Firmy nie redukują etatów, ale zima może to zmienić

  • Ignacy Morawski
opublikowano: 17-12-2020, 20:00

Mimo lockdownu firmy nie zwalniają pracowników. Dlaczego i czy to się nie zmieni - analizuje Ignacy Morawski, główny ekonomista “PB”.

Kolejne zaskakująco pozytywne dane z rynku pracy napłynęły w czwartek z GUS. W listopadzie zatrudnienie w firmach niefinansowych utrzymało się na poziomie z października, co oznacza, że przeciętna firma nie redukowała etatów mimo krajowego lockdownu. Pisałem już o tym w kontekście stopy bezrobocia, więc najnowsze dane potwierdzają tę obserwację. Całkiem szybko jak na sytuację gospodarczą rosną też wynagrodzenia. Choć wciąż sądzę, że jakieś pogorszenie danych z rynku pracy do stycznia możemy zobaczyć.

Zatrudnienie w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób utrzymało się w październiku na identycznym poziomie, co w listopadzie. Jednocześnie znajduje się 1,2 proc. poniżej poziomu sprzed roku. To można uznać za wielkość pokazującą wpływ pandemii na zatrudnienie. Jest to strata o połowę niższa niż po upadku Lehman Brothers.

Rynek oczekiwał, że dane będą dużo słabsze. Wydawało się, że hotele, restauracje czy kluby fitness mogą zwalniać pracowników w reakcji na duży wstrząs wywołany ich zamknięciem na wiele miesięcy. Co się więc wydarzyło, skoro dane są lepsze od oczekiwań? Podejrzewam, że zadziałało kilka czynników. Po pierwsze, wiele firm ma duże zapasy gotówki, którą otrzymały od Polskiego Funduszu Rozwoju i tę płynność wykorzystały na utrzymanie miejsc pracy. Po drugie, rząd zapowiedział, że będzie pokrywał dużą część kosztów stałych firmom w branżach dotkniętych restrykcjami i to mogło ustabilizować oczekiwania. Po trzecie, zwalniać pracowników mogły firmy mniejsze, które generalnie działają na niższych marżach i przy gorszej płynności – a te firmy nie są widoczne w miesięcznych statystykach.

Wciąż dość szybko rosną wynagrodzenia. W listopadzie przeciętna płaca była o 0,6 proc. wyższa niż w październiku, po korekcie o efekty sezonowe. W ujęciu rocznym wzrosła o 4,9 proc. Częściowo jest to efekt powolnego przywracania do normy płac przez firmy, które korzystały z nadzwyczajnej możliwości ich obniżenia. A jednocześnie w tych firmach, które nie są dotknięte przez epidemię, zapotrzebowanie na pracowników wciąż jest duże.

Jednak w kolejnych miesiącach sytuacja na rynku pracy może się nieco pogorszyć. Patrząc na sytuację epidemiczną w Europie, można oczekiwać, że mniejsze lub większe restrykcje będą utrzymywane do lutego/marca lub nawet dłużej. Sądzę, że to okres dłuższy niż oczekiwało wiele firm. Część przedsiębiorstw w najbardziej dotkniętych sektorach może nie wytrzymać płynnościowo takiej sytuacji. Dlatego zatrudnienie może się jeszcze obniżyć.

Przetrwanie w okresie epidemii to walka z czasem. Jest wiele sygnałów wskazujących, że normalność może wracać już wiosną lub latem przyszłego roku. Szczepienia zaczną się szybciej od oczekiwań – prawdopodobnie pod koniec grudnia. Pojawia się coraz więcej efektywnych testów, które powinny umożliwić masowe testowanie po niskich cenach już za kilka miesięcy. Ale zanim te wszystkie technologie pozwolą ludziom normalnie żyć, minie kilka miesięcy, które mogą stać się płynnościowym piekłem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane