Co z tą Wisłą?

Kama Veymont, Aleksandra Więcka
opublikowano: 29-07-2005, 00:00

Na starych rycinach Warszawa oglądana z perspektywy Wisły wygląda niemal na miasto portowe. Taki tu ruch, nabrzeże żyje, cumują statki. Czy dziś, po latach przerwy, biznes zauważy największą polską rzekę?

Po wojnie statki wożą żwir na odbudowę miasta. W latach 60. regularnie pływają na trasie Warszawa–Gdańsk. A potem wszystko podupada. Prężne jeszcze w latach 70. kluby sportowe stopniowo tracą klientelę. Ludzie wynoszą się nad Zegrze. W podniszczonych budynkach wegetują biura, z których w końcu odchodzą nawet sekretarki. Częściowo uregulowane nabrzeże zaczyna na nowo zarastać.

Nad Wisłą zostają już tylko wędkarze i bezdomni. Czy to się zmieni? Przecież rzeka w środku miasta to wszędzie w Europie dochodowy biznes: turystyka, gastronomia, rekreacja.

Rejs po nowemu...

Mieliśmy płynąć na północ, z biegiem rzeki. Cel: malowniczy Zalew Zegrzyński, godzinny postój w Pilawie, kąpiel, grill. Od tygodni na ten jedyny w lipcu, kilkugodzinny rejs nie było już wolnych miejsc, o czym lojalnie uprzedzały wywieszki na przystani pasażerskiej i strona internetowa Tramwajów Warszawskich.

To była okazja, żeby z bliska przyjrzeć się wodzie, o której jedni mówią, że nie zanurzyliby w niej palca, drudzy, że czyściejsza jest niż 10 lat temu, czego dowodem mają być bobry, ryby i ślady łosia w mule nadrzecznym powyżej Żerania. A poza tym, kto w ciągu ostatnich trzydziestu lat pływał po Wiśle w rejonie Warszawy, pominąwszy trenujących wioślarzy i policję rzeczną? Czuliśmy się więc niczym bohaterowie kultowego „Rejsu” (choć tamten ruszał z Torunia), zwłaszcza że też mieliśmy wejść na hasło: służbowo!

Niestety, w przeddzień rejs odwołano. Powód: niski stan wody.

— Na trasie od mostu Gdańskiego do Żerania moglibyśmy nadziać się na któryś ze sterczących z dna półtorametrowych kamieni — tłumaczy swoją decyzję Wojciech Falkowski, jedyny kapitan żeglujący na warszawskiej Wiśle, który zna tę wodę od trzydziestu pięciu lat. I dodaje z nostalgią:

— 30 lat temu nikomu przez myśl by nie przeszło, że może być niski stan wody na Wiśle! W latach 60. odbywała się normalna żegluga, pływano regularnie nie tylko nad Zalew, ale i na trasie Warszawa–Gdańsk.

Więc co się stało? Kapitan Falkowski macha ręką ze zniechęceniem: ingerencja człowieka! Te wszystkie zapory, regulacje idące od samej góry, obniżenie wód gruntowych. Oprócz tego deszcz musi być. Ale nie tu. W górach!

...ale w skali mikro

W tej sytuacji, mimo że nad Warszawą zbierają się właśnie deszczowe chmury, decydujemy się na rejs w skali mikro: wycieczkę tramwajem wodnym od przystani przy Starówce do mostu Łazienkowskiego i z powrotem.

Najpierw jednak trzeba gdzieś zaparkować, tymczasem mimo że do przystani wiedzie z Wisłostrady wygodna, wybetonowana droga, oznaczona dodatkowo zachęcającym drogowskazem „przystań pasażerska”, przy zjeździe straszy wielki zakaz wjazdu, a wzdłuż głównej drogi obowiązuje zakaz zatrzymywania się... Ostatecznie parkujemy spory kawałek dalej i musimy zasuwać do przystani kawał drogi. Na miejscu okazuje się, że tuż przy samej rzece miejsc nie brakuje...

— Dla kogo są te puste place nad wodą? — pytam obsługę przystani.

— Dla wszystkich — odpowiadają ze zdziwieniem.

— A ten zakaz wjazdu na górze?

— Miasto postawiło profilaktycznie...

„Wars” wita nas

Tramwaj wodny „Wars” to tegoroczny hit turystyczny w stolicy. Statek, który Tramwaje Warszawskie wydzierżawiły od Żeglugi Śródlądowej jako tramwaj wodny („Niech pani nie pisze statek, proszę pisać tramwaj!” — upominają w dziale marketingu Tramwajów Warszawskich), wozi turystów między mostami. Trasa biegnie pod mostem Śląsko-Dąbrowskim, Świętokrzyskim, Średnicowym, przy Poniatowskiego ma przystanek, przy Łazienkowskim zawraca. Całość rejsu — półtorej godziny. Cztery rejsy dziennie. Maksymalnie 105 osób na pokładzie. Zainteresowanie przerosło oczekiwania.

— Przecież ja tu zawsze byłem. Statek też nie jest nowy — dziwi się kapitan Falkowski. I wzdycha:

— Ale co znaczy marketing w biznesie! Myśmy nigdy nie mieli pieniędzy, ani nawet pomysłu na taką reklamę...

A skąd się wziął pomysł?

— Prezydent Kaczyński powiedział, że ma chodzić tramwaj po rzece. Biuro Promocji Miasta zorganizowało przetarg na dzierżawę obiektu pływającego. Tramwaje Warszawskie oblepiły miasto plakatami. Konferencję prasową zrobili. Media się rzuciły — wylicza Falkowski — i klient przyszedł! A to nie jest takie oczywiste. Kiedy przyjeżdżały wycieczki spoza Warszawy, to miały w planie Pałac Kultury, Stare Miasto, zoo, a na Wisłę nie było już czasu.

A co ze stałymi mieszkańcami stolicy?

Kapitan macha ręką:

— Zapomnieli już, że mają rzekę pod domem.

A teraz sobie przypominają...

Wielki skok

— Chaszcze, ciemności i brudna woda — wylicza pan Józef, który 17 lipca przyszedł ze swoim wnukiem na Cypel Czerniakowski na akcję Big Jump, organizowaną w Polsce przez klub Gaja z Bielska-Białej. To część ogólnoeuropejskiej akcji pojednania ludzi z rzekami. Pan Józef do wody nie wszedł, chciał jednak popatrzeć, czy zrobią to inni.

— Co to za pomysł, żeby wchodzić do wody?! Brudna i można się zarazić! — oburza się pani w średnim wieku, której pies obwąchuje pustą butelkę przy brzegu.

— Ja tam pływam codziennie i jakoś się nie zaraziłem — informuje wszystkich wokół pan w slipkach i na potwierdzenie swoich słów efektownie daje nura do wody.

Natychmiast kierują się w jego stronę obiektywy fotoreporterów, których jest tu niemal tylu, ilu zwykłych „plażowiczów”. Ruszają kamery.

Punktualnie o 14.00 następuje kulminacyjny punkt akcji — ponad 30 osób decyduje się na skok do wody, żeby zwrócić uwagę władz na katastrofalny stan czystości Wisły.

Akcję wymyślił i zapoczątkował Francuz Roberto Epple, wykonując w 1995 r. prekursorski skok do Loary. Kiedy Niemcy w 2002 r. po raz pierwszy wskoczyli do Łaby, była najbrudniejszą rzeką w Europie. Dziś można się w niej kąpać.

Big Jump to także projekt edukacyjny, dlatego w dniu akcji na Cyplu Czerniakowskim występuje największe w kraju zagęszczenie ekologów na metr kwadratowy...

Wolontariusz z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków zachęca do wzięcia udziału w konkursie na znajomość ptaków żyjących nad Wisłą. Ochotnicy niepewnie studiują zdjęcie kolorowego zimorodka:

— Wygląda egzotycznie, to chyba jakiś koliber!

Ostatnia taka rzeka

Wisła to ostatnia duża rzeka Europy, którą można nazwać naturalną. Pejzaż nadwiślański jest jedynym tego typu krajobrazem nieuregulowanej rzeki na naszym kontynencie: rozgałęzione koryto, wyspy, piaszczyste łachy i starorzecza. Ekologiczne znaczenie nadwiślańskich lasów łęgowych porównywane jest przez specjalistów z rolą, jaką pod inną szerokością geograficzną pełnią lasy tropikalne. Między innymi dlatego Wisła figuruje na liście pięciu(!) najważniejszych rzek świata, obok Nigru, Orinoko, Mekongu i Jangcy.

Z przyrodniczego punktu widzenia należałoby więc zostawić rzekę w spokoju i pozwolić jej żyć po swojemu. Czy jest to jednak możliwe w centrum dużego miasta? A może biznes nad Wisłą powinien skoncentrować się na „eksploatacji” tych naturalnych walorów?

— Zostawić praski brzeg nieuregulowany, a po warszawskiej stronie bulwary, kawiarenki z widokiem na rzekę. Przyjeżdżają Francuzi, Kanadyjczycy zachwyceni „dziczyzną”, której u nich już nie ma. Mówią: zostawcie wszystko tak, jak jest! — opowiada kpt Falkowski.

Ale bezwzględnym warunkiem turystycznego biznesu pozostaje czysta woda. Tymczasem Warszawa to jedyna stolica europejska, która 70 proc. swoich ścieków spuszcza bezpośrednio do rzeki. Szansą na zmianę jest ramowa dyrektywa wodna Unii Europejskiej, która nakazuje państwom członkowskim przywrócenie równowagi biologicznej i czystości rzek do 2015 r. Potem nakładane będą wysokie kary.

Na razie jednak są one tak niskie, że z góry kalkulowane w kosztach:

— Kiedy idzie chmura nad Warszawę, to ścieki lecą strumieniami. Czego tam nie ma! Już nieraz turyści stąd pouciekali — opowiada obsługa przystani pasażerskiej przy Starówce.

— Na lewym brzegu tzw. kluczowych burzowców, widocznych od strony wody, jest co najmniej pięć — liczy kpt Falkowski.

Największy w Burakowie, za Laskiem Bielańskim. Nieprzewidywalny przy Karowej. Zdradziecki przy Cyplu Czerniakowskim. A ile nielegalnych? Tego nikt nie zliczy.

Skąd więc te opowieści o wydrach przy Grubej Kaśce? O 20-kilogramowych sumach pod mostem średnicowym? Kapitan zarzeka się, że to wszystko prawda. Sam widuje parę bobrów podpływającą z małym aż do przystani.

— Jest relatywnie lepiej, bo padł przemysł w górnym biegu rzeki i mniej chemii dostaje się do wody, a i zwierzęta się adaptują. Może chcą dać nam szansę? — zastanawia się Falkowski.

Wódka na plaży

Od strony Pragi można się kąpać w rzece bez żadnego ryzyka — tak przynajmniej twierdzą „tubylcy”, korzystający tu i ówdzie z dzikich kąpielisk. I właśnie na Pradze pojawił się niedawno nowy punkt na ubogiej dotąd mapie rekreacyjnych ośrodków nadwiślańskich w stolicy. Chodzi o The Beach Bols, powstały na obszarze dawnego TKKF Rusałka, niedaleko wejścia do zoo.

Zaletą klubu jest rewelacyjne położenie, dające najlepszy możliwy widok na rzekę i Skarpę Warszawską. Punkt reklamuje się jako jedyna plaża w stolicy. I rzeczywiście — iluzja jest niemal pełna: złoty piasek, leżaki, parasole, plażowa piłka siatkowa i klub z drinkami, który nocą staje się dyskoteką z miksującym na żywo didżejem.

To także miejsce ze swoistym „dreszczykiem”, wynikającym z barwnego praskiego sąsiedztwa. I tylko jednego nie ma:

— Mamo, kiedy pójdziemy się kąpać? — dobiega mnie rozmowa toczona w koszu plażowym, jakby żywcem przeniesionym spod sopockiego Grand Hotelu.

— W Sopocie synku, tutaj nie ma wody…

Czy to nie wymowne, że pierwszą, sensownie zorganizowaną plażę miejską w Warszawie, oddziela od Wisły przynajmniej 50 metrowy pas nieprzystępnych i niezachęcających zarośli?

By był biznes

Warunki dla biznesu na Wiśle są dwa: czysta woda i uzbrojone wybrzeże.

— Uzbrojone niekoniecznie znaczy: betonowe. Nie sztuka bowiem rzekę w beton włożyć jak w brytfannę — irytuje się kpt Falkowski. I dodaje:

— Niemcy na przykład obsadzają brzegi wikliną. A u nas? Leją goły beton. Nie ma żadnych mediów: przyłączy wody, kanalizacji...

W ambitnych planach miasta są kawiarenki na bulwarze. Czy będzie zatem wielkie kucie? Władze miejskie nie potrafią konkretnie odpowiedzieć.

Dziś nieliczni właściciele knajpek nad Wisłą wożą wodę w beczkach. Atestowaną, czystą biologicznie, bo jedna bakteria może położyć i tak nierówny biznes. Sezonowy, zależny w dużej mierze od pogody i skazany na wieczną prowizorkę — narzekają ci dzierżawcy bulwarów, którzy ostali się po kasacji sławnego „szlaku orlich gniazd” — sieci barów piwnych nad Wisłą, niechlubnie kojarzonych z brudem, pijaństwem i przestępczością.

Zorganizowana na barce River Café daje sobie radę, bo to stąd rusza tramwaj wodny po Wiśle. Pasażerowie mogą coś zjeść w oczekiwaniu na rejs, zdarza się też, że knajpka jest wynajmowana na imprezy firmowe „w nietypowym klimacie” i wesela.

Ale już sezonowy hostel na wodzie — Botel — jedyny taki obiekt w Warszawie, przy moście Poniatowskiego (to przy nim zatrzymuje się na swojej lokalnej trasie tramwaj wodny) świeci pustkami. Tu winą są nie tyle utrudnione warunki dzierżawy nabrzeża (hostel ma własne zbiorniki na wodę i szambo, próbuje też dogadać się z miastem w sprawie parkingu), ile brak środków na reklamę.

Ewa Janiszewska jest szefową Botelu od dekady:

— Z każdym rokiem jest mniej turystów, mimo że wystrój hostelu zmienił się na plus: firanki w oknach, ozdobne muszle... Chwytam się już każdego sposobu!

Hostel dysponuje schludnymi pokojami jedno-, dwu- i trzyosobowymi i ci, którzy tutaj dotrą: Australijczycy, Kanadyjczycy, Szwedzi, Japończycy, są oczarowani jego specyficznym klimatem: ścisłe centrum, woda, piękne widoki iluminowanego nocą mostu. Takie miejsca cieszą się w Europie dużym powodzeniem (vide: barki na Sekwanie).

Ale do Botelu nad Wisłą docierają nieliczni, mimo umów podpisanych z biurami podróży na Dworcu Centralnym i lotnisku.

Zdaniem Ewy Janiszewskiej, działa wszechobecna mafia turystyczna, wyłapująca klientów „już na peronach” i oferująca bezpłatne dowozy busem do konkretnego hostelu „gdzieś na Jelonkach”, który w normalnych warunkach nie mógłby konkurować z Botelem pod względem atrakcyjności oferty. Dlaczego więc nie zainwestować w kampanię promocyjną z prawdziwego zdarzenia, jak to zdarzyło się z tramwajem wodnym?

— Nie stać nas na to — wszystko, co zarobimy, idzie na eksploatację i konserwację, nie mówiąc już o kosztach sezonowego holowania. A takich obiektów jak nasz już się nie buduje… — wzdycha pani Janiszewska.

Zarobić na scenografii

Nabrzeża Wisły w rejonie Warszawy przypominają nieco dzikie, zarośnięte i pokryte ruinami połacie nad East River w Nowym Jorku. Prywatni właściciele tych terenów nie inwestują w budowę luksusowych apartamentów dla bogatych, choć ziemia w tym rejonie warta jest miliony dolarów. Wynajmują je za to dla potrzeb przemysłu filmowego, bo takich widoków na Manhattan nie ma już nigdzie. Więc może to jest pomysł? Zamiast disneylandowych pomysłów budowania na Wiśle sztucznej wyspy czy przerzucania kolejki linowej łączącej zoo ze Starówką, wybór bardziej „ekologiczny”: może raczej nakręcić w praskich szuwarach warszawską edycję „Jamesa Bonda”? Albo chociaż „Złego”?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kama Veymont, Aleksandra Więcka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu