Czytasz dzięki

Dobrze by było, gdyby politycy zainteresowali się giełdą

opublikowano: 08-06-2020, 22:00

Drobnych inwestorów na giełdzie przybywa, ale przez decydentów uważana jest za niszę, która nie przynosi korzyści ani gospodarczych, ani politycznych. A może i powinna być kołem zamachowym — uważa Jarosław Dominiak, szef SII

„Puls Biznesu”: Nienotowana od lat liczba inwestorów napłynęła ostatnio do biur maklerskich. A jak to wygląda w stowarzyszeniu?

Organizacja, którą kieruje Jarosław Dominiak, obchodzi 20-lecie. Urodzinowy
prezent to mocny skok liczby nowych członków, z których wielu rekrutuje się
spośród giełdowych nowicjuszy.
Zobacz więcej

JUBILAT:

Organizacja, którą kieruje Jarosław Dominiak, obchodzi 20-lecie. Urodzinowy prezent to mocny skok liczby nowych członków, z których wielu rekrutuje się spośród giełdowych nowicjuszy. Fot. WM

Jarosław Dominiak: Już w styczniu i lutym mieliśmy dwa razy więcej zapisów niż rok i dwa lata temu. Obecnie mamy w ogóle nienaturalny skok zainteresowania. Postanowiliśmy bowiem w jakiś sposób upamiętnić to, że 20 lat temu zaczęła się budowa reprezentacji inwestorów indywidualnych na naszym rynku i ogłosiliśmy promocję członkostwa. Już po czterech dniach promocji zgłosiło się do nas 700 nowych osób. Widzimy też, że ci nowi członkowie szukają wiedzy na o wiele bardziej elementarnym poziomie niż dotychczasowi.

W jakich okolicznościach powstało stowarzyszenie?

W ramach organizacji studenckiej organizowaliśmy konferencję poświęconą inwestowaniu, która później przekształciła się w WallStreet. Konferencja była przeznaczona dla studentów, i to głównie kierunków ekonomicznych. Spodziewaliśmy się około 100 uczestników, tymczasem pojawiło się około 400. Nie tylko studenci, ale również ludzie zainteresowani tematyką giełdową spoza uczelni, i to często przyjeżdżający z odległych miast. To był istotny bodziec, który zbiegł się z tym, że dotarliśmy do materiałów, z których wynikało, że na rynkach wysokorozwiniętych inwestorzy indywidualni skrzykują się i tworzą swoje organizacje, by ich głos był słyszalny. Wzorem byli chociażby Szwedzi, którzy mieli naprawdę dużą siłę oddziaływania. Bardzo duży odsetek obywateli tego kraju należał do takiej organizacji, która dorobiła się nawet własnego funduszu inwestycyjnego i biura maklerskiego. Później je sprzedali, by nie było konfliktu interesów. Natomiast to, co robili na polu edukacji i ochrony praw akcjonariuszy i jak znaczącą siłę zaczęli stanowić jako inwestorzy indywidualni, tylko nas utwierdziło w przekonaniu, że taka organizacja jest niezbędna na polskim rynku.

Czy z perspektywy lat można powiedzieć, że ten głos inwestorów indywidualnych jest w Polsce słyszalny?

Już nie dopraszamy się o to, by móc przedstawić nasze stanowisko. W przypadku opiniowania aktów prawnych jesteśmy pytani o zdanie de facto z automatu — podobnie jest w przypadku instytucji rynkowych. Dla przykładu KDPW, choć bezpośrednią ekspozycję na inwestorów indywidualnych ma minimalną, pyta nas o zdanie i doprasza do ciał opiniujących składających się z najważniejszych organizacji środowiskowych. Tak samo giełda. Kiedyś było tak też z KPWiG. W przypadku KNF jest gorzej, ale to chyba w ogóle jest problem tej instytucji, jak ona ewoluowała na przestrzeni lat. Głos inwestorów indywidualnych na pewno jest więc słyszalny, ale jeśli chodzi o to, czy jest brany pod uwagę, to już tak różowo nie jest. Co nie znaczy, że jest bardzo źle. Jak sobie przypomnę prace nad „Zasadami dobrych praktyk spółek notowanych na GPW”, to śmiem twierdzić, że bez takiej organizacji jak nasza te zasady byłyby zdominowane rozwiązaniami wygodnymi dla emitentów. Podobnie z kwestią pośrednich wezwań. Poszliśmy z tą sprawą aż do Sądu Najwyższego. Ten stwierdził, że funkcjonująca latami procedura była w sprzeczności z wykładnią celowościową i tym, co ustawodawca miał na myśli, tworząc przepisy. Doprowadzenie do tego wyroku wymagało wielu lat, ale nawet duzi inwestorzy mniejszościowi nie mieli takiej determinacji, już nie mówiąc o tych małych, którzy w wyniku takiego cwaniactwa inwestorów większościowych byli wielokrotnie krzywdzeni. Nie wszystkie sprawy są systemowo załatwione. Ciągle walczymy z kwestią progów w wezwaniach, które kiedyś pasowały skarbowi państwa chcącemu zachować kontrolę nad spółkami. Ale nigdzie na świecie nie jest tak, że nie trzeba robić wezwania na wszystkie akcje, tylko są progi 33 i 66 proc. Poszliśmy z tym do Komisji Europejskiej. Ta — na wniosek naszego stowarzyszenia — napisała do polskiego rządu, że nalega na zmianę przepisów, bo obecne faktycznie krzywdzą akcjonariuszy mniejszościowych. Ileś rzeczy udało nam się zrobić, których nie udałoby się zrobić pojedynczym inwestorom indywidualnym. Nie tylko systemowo, ale także w konkretnych przypadkach, np. wycofań spółek z obrotu po niekorzystnej cenie.

A jaki jest obecnie najważniejszy problem polskiego rynku kapitałowego trapiący inwestorów indywidualnych?

Brak satysfakcjonujących stóp zwrotu. Nie ma się co czarować. Jak rynek nieruchomości zaczął dostarczać satysfakcjonujące stopy zwrotu, to pieniądze tam popłynęły. Podobnie było z kryptowalutami czy foreksem. Pomijam aspekt bezpieczeństwa, tego czy ludzie mieli pełną świadomość ryzyka. Ale jak pojawiły się satysfakcjonujące stopy zwrotu, to pojawiło się zainteresowanie. Zresztą tak samo było po marcowym tąpnięciu na giełdzie. Przeświadczenie, że może to być okazja, wywołało napływ klientów do biur maklerskich. Ale żeby była to trwała tendencja, by przyszli ci, którzy stoją wciąż z boku, a mogą mieć większą ekspozycję na rynek kapitałowy, potrzeba jeszcze dużo zmian strukturalnych dotyczących poszanowania praw akcjonariuszy mniejszościowych. Wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, pojawia się chciwość i ciągoty do chodzenia na skróty, ale poczucie bezkarności, kuriozalne decyzje państwa i organówścigania zniechęcają ludzi na trwałe do polskiego rynku. Niejednokrotnie są to osoby dysponujące naprawdę dużymi aktywami i mogące inwestować długoterminowo. Jeśli bowiem ktoś traci pieniądze nie w wyniku swojej błędnej analizy sytuacji branży czy danego papieru, ale machlojek i naginania prawa przez akcjonariuszy większościowych lub instytucje, to on, zamiast być ambasadorem naszej giełdy, wszystkim będzie powtarzał, że lepiej sobie z nią dać spokój. Inwestorzy często zadają pytania, ile zapadło wyroków skazujących za manipulacje. Polskie sądy nie rozumieją tematyki giełdowej, brak im kompetencji w tej materii i najchętniej formalnie utrącają sprawy, by nie przechodzić do ich merytorycznego rozpatrzenia. Ale muszę też wrzucić kamyczek do własnego ogródka. Inwestorzy indywidualni bywają zbyt często bardzo roszczeniowi. Z jednej strony mamy niesłabnącą liczbę utyskiwań i próśb o interwencję, a z drugiej bardzo dużą pasywność po ich stronie. Dobrze ten problem obrazuje kwestia udziału w walnych zgromadzeniach. Dziesiątki inwestorów czujących się poszkodowanymi zwraca się do nas o udział w walnym takich spółek, ale gdy mają wykonać już drobny wysiłek i poprosić o świadectwo depozytowe, i przekazać nam pełnomocnictwo, robi to co 20. osoba. Może e-voting zmieni ten stan rzeczy. Mam wrażenie, że wielu słabości naszego rynku udałoby się uniknąć, gdyby inwestorzy indywidualni sami byli bardziej aktywni.

Jeśli chodzi o wymiar sprawiedliwości, to szykowany jest sąd rynku kapitałowego. Czy jego uruchomienie zmieni coś na lepsze?

Przez lata byłem arbitrem w Sądzie Giełdowym. Oprócz aktu erekcyjnego i regulaminu nie dotarła do mnie żadna sprawa, którą ten sąd rozpatrywał. Może nie byłem wytypowany do składu, który miał jakiś spór rozpatrywać, ale z tego co pamiętam, to generalnie była to instytucja w praktyce martwa.

Sąd Giełdowy jest sądem polubownym. Teraz mówimy o prawdziwym…

Są potrzebne bardzo duże zmiany i wiem, że nie będzie to sprawa łatwa. Mieliśmy już specjalny V wydział prokuratury, który miał rozumieć tę tematykę i sprawić, by zatory i braki kompetencyjne zostały wyeliminowane. Za wiele z tego nie wyszło. Nie chcę z góry krytykować, ale od euforii jestem daleki. Daję sobie prawo do sceptycyzmu. Szczególnie że mamy problem myślenia w krótkim terminie. Jedna ekipa rządowa coś zaplanuje, później coś się dzieje, zaczynają się jakieś konsultacje i przychodzą wybory, po których o wszystkim się zapomina, a problem jak był, tak jest.

c3b39424-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Opowieści z arkusza zleceń
Newsletter autorski Kamila Kosińskiego
ZAPISZ MNIE
Opowieści z arkusza zleceń
autor: Kamil Kosiński
Wysyłany raz w miesiącu
Kamil Kosiński
Newsletter z autorskim podsumowaniem najciekawszych informacji z warszawskiej giełdy.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Państwo wpływa na giełdę nie tylko przez wymiar sprawiedliwości. Na przestrzeni lat siłą rzeczy zmieniali się członkowie KNF, zarządy GPW, podejście rządu do spółek skarbu państwa notowanych na giełdzie. Czy ogólnie rzecz biorąc, z perspektywy 20 lat to wszystko zmierza w dobrym kierunku, czy nasze państwo w kwestii giełdy błądzi jak dziecko we mgle?

Sprawnie funkcjonujący rynek kapitałowy pozwala transformować gospodarkę, przez łączenie tych, co potrzebują kapitału, z tymi, którzy go mają. Ale w Polsce od pewnego czasu nie ma na to pomysłu. Giełda jest traktowana jako pomijalna niszowa sfera, która w mniemaniu decydentów nie przynosi korzyści gospodarczych, nie wspominając o politycznych, czyli wyborcach. A od paru lat polityka giełdzie wręcz wyraźnie nie służy, co możnasprawdzić po tym, jak jest wyceniana energetyka, po tym jak pojawiły się tam różne pomysły o charakterze politycznym. Dobrze by było, gdyby politycy zainteresowali się giełdą, dostrzegając w efektywnym rynku naprawdę koło zamachowe gospodarki, ale niestety zajęli się tą stroną, gdzie pierwiastek polityczny jest zupełnie niepotrzebny. Miejmy nadzieję, że w tym temacie też będziemy mieli realną i jakościową zmianę, związaną z przyjęciem przez rząd strategii rozwoju rynku kapitałowego oraz desygnowaniem pełnomocnika ds. jej wdrożenia. Strukturalnie nasza giełda nie zachęca do transferu pieniędzy z banków na rynek kapitałowy. Nie raz rozmawiałem z Mirosławem Kachniewskim, prezesem Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, i słyszałem, jak wzrosła w ostatnich latach liczba spółek, które najchętniej by z giełdy zeszły, gdyby tylko nie wymagało to dużo pieniędzy i sprostania wielu wymogom prawnym. Jest to czymś spowodowane.

Może tym, że spółki wchodziły na giełdę w okresie pewnej mody, a tak naprawdę nie miały żadnego pomysłu na funkcjonowanie na niej?

Zgodzę się. To jest duży problem naszego rynku. Możemy wymienić wiele spółek, które dopraszały inwestorów do akcjonariatu, gdy miały potrzebę kapitałową, a po jej zaspokojeniu nawet nie to, że stawały się pasywne, tylko wręcz działały obstrukcyjnie wobec akcjonariuszy mniejszościowych. Do tego brak wizji rozwoju poszczególnych spółek powoduje, że nie potrzebują prowadzić kolejnych emisji. Następuje więc pewne zniechęcenie dotyczące prowadzenia relacji inwestorskich. Do tego dochodzi jednak dokręcanie śruby regulacyjnej i sławetny gold plating, które powodują, że obecność na giełdzie dla małych i średnich spółek staje się bardzo uciążliwa. A jak uciążliwa, to i kapitałochłonna. Mój kolega ze szkoły średniej jest prezesem jednej z małych spółek notowanych na głównym parkiecie. Kiedyś porównał, ile rzeczy musi jako prezes robić w związku ze statusem spółki giełdowej obecnie i ile musiał robić pięć lat temu. Jego obecne obowiązki są niewspółmiernie większe, a i tak wzmocnił zasoby ludzkie w dziale relacji inwestorskich. Taki stan rzeczy też dobrze nie wpływa na postawy obecnych emitentów i na pewno nie zachęca nowych. Zanika determinacja spółek do prowadzenia prawdziwych relacji inwestorskich. Robi się wszystko przez pryzmat obowiązków informacyjnych, odhaczanie poszczególnych punktów, by jakaś kara się nie przyplątała, a nie by skutecznie informować akcjonariuszy o sprawach i osiągnięciach firmy.

Czyli można powiedzieć, że dla dobra naszej giełdy trzy czwarte spółek powinno ją opuścić?

Nie pokuszę się o stwierdzenie czy trzy czwarte, czy połowa, ale chyba każdy potwierdzi, że obecność bardzo wielu spółek na giełdzie jest nieporozumieniem i jakaś rewizja byłaby dobra. Tylko jest problem z tym, że jak już spółka na giełdzie jest, to też trzeba to ważyć. Jak nie jestem zaangażowany w daną spółkę i widzę, że ona ma za nic inwestorów i robi wszystko, by zaciemniać komunikację z rynkiem na zasadzie — jak wam się nie podoba, to sprzedajcie akcje, to powiem, że takie spółki należy eliminować. Ale są też akcjonariusze, którzy kiedyś kupili akcje w dobrej wierze i każde radykalne działanie — wyrzucanie lub zawieszenie obrotu — uderza w tych akcjonariuszy. Wpisy na listę alertów też odbijają się niekorzystnie na akcjonariuszach mniejszościowych. Dlatego trudno tu przyjąć zero-jedynkowe metody leczenia czy reformowania rynku.

To może należy działać odwrotnie i zamiast listy alertów zrobić listę pozytywną, jakkolwiek by się nazywała?

Próbowaliśmy czegoś takiego w ramach „Programu 10 na 10”. Tą inicjatywą chcieliśmy promować spółki, które słuchają inwestorów, starają się dopasować komunikat do oczekiwań drobnych akcjonariuszy, przynajmniej dwa razy w roku umożliwiają bezpośredni kontakt z zarządem — czy to w formie czatu czy obecności na jakiejś imprezie. Przez rok trwał pilotaż tego programu, do którego zaprosiliśmy molocha ze skarbem państwa w akcjonariacie, spółkę dużą z rodowodem od zawsze prywatnym, spółkę małą, zagraniczną i z NewConnect. Chodziło o to, by pokazać, że każda na miarę swoich możliwości może spełniać oczekiwania inwestorów indywidualnych. Nie braliśmy odpowiedzialności za to, czy na ich akcjach się zarobi czy nie, ale pokazywaliśmy, że każdy może komunikować się z rynkiem w sposób przyjazny dla drobnych akcjonariuszy. Po roku zaczęliśmy dostawać od tych spółek sygnały, że rzeczywiście widzą wzrost zainteresowania tej grupy inwestorów. Już szykowaliśmy się do wyjścia z fazy pilotażu i objęcia programem wszystkich chętnych emitentów, gdy pojawiła się nowa fala przepisów wynikających z MAR-u i MIFiD-u i spółki zaczęły się wycofywać, by nie wpaść w problemy. Jednak jako organizacja działająca na rzecz inwestorów indywidualnych nie poddamy się i będziemy propagowali rozwiązania i praktyki przyjazne inwestorom.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane