Bukmacherzy grają na obniżkę podatku

opublikowano: 06-06-2016, 22:00

Bukmacherzy uważają, że bez zmiany podatków nie ma co wchodzić do Polski. Resort finansów chce ich zablokować.

Po latach legislacyjnej bezczynności w branży bukmacherskiej i hazardowej ostatni miesiąc przyniósł niespodziewane przyspieszenie. Zaproponowane przez Ministerstwo Finansów (MF) zmiany w ustawie hazardowej spodobały się przedstawicielom polskiej branży, którzy liczą na znaczne ograniczenie zagranicznej, unikającej opodatkowania, konkurencji. Reakcja firm z drugiej strony barykady jest zupełnie odmienna. Na rynku bukmacherskim resort chce ograniczyć szarą strefę z 90 do około 20 proc. wartości branży dzięki wprowadzeniu blokad stron internetowych i płatności, a także ustanowieniu dotkliwych kar dla nieuczciwych graczy i firm, które ułatwiają granie na niepłacących podatków w Polsce serwisach.

Zobacz więcej

Borys Skrzyński

— Jeśli celem państwa jest przeniesienie się graczy do płacących podatki w Polsce operatorów, to blokady nie są właściwym i wystarczającym rozwiązaniem. Można je obejść, a gracze zawsze będą o jedno kliknięcie od skorzystania z zagranicznego serwisu, który oferuje lepsze stawki, bo nie musi płacić bardzo wysokich podatków — mówi Maarten Haijer, sekretarz generalny EGBA, czyli Europejskiego Stowarzyszenia Gier i Zakładów Wzajemnych, którego członkami są bukmacherscy potentaci: Betclic, Bet-at-home, Bwin, Expekt i Unibet. W Polsce zakłady wzajemne objęte są 12-procentowym podatkiem od przychodów. Organizacje branżowe od dawna postulują, by opodatkowany był GGR, czyli wpływy z zakładów pomniejszone o wypłacone wygrane.

— Obecnie obowiązujący w Polsce podatek przekłada się na co najmniej 60-procentową stawkę od GGR. To bardzo dużo, naszym zdaniem efektywna stawka to około 20 proc. od GGR. Tak jest w Danii, którą stawiamy za wzór wszystkim krajom — tam po wprowadzeniu nowych przepisów i dopuszczeniu szerokiego wachlarza gier on-line od 2012 r. szara strefa skurczyła się z 86 do 5-10 proc. rynku — mówi Richard Leather, przedstawiciel EGBA w Europie Wschodniej. EGBA szacuje, że „model duński” mógłby w ciągu czterech lat zwiększyć dochody polskiego budżetu z bukmacherki i gier hazardowych o minimum 800 mln zł, a w scenariuszu optymistycznym nawet o 4,9 mld zł. Tymczasem dziś członkowie organizacji nie wpłacają do polskiego budżetu ani grosza — żaden z nich nie ma zezwolenia na urządzanie gier na terytorium Polski (ma je łącznie siedem firm). Wizja wprowadzenia blokad na razie nie skłania ich do tego, by ubiegać się o zezwolenie.

— Nie wchodzimy do Polski, bo przy takich podatkach i takich regulacjach po prostu nam się nie opłaca — lokalni operatorzy z siecią punktów naziemnych mogą wykazywać zyski, ale wyłącznie na działalności w internecie ponosilibyśmy straty. Kilka lat temu podobna sytuacja była we Francji. Mimo wysokiego podatku od przychodów zarejestrowało się tam ponad 40 firm. Teraz zostało mniej niż 20, a mimo wprowadzenia blokad milion graczy i tak gra w szarej strefie — twierdzi Maarten Haijer.

Tymczasem zapowiedziany w połowie maja projekt nowej regulacji bukmacherki i pokera przedstawiła Polska Razem, czyli grupa posłów skupiona wokół wicepremiera Jarosława Gowina. Opublikowany w tym tygodniu projekt zakłada stworzenie nowej ustawy o zakładach wzajemnych i niektórych grach karcianych. W przypadku bukmacherki podatek miałby wynosić dokładnie 20 proc. od GGR. Poselski projekt przewiduje również wprowadzenie blokad niezarejestrowanych w Polsce serwisów internetowych. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu