
Najpierw był amerykański Cameo uruchomiony w 2017 r. przez zarejestrowaną w Chicago spółkę Baron App. Za jego pośrednictwem nagranie spersonalizowanego wideo oferuje ponad 40 tys. celebrytów: aktorów znanych z filmów i seriali, muzyków i piosenkarzy, gwiazd TV, sportu, a nawet polityków. To nie tylko krótkie życzenia dla mamy fana, na które zrzuca się rodzina, ale też możliwość odbycia rozmowy wideo lub czatu z ulubioną gwiazdą. Wszystko za konkretną, często niemałą, opłatą. Minutowe pozdrowienia od aktora Kevina O’Leary’ego, znanego Amerykanom z serialu „Shark Tank”, kosztują nawet… 1500 USD. Za to Billy Boyd, odtwórca roli Pippina we „Władcy Pierścieni”, bierze za nie „jedynie” 150 USD.
Pojawienie się polskiego odpowiednika Cameo, który zaistniał pod koniec 2019 r., przeszło jednak niemal bez echa. Kilka artykułów w prasie biznesowej skupiło się wyłącznie na finansowaniu od funduszu, jakie dostali na start (1,2 mln zł od Kogito Ventures), zupełnie pomijając aspekt kulturowy tego zjawiska. A ten jest nie bez znaczenia. Czy jesteśmy gotowi zapłacić za pozdrowienia od ulubionej gwiazdy, czy też skojarzy nam się to wyłącznie z kupczeniem sławą?
– Naszym celem nie jest „sprzedawanie” twórców, ale danie im możliwości połączenia się z tymi, którzy o takim kontakcie marzą. Innymi słowy demokratyzujemy kontakt z gwiazdami dla zwykłych ludzi. Nie jest jednak tak, że gwiazda musi zrealizować zamówienie. Jeśli to, czego oczekuje fan, jej nie odpowiada – po prostu tego nie robi, a my zwracamy pieniądze – wyjaśnia Mikołaj Czajkowski, prezes i założyciel Hype Me.
Jak to działa

Serwis funkcjonuje jak zwykły marketplace, z tą różnicą, że towarem jest spersonalizowane wideo od znanego człowieka nazywanego tu talentem. Talenty/celebryci uporządkowani są według kategorii działalności: aktor, muzyk, dziennikarz, sportowiec, gwiazda TV, bloger, kreator mody. Funkcjonują także w kategorii zwierzaki i w większości są to zwierzęta z warszawskiego zoo, zbierające w ten sposób dodatkowe pieniądze na swoje utrzymanie. W odróżnieniu od amerykańskiego pierwowzoru dochód z wideo sprzedawanych za pośrednictwem Hype Me częściowo jest przekazywany na cele dobroczynne, czyli trafia do jednej z kilku współpracujących z serwisem fundacji, m.in. Rak’n’Roll, Panda, Koteria, Herosi i OneDay. Zarówno procent tej dobroczynności, jak i cenę wideo ustala celebryta, choć serwis pomaga wyznaczyć cenę minimalną. Mikołaj Czajkowski przestrzega jednak, żeby z ich zróżnicowania nie robić rankingu wartości konkretnej gwiazdy.
– Cena zależy przede wszystkim od czasu, jakim dysponuje celebryta. Im ktoś jest bardziej zajęty, tym cena wyższa – tłumaczy prezes Hype Me.
Idąc tym tropem, najwięcej czasu na nagrywanie wideo dla fanów mają celebryci z sekcji zwierzęta (ceny od 4,99 do 54,99 zł), zaś najmniej aktorzy, sportowcy i gwiazdy TV: tu najwyższą stawką jest 154 zł (m.in. Jan Borysewicz, Krzysztof Ibisz, Marcin Miller z Boysów). Fan zamawiający wideo zawsze jest informowany, jak długo będzie musiał czekać na realizację zamówienia.
Po przyjęciu płatności przez serwis talent/celebryta dostaje powiadomienie, że jest dla niego zlecenie. Najczęściej fani zamawiają życzenia wideo dla kogoś z jakiejś ważnej okazji, lecz zdarzały się też prośby o podniesienie kogoś na duchu czy poradę dotyczącą kariery.
Niezrozumienie i inne przeszkody
Mikołaj Czajkowski przyznaje, że największą przeszkodą w ich działalności jest niezrozumienie „o co w tym chodzi”. Dotyczy to zarówno fanów, jak i celebrytów.
– W biznesplanie zakładaliśmy, że grupą, którą najszybciej uda się nam przekonać do tego pomysłu, będą influencerzy z mediów społecznościowych: YouTube’a, Instagrama czy TikToka oraz ich fani. Tymczasem wcale tak się nie stało, bo mieli własne sprawdzone metody komunikacji z fanami. Ale nas to nie zniechęca, wiemy, że serwis ciągle jest nowością na rynku, która jak wszystko potrzebuje czasu, by się przyjąć. Tak było przecież ze Snapchatem i TikTokiem, wyśmiewanymi i niezrozumiałymi na początku. Jakiś czas temu założenie konta na TikToku przez Roberta Lewandowskiego było dość zaskakujące, dziś już nikogo nie dziwi – przekonuje Mikołaj Czajkowski.
Dodaje, że przekonywanie do tego produktu jest robotą, którą wykonują codziennie, podpowiadając fanom, co mogą zamówić, i nawiązując współpracę z kolejnymi talentami.
Dokąd to zmierza
Gdzie chcą być za kilka lat? Prezes Hype Me wie, że rynek creators economy, do jakiego zalicza się serwis, wciąż jest w fazie dostosowywania i rozwoju. W tym pojęciu mieszczą się wszystkie biznesy bazujące na twórczości, wiedzy, wpływie czy kreatywności, np. dobrze już rozpoznawalny Patronite, gdzie fani wspierają finansowo swoich ulubionych twórców, czy znany użytkownikom Instagrama model współpracy marek z influencerami.
– Naszym celem jest wyraźne zaznaczenie obecności i bycie prekursorem budowani passion economy w tym regionie – mówi Mikołaj Czajkowski.
Z tym wiążą się też instrumenty finansowe, jakim są NFT (non fungible tokens). Dziś kojarzy się je przede wszystkim ze sprzedażą cyfrowych grafik, filmów czy ikonek, ale nie ma przeszkód, by w formie tokenów sprzedawać również personalizowane wideo nagrane dla fana czy inną formę zaproponowaną przez artystę. Hype Me nie wyklucza pójścia w przyszłości również tą drogą.
– Boom na NFT trwa, co wykorzystują twórcy z Zachodu, wystawiając na sprzedaż swoje dzieła w formie cyfrowych tokenów potwierdzanych blockchainem. Wśród nich są influencerzy, m.in. Gary Vee [czyli Gary Vaynerchuk, pochodzący z Białorusi amerykański youtuber, mówca i osobowość internetowa – red.], który sprzedaje swoje obrazki jako NFT i jednocześnie bilet wstępu do społeczności fanów, którzy mają do niego dostęp. NFT są środkiem, a nie celem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by jako tokeny sprzedawać możliwość spędzenia pięciu minut z ulubionym twórcą czy dostęp do innych unikatowych treści. Stąd już blisko do tego, czym my się zajmujemy – mówi Mikołaj Czajkowski.
Poczuć, że to rynek ciągnie
Serwis dopiero zaczyna być rozpoznawalny, lecz zarobił już 1 mln zł. Choć opiera się na modelu B2C, udostępnia też możliwość transakcji B2B, gdzie personalizowane wideo (reklamę) może u celebryty zamówić marka. To dla firmy tańsze niż organizowanie całej kampanii reklamowej, zaś dla gwiazdy prostsze w obsłudze: wystarczy nagrane komórką wideo, które marka może wykorzystywać przez określony czas. Hype Me wierzy, że taka forma będzie finansowo dostępniejsza dla małych podmiotów gospodarczych, niemających jeszcze wielkich budżetów reklamowych.
Działają głównie w Polsce, ale rozpoczynają penetrację rynków w innych krajach Europy. Na pierwszy ogień poszły Włochy, skąd już pozyskali kilka talentów. Choć w Europie pomysł przebija się powoli z powodu różnic kulturowych względem Ameryki, Hype Me już ma konkurencję: działający w Szwecji serwis Memmo.
Biznesowym marzeniem właścicieli Hype Me jest nadejście czasu, kiedy nikomu już nie trzeba będzie tłumaczyć, o co w tym biznesie chodzi.
– Chcielibyśmy poczuć, że to rynek ciągnie nas, a nie my go pchamy. Ale to jest chyba marzenie każdego przedsiębiorcy, który wierzy w swój produkt – konkluduje Mikołaj Czajkowski.
