Dasz mi więcej, to może zostanę

Dorota Czerwińska
opublikowano: 26-09-2008, 00:00

Dla head-huntera zmiana zdania przez kandydata to zmora. Dla pracownika i pracodawcy może to być korzystne. Ale czy na pewno?

Rosną koszty rekrutacji, więc pojawiają się kontrpropozycje finansowe

Dla head-huntera zmiana zdania przez kandydata to zmora. Dla pracownika i pracodawcy może to być korzystne. Ale czy na pewno?

Piotr od lat robił to samo, jakby firma nie widziała jego potencjału. Zarobki go nie zadowalały. Nie szukał jednak innej pracy, bo prestiż dotychczasowej firmy na rynku był dla niego bardzo ważny. Ale w końcu się zdecydował. Z nowym pracodawcą ustalił warunki. Jeszcze tylko poprosił przyszłego szefa o potwierdzenie w e-mailu daty rozpoczęcia pracy i… poszedł z tym do szefowej. Rezultat? Nowy zakres obowiązków i większe pieniądze. Do firmy, z którą był umówiony, po prostu się już nie odezwał.

— Nie zgadzam się z nazwaniem tego szantażem. Przecież nie musieli próbować mnie zatrzymać. Czy to dziwne, że chciałem wykorzystać sytuację? Przecież wszyscy chcemy coraz lepszych zarobków i warunków pracy — tłumaczy Piotr.

Propozycję od dużej firmy deweloperskiej dostał też Michał, menedżer w spółce budowlanej: szerszy zakres obowiązków i trochę większe pieniądze. Zgłosił szefowi, że chce złożyć wypowiedzenie, a ten natychmiast zaproponował lepsze warunki. Ale koniec tej historii jest inny niż w przypadku Piotra.

— Każdy, kto dostaje ofertę pracy, intensywnie myśli, co może zyskać, a co stracić. Ja postanowiłem zostać, bo wreszcie zobaczyłem w starej firmie perspektywy. Jakby nagle zwolniono mi blokadę. Ale po kilku tygodniach okazało się, że to były tylko obiecanki. Jak tylko pojawi się następna okazja, naprawdę odejdę — mówi Michał.

Wszyscy ich chcą

Head-hunterzy twierdzą, że kontroferty są dziś nagminne w przypadku najlepszych fachowców. Dostają je od obecnych pracodawców, którzy chcą ich przekonać do pozostania w firmie, i od innych przedsiębiorstw. Pracodawcy tłumaczą, że to rynek zmusza ich do takich działań.

— Odejście wartościowego pracownika to dla firmy duży koszt. Trzeba zapłacić za rekrutację, kosztuje proces adaptacyjny. W okresie wypowiedzenia rzadko udaje się zatrudnić nowego pracownika. Robiąc bilans zysków i strat, pracodawcy oferują lepsze warunki, by zatrzymać pracownika, bo to się im bardziej opłaca —twierdzi Agnieszka Ratyńska, HR manager w firmie Passus.

Ale powinni dobrze przeanalizować sytuację.

— Nie zawsze pracownik chce odejść dlatego, że kuszą go większe pieniądze. Czasem chodzi o nowe wyzwania i jeśli nawet dotychczasowa firma zaproponuje mu podwyżkę, a on ją przyjmie, to nie mamy pewności, że za dwa, trzy miesiące i tak nie odejdzie — zwraca uwagę Agnieszka Ratyńska.

Nowi skoczkowie

I rzeczywiście. Według head- -hunterów 80 proc. tych, którzy przyjęli kontrofertę, w ciągu pół roku wraca na rynek pracy.

— To mechanizm psychologiczny. Wielu ludzi nie szuka pracy, dopóki nie zaczną się nimi interesować inne firmy, bo wtedy rośnie ich poczucie własnej wartości, stają się odważniejsi w podejmowaniu decyzji o zmianie pracodawcy — wyjaśnia Agnieszka Lalik z firmy doradztwa personalnego Crawford Group.

— Nie zawsze jest sens zatrzymywać ludzi na chwilę, bo nikt nie wie, ile ona potrwa. Z drugiej strony — oni testują swoją wartość na rynku, choć często wcale nie są gotowi zmienić pracodawcy. Za to mają usprawiedliwienie: wycofałem się, bo moja firma zaproponowała mi lepsze warunki — dodaje Artur Skiba, dyrektor zarządzający z firmy doradztwa personalnego Antal International.

Przeciwnikiem kontrofert jest Marek Prujszczyk, dyrektor personalny na region Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej w GeoPost. Uważa je za nieracjonalne.

— To kupowanie mniej umotywowanego pracownika. Jeśli postanawia odejść z powodu zarobków, to znaczy, że był kiepsko umotywowany i nie jest lojalny — twierdzi Marek Prujszczyk.

Także zdaniem Agnieszki Lalik, kontroferty psują kandydatów, bo chcą oni coraz wyższych płac. A Artur Skiba ostrzega pracodawców, że za chwilę mogą mieć lawinę takich żądań. Poza tym, oferując wyższe zarobki, byle ktoś u nich został, robią sobie zły PR, zwłaszcza gdy długo nie dawali podwyżek czy benefitów.

A head-hunterzy przestrzegają także tych, którzy chcieliby przyjąć kontrofertę od swego pracodawcy: bywa, że firma ich zatrzyma, ale po cichu zacznie szukać kogoś na ich miejsce.

— No, cóż, i firmy, i pracownicy kierują się własnymi potrzebami i interesami — komentuje Agnieszka Lalik.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Czerwińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu