Case study: Podwójne ryzyko - waluty i metal

Mennica Wrocławska z ryzykiem walutowym i wahaniami cen kruszców radzi sobie na 3 sposoby

Oprócz importerów i eksporterów na wypadek wahań kursów walut zabezpieczać się muszą również dilerzy metali szlachetnych. Mają trochę trudniej, bo oprócz ryzyk kursowych występujących pomiędzy polskim złotym a walutą dostawcy metalu powinni również okiełznać zmieniające się ceny kruszców.

— Ryzyko obrotu naszymi walorami jest więc podwójne, a zabezpieczenie konieczne. Tym bardziej że pracujemy na marżach rzędu kilku procent, więc niewielkie zmiany kursów walut albo cen metali mogą się kończyć bolesnymi dla nas stratami. Dlatego tak ważne jest stuprocentowe zabezpieczenie zarówno po stronie waluty, jak i metalu — mówi Piotr Wojda, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

O tym, że kursy walut w ostatnim czasie są mało przewidywalne, wiemy wszyscy. Z cenami metali jest podobnie — coraz większą popularność zyskuje system wyceniania stosowany przez giełdę nowojorską, która udostępnia notowania ciągłe. A to oznacza, że zmiany cen metali, podobnie jak akcje i obligacje, podawane są co sekundę.

Najlepsze, ale niewystarczające

Jak dilerzy metali mogą się zabezpieczyć przed wspomnianym podwójnym ryzykiem? Dobrym przykładem jest Mennica Wrocławska, którą oprócz cen złota i srebra interesuje również kurs dolara i euro.

Wszystkie metale szlachetne są nominowane w dolarze, wobec tego jego wartość wpływa na kształtowanie się cen kruszców. Ponadto firma współpracuje z dużymi mennicami i hurtownikami amerykańskimi. Posiada również kilka dużych kontraktów z partnerami europejskimi, z którymi z kolei rozlicza się w euro.

Z wahaniami kursów i cen próbuje sobie radzić na co najmniej trzy sposoby. Z tego najbardziej chwali tzw. provisional pricing, usługę polegającą na wymianie depozytów pomiędzy dystrybutorem złota a producentem.

— Producent wysyła nam zamówione np. 10 kg złota, a my deponujemy u niego kwotę pieniężną odpowiadającą jego wartości. W takiej sytuacji nie mają dla nas znaczenia kursy walut ani ceny złota, ponieważ ani my nie jesteśmy właścicielem złota, ani producent właścicielem depozytu pieniężnego. W chwili dokonywania transakcji z klientem potwierdzamy cenę z producentem, który zdejmuje z depozytu kwotę równą wartości odejmowanej ilości złota w danej chwili — tłumaczy Piotr Wojda.

Kiedy depozyt się kończy, firma zamawia kolejny. Wpłacana kwota na konto producenta jest oczywiście zgodna z ceną metalu w momencie złożenia depozytu, więc po wykonaniu kilku transakcji może się okazać, że będzie trzeba coś dopłacić albo na koncie pewna kwota pozostanie. Dlatego rozliczenie wszystkich transakcji następuje regularnie, np. raz w miesiącu. To rozwiązanie bardzo wygodne, pozbawione ryzyka, a dla dużych partnerów często oferowane przez producentów bezpłatnie. Jest jednak jeden mankament.

— Nie każdy producent proponuje takie rozwiązanie — tłumaczy Piotr Wojda. Firma musi się ratować innymi sposobami. Prostym i również bezkosztowym sposobem jest hedging naturalny, który polega na przeznaczeniu pewnej kwoty na określony poziom zatowarowania.

— Nabywamy na przykład 10 kg złota i kiedy klient kupuje 1 kg, wydajemy mu towar z zapasów magazynowych, a w tym samym momencie rezerwujemy u naszych dostawców czy producentów 1 kg w tej samej cenie — mówi Piotr Wojda.

Jednak i ten sposób nie jest bez wad. Przede wszystkim problematyczny jest wybór odpowiedniego momentu na zakup pierwszej partii towaru. Warto, żeby cena wtedy była jak najniższa. Nad uchwyceniem takiej chwili pracuje dział analiz. Ale to nie wszystko.

— Przy długim trendzie spadkowym zaczyna się generować straty ze względu na wysoki poziom wejścia w zatowarowanie przy stosunkowo wysokich cenach — tłumaczy wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Opcje kosztują, ale ratują

W związku z tym firma korzysta również z opcji walutowych w bankach, choć, jak przyznaje Piotr Wojda, jest to rozwiązanie bardzo kosztowne. — Koszty opcji sięgają 1-2 proc., a przy marżowości 4 proc. to jest dla nas znacząca kwota — przyznaje wiceprezes. Jednak przy specyfice Mennicy Wrocławskiej opcje sprawdzają się lepiej niż forward, którego firma nie stosuje, ponieważ wiąże się z mniejszą elastycznością.

— Bywa, że nawet duzi instytucjonalni klienci zmieniają zdanie co do zakupu kruszcu, a wtedy posiadanie opcji ratuje nas przed generowaniem strat — mówi Piotr Wojda.

W przypadku opcji nie ma bowiem konieczności dokonania transakcji po umówionej cenie, a z transakcji forwardowej zrezygnować nie można, bez względu na okoliczności. Stosowane przez firmę strategie opcyjne pozwalają na takie dopasowanie strat i zysków na złocie fizycznym i wirtualnym w przypadku spadku albo wzrostu bazowego waloru, że firma generuje takie same dochody bez względu na warunki rynkowe.

— Aby zilustrować to przykładem, wyobraźmy sobie, że zawieramy transakcję na 10 kg złota z producentem. Zanim złoto trafi do skarbca Mennicy Wrocławskiej, musimy zawrzeć kontrakt opcyjny typu PUT, a więc instrument pozwalający zająć pozycję typu short. Daje on nam zarobek, w sytuacji kiedy cena złota spadnie. Jeśli spadek wyniesie 10 proc., to „stracimy” 10 proc. na złocie fizycznym, ale „zarobimy” 10 proc. na kontrakcie, a więc transakcja będzie o sumie zerowej. Zarobek wygeneruje kilkuprocentowa marża, którą doliczymy klientowi końcowemu — tłumaczy Piotr Wojda.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Case study: Podwójne ryzyko - waluty i metal