Komisja Europejska chce mieć kontrolę nad państwowymi budżetami
Za recydywę w łamaniu unijnych zasad mogą być kary finansowe, ale bez wyrzucania ze strefy euro.
Dziś tylko Finlandia i Luksemburg spośród 16 krajów strefy euro spełniają unijne kryteria dotyczące finansów publicznych. Najbardziej niesubordynowane państwa kilkakrotnie przekraczają już normy. Komisja Europejska (KE) chce skończyć z tą bezkarnością. Olli Rehn, komisarz do spraw monetarnych i gospodarczych, zapowiedział wczoraj, że władze Unii będą ściślej kontrolowały budżety poszczególnych krajów strefy euro.
Duchy ojców
Dotychczas KE wierzyła w siłę perswazji. Starała się tylko rekomendacjami wpływać na państwa członkowskie.
— Temu rozwiązaniu brak zębów — tłumaczy Olli Rehn.
Chodzi o przestrzeganie kryteriów dotyczących długu publicznego i deficytu w finansach publicznych. Zgodnie z unijnymi kryteriami, dług nie powinien przekraczać 60 proc. PKB, a deficyt 3 proc. PKB. Choć KE od lat upomina kraje takie jak Grecja, Hiszpania, Portugalia czy Włochy, a te zamiast zbliżać się do wymogów, z każdym rokiem się od nich oddalają. W konsekwencji Grecja stanęła na krawędzi bankructwa, sytuacja Hiszpanii, Portugalii i Włoch jest niepewna, a wszystko odbija się na pozostałych krajach strefy euro, które tracą zaufanie rynków finansowych.
— Ostatnie wydarzenia w europejskiej gospodarce pokazują, że konieczne są nagłe rozwiązania koordynujące politykę finansową państw członkowskich strefy euro. Kraje powinny działać według wspólnych wytycznych — przekonuje Olli Rehn.
Co miałoby zmobilizować krajowe władze do trzymania wydatków na wodzy? KE ma dopiero nad tym pracować. Komisarz Rehn przyznał, że nie ma sensu wprowadzanie kolejnych kar, bo nawet istniejące nie są wykorzystywane.
— Trzeba lepiej posługiwać się tymi narzędziami, które już istnieją, np. wstrzymywanie płatności z funduszy unijnych do kraju, który łamie zasady. Być może konieczny jest większy automatyzm kar — twierdzi Olli Rehn.
Komisja w piątek ma szerzej przedstawić swoje propozycje 27 ministrom finansów UE na nieformalnym posiedzeniu. Pewne jest jednak, że Bruksela nie jest zwolennikiem tak radykalnych rozwiązań, jakie zgłaszały Niemcy. Miesiąc temu Angela Merkel zaproponowała, by za niesubordynację wyrzucać kraje ze strefy euro.
— Nie sądzę, by ten pomysł był zgodny z ideą ojców założycieli Unii — mówi komisarz Rehn.
W potrzasku
Pomysłowi zaostrzenia restrykcji kibicują analitycy rynkowi. Ich zdaniem, dotychczasowy brak zdecydowania jest główną przyczyną obecnych perturbacji w finansach UE.
— Konieczna jest nowa rama zarządzania finansami publicznymi w krajach członkowskich, która zobligowałaby je do prowadzenia zdrowej polityki. Jak dokładnie ta reforma będzie wyglądać, zostanie to ustalone w trakcie długiej dyskusji — mówi Dirk Schumacher, ekonomista Goldman Sachs.
Eksperci od lat zwracają uwagę, że obecna forma funkcjonowania unii walutowej — z jedną polityką monetarną, lecz bez wspólnej polityki fiskalnej — jest niebezpieczna dla gospodarki. Zmiana tej sytuacji nie jest jednak łatwa, bo Unia nie jest w stanie odebrać krajom członkowskim władzy nad własnymi finansami. A sam kij nie wystarczy.
— Restrykcje finansowe zazwyczaj są najgorszym rozwiązaniem. Gdyby na Grecję nałożyć sankcje albo odebrać jej fundusze unijne, miałaby jeszcze większe kłopoty niż obecnie. Rykoszetem odbiłoby się to więc na całej Unii — mówi Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.
Opór materii
Ponadto na propozycje KE musieliby jeszcze zgodzić się politycy krajowi, a to jest mało prawdopodobne.
— Wiele krajów — np. Niemcy — opowiada się za zwiększeniem kontroli, ale z pewnością same tak łatwo się tej kontroli nie poddadzą. Opiniowanie przez jednego ministra finansów budżetu innego ministra podważyłoby gwarantowaną obecnie niezależność krajów członkowskich. Z punktu widzenia teorii ekonomii proponowane rozwiązania są słuszne, ale nie sądzę, by mogły zostać zrealizowane — uważa Adam Czerniak, ekonomista Invest-Banku.
Dlatego im bardziej szczegółowe będą propozycje KE, tym większy opór będą stawiały państwa członkowskie.
— Kiedy przyjdzie do bezpośrednich interwencji budżetowych ze strony Brukseli, kraje będą robić wszystko, żeby ostudzić jej zapał do kontroli — mówi Dirk Schumacher.
Według analityków, dyskusja będzie jednak miała ograniczony wpływ na polskie finanse publiczne, nawet kiedy już znajdziemy się w strefie euro.
— Do tego czasu musimy doprowadzić finanse do wymogów. Bez tego nie wejdziemy do Eurolandu. Dlatego przynajmniej przez kilka lat po akcesji rzadko który kraj będzie miał tak dobre wskaźniki, jak Polska. Nikt nie będzie więc nas upominał — mówi Adam Czerniak.
Jacek
Kowalczyk