Dakar to pikuś przy pandemii

Start w Dakarze wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi, a mamy czas, w którym trzeba mądrze planować wydatki – mówi Rafał Sonik, szef Gemini Holding i rajdowiec. Czy w tym roku będzie szansa na ściganie? Na razie trwa walka w biznesie i przygotowania napędzane nowym składnkiem... wodą z czosnkiem.

Dokładnie tak, choć niestety trudno przewidzieć, czy rajd się w tym roku odbędzie. Z Dakarem jest trochę jak z biznesem: żeby wszystko zagrało jak trzeba, potrzebny jest zespół ludzi. Przed każdym startem angażuję ekipę ponad 30 osób. Każdy z nich ma rodzinę, znajomych, dzieci chodzące do szkoły. Nasze przygotowania są więc obarczone ryzykiem. Mamy oczywiście odpowiednie procedury. Na przykład dbamy, żeby było dwóch, trzech mechaników, którzy potrafią obsłużyć sprzęt. Gdyby jeden z jakichś powodów nie mógł pracować, wtedy jego miejsce zajmuje kolejny. Ten system nie przewidywał jednak pandemii, bo przecież w okresie przygotowań wszyscy pracują razem. Podobnie działają inni członkowie teamu zajmujący się przygotowaniami rajdów. Pracuję choćby z dwoma fizjoterapeutami, z którymi chcąc nie chcąc, mam bliski kontakt fizyczny. Ale to tylko część problemów, z którymi musimy się mierzyć. Reasumując, muszę przyznać, że prowadzenie biznesu zajmuje mi 90 proc. czasu, trening 10 proc., ale wyzwanie i niepewność to 100 proc.

Powiem coś mało odkrywczego – sytuacja jest bardzo dynamiczna. Niektóre kraje zamknęły gospodarki, inne to rozważają. To komplikuje choćby zakup części. Jeśli ktoś decyduje się na zamknięcie granic, utrudniona jest cała logistyka. Weźmy za przykład Francję, której zamknięcie utrudnia dostęp do portu w Marsylii, z którego musimy skorzystać, by dotrzeć na rajd, dostarczyć sprzęt. Wyjściem jest wynajęcie lotów czarterowych, ale na lotnisko też trzeba się dostać. Wszędzie obowiązuje kwarantanna dla osób, które zetknęły się z kimś zakażonym. W organizację Dakaru zaangażowane są natomiast tysiące ludzi, więc o taki kontakt jest szczególnie łatwo.

No właśnie, każdy odbiór to konieczność spotkania zespołu z obsługą. Przecież tego nie da się zrobić online. To wiele czynności polegających na bliskim kontakcie. Dakar to jeden wielki biwak ze wspólną kantyną, łazienkami, toaletami. Tysiące ludzi tłoczą się każdego dnia. Tego nie da się inaczej zorganizować. Nawet gigantyczna liczba ludzi na rozległej przestrzeni nie byłaby w stanie tego przygotować zgodnie z obostrzeniami epidemiologicznymi. A co, gdyby się okazało, że ktoś jest zarażony?

Dakar ma też przewagę nad wirusem. Tym, co najbardziej lubię w tej dyscyplinie, jest działanie w totalnym bezkresie. Czasem naprawdę pokonuje się wiele kilometrów i nie ma szans na spotkanie żywego ducha. Przestrzeń jest czymś, co robi wrażenie. Żeby się jednak znaleźć na pustyni, trzeba się tam jakoś dostać. Przejść przez mnóstwo skrajnie niebezpiecznych obecnie miejsc, jak choćby lotniska i wspomniane odbiory. Na koniec trzeba pamiętać o zabezpieczeniu medycznym i medialnym rajdu. Co roku centrum medialne to miejsce, w którym kilkudziesięciu dziennikarzy siedzi i pracuje bok w bok. Co więcej, specyfiką Dakaru jest też to, że w styczniu może tam być 30 stopni, a w nocy jest niesamowicie zimno – czasem nawet pada śnieg. Ludzie muszą się więc na okrągło przebierać. To nie sprzyja przestrzeganiu obostrzeń sanitarnych.

Zabezpieczenie medyczne, przygotowanie ambulatoriów dla biwaku czy sieci szpitali współpracujących z organizatorami rajdu to wielkie wyzwanie. Arabia Saudyjska jak inni walczy z pandemią i potrzebuje do tego służb medycznych. Potrafię sobie wyobrazić, jak tytaniczną pracę wykonują teraz organizatorzy rajdu. Doceniam to bez względu na finał tego przedsięwzięcia. To jednak nie jest typ sportu, który można zorganizować w jakiejś bańce. Trzeba też podkreślić, że start w rajdzie jest ściśle związany z gospodarką...

Start w Dakarze wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi, a mamy czas, w którym trzeba mądrze planować wydatki. Dla mnie jako uczestnika rajdu, który nie należy do teamu fabrycznego, lecz jest tzw. prywatnym zawodnikiem, oznacza to konieczność wykonania skrupulatnej oceny biznesowego i zdrowotnego ryzyka, nie tylko mojego, lecz także ludzi, których zatrudniam. To pewnego rodzaju hazard. Zdaję sobie sprawę, że zawsze jest ryzyko, bo przecież ścigamy się, ryzykując życie i zdrowie. Teraz dochodzą jednak kolejne elementy – COVID-19 i to, że wydamy wielkie pieniądze, a rajd się nie odbędzie, albo zostaniemy wyeliminowani z powodu zagrożenia w zespole. Pytanie, czy nie jest to już szaleństwo.

Byłbym hipokrytą albo naiwniakiem, gdybym udawał, że nie widzę ryzyka. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że koronawirusa nie ma lub twierdzą, że to coś podobnego do grypy. Znam osoby, które zapadły na tę chorobę i wiem, że jest naprawdę niebezpieczna. Muszę nieustannie ważyć skalę ryzyka i obserwować, co się będzie działo. Uspokaja mnie to, że organizatorzy i światowe organizacje zajmujące się sportami motorowymi są ostrożne i podejmują ostatnio odpowiedzialne decyzje. Wsłuchuję się więc w ich komunikaty i będę analizował decyzje, zanim sam je podejmę.

Słyszałem, że w Arabii Saudyjskiej ruszają już szczepienia jakąś niezatwierdzoną, eksperymentalną szczepionką. Jestem więc w stanie sobie wyobrazić, że niektóre zespoły dotrą do takich środków i będą próbowały zyskać przewagę. Ja codziennie piję dwie szklanki wody z czosnkiem, bo dowiedziałem się, że to dobrze zabezpiecza jelita, a wirus lubi się tam inkubować. Nie wiem, czy to naukowo zweryfikowane, ale uważam, że na pewno mi nie zaszkodzi. A pół żartem pół serio, pomaga utrzymać dystans społeczny. Oczywiście można z tego kpić, ale takie mamy czasy, że warto próbować różnych metod na pokonanie wirusa.

Przedsiębiorca, filantrop i kierowca rajdowy, startujący na quadach w rajdach terenowych, zwycięzca rajdu Dakar, dziewięciokrotny zdobywca Pucharu Świata FIM, pięciokrotny mistrz Polski w rajdach enduro. Działalność biznesową prowadzi przez spółkę Gemini Holding, obecną na polskim rynku deweloperskim od 1993 r. Wszystko zaczęło się od współpracy z British Petroleum, a później dołączyły duże sieci Géant, Carrefour, Tesco, Castorama, Bricomarché, Lidl, McDonald’s. Kilka lat temu firma oddała do użytku centra handlowe Gemini Park w Bielsku-Białej i w Tarnowie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Ostruszka

Polecane