Drogie tanie państwo

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2006-01-26 00:00

Zgodnie z oczekiwaniami Sejm, bez większych problemów, przyjął budżet na rok 2006. To, co prawda, dopiero początek legislacyjnej drogi ustawy budżetowej i nie ma żadnej szansy, by zdążyć z jej uchwaleniem przed konstytucyjnym terminem 31 stycznia, ale pierwszy krok został zrobiony. Tyle tylko że to krok do tyłu.

Liczby są bezwzględne. Co prawda, budżet na rok 2005 przewidywał deficyt w wysokości 35 mld zł, ale już wykonanie — wynik rzeczywisty był, niezależnie od przyczyn, znacznie lepszy i zamknął się kwotą 28,5 mld. Na tym tle założony w budżecie na 2006 rok deficyt (wysokości 30,5 mld, a więc o dwa miliardy wyższy) nijak nie przybliża nas do wizji taniego państwa, wyniesionego na sztandary przez rządzące ugrupowanie. Raczej nas oddala. By być do końca uczciwym, trzeba dodać, że niższe wykonanie deficytu budżetowego w zeszłym roku nie wynikało z jakiejś niebywałej dyscypliny po stronie wydatków, ale z przyrostu dochodów — ale wynik poszedł w świat.

Rozdęte wydatki publiczne pozostają w projekcie budżetu na najbliższy rok nienaruszone. Więcej: niezagrożone. Wszystkie poprawki zmierzające do oszczędności niejako z góry skazane są na niepowodzenie i zgodnie odrzucane głosami koalicji. Za to zwiększanie wydatków idzie posłom bardzo gładko. Przykładem najbardziej jaskrawym jest podwójne becikowe, na co pieniądze wygospodarowano w tradycyjny sposób — zwiększając, wirtualnie, dochody państwa. Wszystkie poprawki poczynione w ostatnim dniu mają charakter kosmetyczny, z punktu widzenia rachunków są bez znaczenia. Mimo to premier twierdzi, że będzie starał się odwrócić niekorzystne zapisy przyjęte przez Sejm w trakcie prac Senatu.

Nie sposób nie zgodzić się z premierem w jednym, że „jest to budżet napiętych finansów publicznych”. Niestety ten projekt tych napięć nie łagodzi, a nawet je powiększa, a posłowie zajmują się sprawami zupełnie nieistotnymi dla ogólnego obrazu. Nic nie wskazuje, by w obliczu ciągle wiszących nad nami przyspieszonych, a raczej powtórnych, wyborów, ktokolwiek zdecydował się na jakąkolwiek głębszą reformę. Nikt nie ma do tego głowy.

Możesz zainteresować się również: