Frankowicze z najwyższym ryzykiem

opublikowano: 04-09-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Frankowicze wygrywają ponad 90 proc. spraw, ale zdarza się, że sądy stają po stronie banków. Problematyczne bywają umowy o kredyt denominowany.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

  • którym bankom udaje się jeszcze wygrywać w sądzie
  • które sądy stają po stronie banków
  • co to jest zarzut zatrzymania i jak może skomplikować dobry wyrok

W pierwszym półroczu frankowicze usłyszeli ponad 3 tys. pozytywnych wyroków, a w 117 przypadkach sądy stanęły po stronie banków — wynika z danych firmy Votum. Najczęściej, bo aż w 10 proc. przypadków, bronił się Deutsche Bank — to efekt tego, że udzielał głównie kredytów denominowanych do franka szwajcarskiego, a niektóre zapisy zbliżały je do prawdziwych kredytów walutowych.

— Problematyczny bywa nie tylko Deutsche Bank, ale wszystkie banki, gdzie są kredyty denominowane, a nie indeksowane, czyli tam, gdzie w umowie jest wpisana kwota we frankach. Nawet po wymazaniu klauzul przeliczeniowych frank zostaje w umowie. W Deutsche Banku były zapisy, że kredyt jest uruchamiany w walucie, a jak klient chce, może otrzymać złote, co — zdaniem niektórych sądów — zdejmuje ciężar odpowiedzialności z banku. W rezultacie pełnomocnicy Deutsche Banku mogą się poszczycić większą liczbą korzystnych orzeczeń niż w przypadku innych banków, choć np. Sąd Apelacyjny w Warszawie unieważnia też takie kredyty. Moim zdaniem te umowy są równie nieuczciwe, gdyż tak samo wystawiały klientów na nieograniczone ryzyko walutowe, niezależnie od tego, w jakiej walucie otrzymali kredyt — mówi adwokat Dariusz Wółkiewicz, reprezentujący frankowiczów w sporach z bankami.

Sądy po stronie frankowiczów:
Sądy po stronie frankowiczów:
Kredyty denominowane sprawiają więcej problemów, a orzecznictwo nie jest jasne.
Adobe Stock

Dość długo przed sądami broniły się także umowy dawnego Fortis Banku (obecnie BNP Paribas) z podobnych powodów — związanych z możliwością wypłaty kredytu we frankach.

— Do niedawna umowy dawnego Fortis Banku były przez sądy dziwnie traktowane. Być może dlatego, że do umowy był dołączony regulamin, w którym była mowa o tym, że kredyt może być wypłacany we frankach, a często także była opcja spłaty we frankach od samego początku. Nie wiem, dlaczego sądy nie potrafiły dostrzec, że jeżeli umowa stanowi coś, co zostało z klientem indywidualnie ustalone, to regulamin w tym zakresie nie wiąże. W umowie wskazano wprost, że kredyt będzie uruchamiany w złotych. Sąd Najwyższy stwierdził, że nie można jej traktować jako kredyt we frankach, skoro był wypłacany w złotych. W wielu przypadkach pozwy Fortis Banku były więc oddalane ze względu na zapisy o rzekomej możliwości wypłaty we frankach — mówi Krzysztof Orski, radca prawny reprezentujący frankowiczów.

Zmieniły to dopiero sądy wyższych instancji.

— Pierwsze dwie sprawy fortisowe przegrałem, jeden z wyroków odmienił sąd apelacyjny, a drugi dopiero teraz Sąd Najwyższy. Od pewnego czasu wyroki są korzystne, również w I instancji. Mam nadzieję, że tutaj również orzecznictwo się ustabilizuje — mówi Krzysztof Orski.

Sąd Najwyższy nie wypowiedział się jeszcze w sprawie umów jednego banku — dawnego BZ WBK.

— Jest jeszcze jeden rodzaj umowy, który nie doczekał się wyroku Sądu Najwyższego i dlatego wzbudza wątpliwości. To dawny BZ WBK, obecnie Santander. Dwie sprawy przegrałem prawomocnie, skargi kasacyjne zostały przyjęte i czekają w kolejce. W tych umowach są zapisy, w myśl których kredyt miał być wypłacony na dany rachunek i w zależności od waluty rachunku miała zależeć waluta wypłaty. Tyle tylko że w tych umowach od razu wpisywano rachunki w walucie polskiej. Sądy natomiast twierdzą, że kredytobiorca miał możliwość wypłaty kredytu we frankach. Problem polega na tym, że dopóki w umowie nie wpisze się rachunku, to nie ma umowy i się jej nie podpisuje, a skoro się wpisało rachunek w złotych i umowę się podpisało, to już nie było wyboru. Myślę, że Sąd Najwyższy to dostrzeże — mówi Krzysztof Orski.

— Złożyłem sześć skarg kasacyjnych dotyczących kredytów denominowanych. Połowa z nich została już zakończona w sposób korzystny dla moich mocodawców. Niestety, w żadnym z tych wyroków Sąd Najwyższy nie odpowiedział wyczerpująco na sformułowane w kasacjach zagadnienia prawne — twierdzi Krzysztof Orski.

Zarzut zatrzymania

Zdarza się, że mimo pozytywnego wyroku kredytobiorca ma problem, bo musi bankowi zwrócić sporą kwotę. Dzieje się tak m.in. wówczas, gdy zastosuje on tzw. zarzut zatrzymania.

— W polskim prawie istnieje instytucja tzw. zatrzymania, tzn. jeśli po unieważnieniu umowy dwie strony muszą sobie wzajemnie zwrócić świadczenia, to jedna może się z tym wstrzymać do momentu spełnienia świadczenia przez drugą. W kredytach frankowych np. wygląda to tak, że bank mówi, że odda klientowi 300 tys. zł, które ten wpłacił, dopiero wtedy, gdy ten odda mu 400 tys. zł pożyczonego kapitału. To jest tzw. zarzut zatrzymania i niektóre sądy go uwzględniają — mówi Dariusz Wółkiewicz.

Trochę winy w takiej sytuacji ponoszą prawnicy, mówiąc klientowi, który spłacił już np. 350 tys. zł z 400 tys. zł kredytu, że może odzyskać od banku te 350 tys. zł plus odsetki. W końcu teoria dwóch kondykcji, która wynika także z uchwały Sądu Najwyższego, mówi, że każdy powinien dochodzić swoich roszczeń oddzielnie. Ponieważ mamy do czynienia z wysokimi odsetkami ustawowymi, to prawnicy mówią klientom, że to dobra lokata, czasami twierdząc nawet, że roszczenie banku się przedawniło. Efekt jest taki, że banki się bronią i podnoszą zarzut zatrzymania.

— W praktyce wystarczyłoby złożyć oświadczenie o potrąceniu wzajemnych wierzytelności i rozliczyć się wyższą wartością — mówi Dariusz Wółkiewicz.

Dobrze wybrać sąd

Złą sławą wśród prawników cieszy się apelacja wrocławska, w której swego czasu frankowicze często przegrywali. Jednak w pierwszym półroczu w Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu zapadł tylko jeden niekorzystny wyrok, podczas gdy trzykrotnie tak się stało w Sądzie Apelacyjnym w Łodzi. W przypadku sądów okręgowych najczęściej po stronie banków, bo aż kilkanaście razy, stawały sądy w Łodzi i Gliwicach.

— W większości apelacji, poza wrocławską czy poznańską, która chyba nie zaczęła orzekać, stwierdza się co do zasady nieważność tych umów. Czasami jeszcze odfrankowienie się zdarza. Myślę, że jeśli chodzi o klientów, to wszystko jest już jasne, nie licząc apelacji wrocławskiej, która ma ewidentne opory ze stosowaniem prawa krajowego oraz unijnego. Ale także tam coraz większa grupa sędziów zaczyna być prokonsumencka — mówi Krzysztof Orski.

Istotnym czynnikiem w sprawach frankowych jest długość postępowania. Warszawski wydział frankowy ma ukształtowane orzecznictwo, ale wpływa tam tyle spraw, że na rozprawę można czekać nawet siedem lat. Frankowicze mogą jednak składać pozwy nie tylko tam, gdzie siedzibę ma bank (większość ma w Warszawie), ale także w swoim miejscu zamieszkania. Wprawdzie sprawa w takim sądzie może nie zakończyć się na jednym posiedzeniu, ale i tak jest szansa, że uda się załatwić ją szybciej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane