W relacji rok do roku, czyli porównaniu lipca 2022 z lipcem 2021, wyszło 15,5 proc. inflacji, czyli identycznie jak w pomiarze czerwca 2022 do czerwca 2021. Władcy oraz dofinansowywana publicznymi miliardami ich machina propagandowa rozdymają pierwiastek iluzorycznej stabilności r/r, zamiatając pod dywan pomiar miesiąca do miesiąca. A przecież zarówno dla sytuacji społecznej, jak też dla realiów działalności gospodarczej znacznie ważniejszy jest bieżący wskaźnik m/m. Porównanie lipca 2022 z czerwcem 2022 obnaża prawdę, że nie ma mowy o zatrzymaniu wzrostu cen. GUS oszacował miesięczny wskaźnik inflacji 0,4 proc., czyli galopada trwa, chociaż rzeczywiście nieco zwolniła. Czerwiec w odniesieniu do maja dał wynik 1,5 proc., zaś najbardziej skokowy w tym roku okazał się pomiar marca wobec lutego, po napadzie Rosji na Ukrainę – aż 3,5 proc.
Dane GUS potwierdzają niewygodną dla władców prawdę, że inflacja w Polsce zaczęła ostro rosnąć w 2021 r. Wojna oczywiście ją wzmocniła, ale z nałożenia liczb na kalendarz wynika, że uczciwy jest podział spersonifikowany mniej więcej pół na pół – tyleż putinflacji, ile glapinflacji połączonej z kaczinflacją. Jesienią 2021 r., gdy inflacja r/r była jeszcze jednocyfrowa, istniały dwie ścieżki przeciwdziałania przebiciu bariery 10 proc. W polityce monetarnej głównym środkiem oczywiście było podwyższanie przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych. Rząd natomiast bezwzględnie powinien przestać dolewać benzyny do inflacyjnego ognia, zatrzymując transferowanie pustych pieniędzy dla różnych grup społecznych oraz zwiększanie papierowych dochodów, potęgujące popyt konsumpcyjny. Ekonomiczne kanony zderzyły się jednak z tzw. Polskim Ładem (PŁ), czyli sztandarowym programem PiS. Poza sztucznym zwiększeniem dochodów słabiej zarabiającym, realnie podniósł on koszty działalności firm, co stało się dodatkowym impulsem inflacyjnym. Jarosław Kaczyński rozkazał przeforsowanie PŁ za każdą cenę, w tym gigantycznego chaosu podatkowego i kompromitacji legislacyjnej. Stopy procentowe bank centralny z opóźnieniem, ale podnosił, natomiast władcy rządowi obrali kurs na nakręcenie do granic wytrzymałości państwa spirali cenowo-świadczeniowej. Może jeszcze nie po trupie, ale po ciele poważnie rannego złotego postępuje rozdawnictwo pustych pieniędzy – sztandarowe przykłady to m.in. czternastka dla emerytów czy zasiłek dla spalających w kopciuchach węgiel. Również tzw. wakacje kredytowe oczywiście spowodują zwiększenie strumienia pieniędzy na konsumpcję, czyli zwiększenie inflacji.
III RP na szczęście jest państwem już na tyle stabilnym, że raczej nie grozi powtórka z czasów ustrojowego przełomu. Tamte archiwalne dane GUS szokują nawet dzisiaj. Przyjmując za 100 proc. poziom cen z nocy sylwestrowej 1988/1989, gdy rozpoczynał się burzliwy rok ponownego odzyskania niepodległości oraz gospodarczego skoku Polski do głębokiego basenu rynkowego, wskaźnik inflacji w sylwestra 1989/1990 osiągnął… 739,6 proc. Liczba wręcz nieprawdopodobna i przerażająca. Od 1 stycznia 1990 r. wszedł jednak w życie pakiet ustaw autorstwa wicepremiera Leszka Balcerowicza, które dość drakońskimi dla wielu grup społecznych metodami monetarnymi jednak zwalczyły stopniowo inflacyjną hydrę. Współcześni ideologiczni krytycy tamtego programu powinni wbić sobie do głowy zabójczy dla funkcjonowania każdego państwa wskaźnik, który przypomniałem.

