Etyczny smartfon za 2 tysiące

Holenderska spółka Fairphone wierzy, że będzie przybywało użytkowników, którzy dłużej ponoszą smartfony w kieszeniach, a gdy się zepsują, to sami wezmą śrubokręt do ręki. Zgodnie z zasadą fair uprawia się nie tylko kawę.

Wyobraźcie sobie, że zdobyliście już wszystkie możliwe certyfikaty z zakresu ESG czy CSR, zainstalowaliście na dachu panele słoneczne, wymieniliście flotę aut na taką, która ma tablice rejestracyjne tylko w kolorze zielonym, no i oczywiście drobiazgowo segregujecie firmowe śmieci. Czegoś jeszcze brakuje? O tak, odpowiednich smartfonów.

Na tym kończę z sarkazmem, bo temat jest poważny, choć rzeczywiście coraz trudniej się przegrzebać przez produkowane na masową skalę certyfikaty i dokumenty opisujące odpowiedzialną politykę przedsiębiorstw. Czasami człowiek natknie się na autentyczne działania, które naprawdę zmieniają świat, a czasem następuje zderzenie z praktycznym zastosowaniem terminów „greenwashing” i „socialwashing”. To jednak temat na inny tekst. Tym razem będzie o smartfonie, który chce być fair i obiecuje, że jest fair.

Smartfony zmieniły nasze życie. Tak, tak, wiem, że to banalne stwierdzenie, ale miliardy małych komputerów schowanych w kieszeniach, plecakach lub po prostu non stop trzymanych w dłoniach zrobiły swoje nie tylko z naszymi mózgami, lecz także z naszą planetą. Nie chodzi o tony elektrośmieci, które produkujemy jako cywilizowany gatunek, zachwycając się bezkrytycznie kolejnym nowym modelem ulubionej marki. Każdy smartfon to określona ilość tzw. metali ziem rzadkich. Poszczególne podzespoły nie działałyby bez miedzi, kobaltu, żelaza, srebra, złota czy palladu, a to wszystko trzeba skądś wydobyć. To także cenne surowce, dlatego ludzie są w stanie zrobić wiele, żeby na nich zarobić. Pojawiły się w końcu takie określenia, jak minerały konfliktu, smartfony śmierci, czy etyczne minerały. Inaczej mówiąc, twój smartfon mógł powstać kosztem zdrowia i życia innych ludzi, nierzadko pracujących w niewolniczych warunkach, albo z poszanowaniem ich praw i za godną zapłatę. Brutalna prawda, lecz gdy trzymamy w ręku urządzonko, które jest naszym oknem na świat i pomaga uchwycić nasze życie choćby na zdjęciach, to jednocześnie musimy mieć świadomość, z czego powstało.

Fairphone jest holenderską spółką założoną w 2013 r. w Amsterdamie przez Tessę Wernink, Miquela Ballestera i Basa van Abela, która głośno przekonuje, że dla niej takie kwestie mają znaczenie. Niedawno wypuściła na rynek kolejny gadżet – smartfon Fairphone 3+, który określa jako najbardziej zrównoważony telefon, jaki stworzyła. Gadżet został wyposażony w system Android 10, 5,65-calowy wyświetlacz Full HD, kamerę 48 MP, 4GB RAM i procesor Qualcomm Snapdragon 632. Parametry wyglądają normalnie? Tak, ale przy opisie Fairphone przeczytamy jeszcze o innych rzeczach, w tym o premii dodanej do godnego wynagrodzenia dla pracowników fabryk, czy wykorzystaniu materiałów pochodzących z rzetelnych źródeł lub z recyklingu. Producent pokazuje na stronie papiery potwierdzające swoje podejście.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że Fairphone ciągle wierzy w trend, który – jak się wydaje – trochę przeminął, nim właściwie w ogóle się pojawił. Chodzi o modułowe smartfony, czyli gadżety skonstruowane w taki sposób, by użytkownik – nawet ten, który przespał kilka lekcji techniki w szkole – mógł łatwo wymieniać poszczególne podzespoły, a w razie potrzeby podrasować w sprzęcie co trzeba. Smartfony czasem są tak zbudowane, że naprawa jest albo niemożliwa, albo kompletnie nieopłacalna, więc składanie ich z klocków oznacza zmianę filozofii prowadzenia biznesu przez firmy technologiczne. Koncepcja modułowych smartfonów spodobała się swego czasu nawet ludziom z Google’a, ale wszystko jakby przycichło i dziś nie składamy ich samodzielnie i nie wymieniamy w nich podzespołów na masową skalę. Fani modułowych gadżetów podkreślają zresztą często, że nie chodzi tylko o to, by wymienić baterię lub aparat, ale generalnie naprawiać to, co jeszcze da się naprawić, a nie wyrzucać od razu na śmietnik. Zamiast pędzić do sklepu po premierze nowej generacji ulubionych smartfonów, można korzystać z dotychczasowego egzemplarza aż naprawdę wyzionie ducha. Żeby tak żyć, trzeba mieć w ręku nie tylko urządzenie, które samemu można rozkręcić i skręcić, ale też poprzestawiać co nieco w głowie, w szufladce z napisem konsumpcja.

Na koniec, jak to zwykle bywa w naszym gadżeciarskim cyklu, pora porozmawiać o tym, co najtrudniejsze, czyli o cenach. Fairphone wycenił najnowszy model 3+ na 469 EUR, czyli niemal 2200 złotych. Skoro jesteśmy w Amsterdamie, to sprawdźmy, ile w Holandii trzeba zapłacić za najtańszego iPhone’a SE: to wydatek rzędu 489 EUR w przypadku wersji 64 GB. Samsung ma znacznie większą rozpiętość cenową modeli, ale na przykład taki Galaxy A51 kosztuje tam 259 EUR.

Ponad 2000 zł to sporo za smartfon z taką specyfikacją. Pomyślmy o szefie, który chce być eko i zamierza wymienić całej załodze smartfony. Producent prowadzi też sklep z podzespołami do wcześniejszych modeli – trójki i dwójki. Przykładowo moduł z aparatem kosztuje prawie 60 EUR, bateria niespełna 30 EUR, moduł głośnika 20 EUR, a wyświetlacz niespełna 90 EUR. Robocizny nie ma w cenie, podobnie jak satysfakcji użytkownika.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Ostruszka

Polecane