyć się w obcym środowisku. Natomiast sportowcom służy do zwiększenia wydolności fizycznej i wytrącania z równowagi przeciwników.

I — wbrew utrwalonej opinii — przeklinanie wcale nie świadczy o ubóstwie języka. Wielbiciele brzydkich wyrazów mają szerszy zasób słownictwa. Cechują się też większą pomysłowością. Prof. Jerzy Bralczyk twierdzi, że podstawowych wulgaryzmów w języku polskim jest tylko pięć: „chuj”, „pizda”, „jebać”, „pierdolić” i „kurwa”. Zaś „Słownik polszczyzny rzeczywistej” podaje, że rzeczownik „kurwa” występuje w 47 funkcjach. Jaką trzeba mieć wyobraźnię, kreatywność i polot, by bez przerwy zmieniać kontekst semantyczny rzekomo nieparlamentarnych wyrazów i za każdym razem być doskonale zrozumianym przez rozmówców…

W wielu firmach obowiązuje polityka „zero przekleństw!”. Szkoda. Ostatnio do księgarń trafiła książka „Bluzgaj zdrowo” Emmy Byrne, badaczki, dziennikarki i popularyzatorki nauki, która twierdzi, że wulgaryzmy zwiększają motywację, wydajność i poczucie solidarności wśród zatrudnionych. Zachwyca się, że pracownicy na tyle sposobów każą sobie nawzajem spierdalać — co na ogół nie sygnalizuje agresji, ale serdeczność i buduje ducha zespołowego. Dosadny język sprzyja nieformalnym relacjom, dowodzi, że mamy do siebie dystans.

W przypadku szefa bluzg wzmacnia przekaz, świadczy o emocjonalnym zaangażowaniu, a czasem przemyca ostrzeżenie, że przekroczyliśmy granicę. Wolimy „ludzkich ludzi”, więc rzucający „kurwami” menedżer raczej zyska sympatię i zaufanie podwładnych. Ale uwaga: to samo słowo może dodawać siły, śmieszyć lub ranić — zależnie od okoliczności, wrażliwości słuchaczy, intencji tego, który je wypowiada. Co równie ważne: gdy będziemy nadużywali emocjonalnego języka, straci on swoją moc. Dlatego Emma Byrne pisze: „Nikogo nie zachęcam do zwiększenia częstotliwości użycia bluzgów, ale weźcie je, kurwa, przynajmniej uszanujcie”. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Bluzgi lepsze od... rózgi