Giełdowe fenomeny zza Atlantyku

opublikowano: 18-02-2021, 20:00

Wall Street doświadcza rynkowych fenomenów zwiastujących nadejście ostrej korekty. Hurraoptymistyczne nastroje inwestorów objawiły się w otoczeniu skrajnie wysokich wycen akcji i rosnących rynkowych stóp procentowych w USA

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

  • jakie zjawiska z rynku amerykańskiego każą zachować ostrożność inwestorom giełdowym,
  • co oznaczają skróty SPAC i TINA,
  • jakie są poziomy wycen na Wall Street.
Sygnał ostrzegawczy:
Sygnał ostrzegawczy:
Nastroje na Wall Street są obecnie skrajnie optymistyczne, co przypomina sytuację sprzed roku lub trzech lat. Amerykański rynek akcji wyceniany jest blisko poziomów widzianych tylko dwa razy w swej historii.

Równo rok temu – 19 lutego 2020 roku – indeks S&P500 ustanowił ostatni szczyt hossy rozpoczętej w marcu 2009 r. Na Wall Street panowały wtedy szampańskie nastroje, które przez wiele tygodni pozwoliły ignorować rozprzestrzenianie się chińskiego wirusa. Amerykański rynek miał wtedy za sobą fantastyczny okres: podczas poprzedzających krach czterech miesięcy urósł o prawie 20 proc.. Po tym nastąpiło pamiętne załamanie – w cztery tygodnie S&P500 spadł o 35 proc.

Cofnijmy się o dwa lata - do 26 stycznia 2018 r. Wtedy rozgrzane do czerwoności nowojorskie parkiety również miały za sobą spektakularny okres hossy. Podczas ówczesnej wzrostowej fali S&P500 urósł o blisko 19 proc. Po czym w dwa lutowe tygodnie doświadczył zjazdu o ponad 10 proc. Czy zatem luty jest w ostatnich latach jakimś pechowym miesiącem dla Wall Street?

Statystyki tego nie potwierdzają. Historycznie najniższą stopę zwrotu amerykańskie akcje notują we wrześniu, podczas gdy październik nie bez racji ma opinię miesiąca giełdowych krachów. Rzecz bardziej w podobieństwie obecnej sytuacji z tą sprzed roku czy przed dwóch lat. Nie chodzi tu o moment w cyklu koniunkturalnym (bo ten jest zupełnie inny), lecz o stan sentymentu inwestorów.

Zabawa jak w roku 1999

Euforia na Wall Street nie przejawia się tylko w sile i monotonności wzrostu giełdowych indeksów. Bardziej chodzi o to, co kryje się pod indeksową „podszewką”. Od kilku tygodni obserwujemy zachowania charakterystyczne raczej dla manii inwestycyjnej niż dojrzałego rynku akcji. W grudniu doświadczyliśmy irracjonalnego wystrzału notowań Tesli – niszowy producent aut elektrycznych wyceniany był wyżej niż wszystkie główne koncerny motoryzacyjne razem wzięte. A to tylko dlatego, że Tesla weszła w skład S&P500 i fundusze indeksowe (ETF-y) musiały kupić akcje spółki Elona Muska bez względu na ich cenę.

W styczniu mieliśmy „gamestopową hossę”, w ramach której „wyciskanie” krótkich pozycji doprowadziło do spektakularnego lecz krótkotrwałego wzrostu notowań kilku rozgrzanych spółek. Akcje samego GameStopu zaliczyły podróż od 20 USD do 483 USD i z powrotem w okolice 50 USD. W lutym podobne – lecz trwające tylko kilka sesji - szaleństwo dało się zauważyć na akcjach spółek konopnych. Był to efekt spekulacji związanych z postępującą dekryminalizacją marihuany w USA pod rządami demokratów.

To wszystko jednak blednie w zestawieniu z obłędem, jaki panuje na rynku ofert pierwotnych (IPO). Inwestorzy na wyścigi wykładają pieniądze na każdą spółkę, która chce zadebiutować na nowojorskich parkietach. Gotówka szerokim strumieniem płynie do funduszy inwestujących tylko w akcje giełdowych debiutantów. Sztandarowym przykładem jest tutaj Renaissance IPO ETF, który przez ostatnie 11 miesięcy przyniósł blisko 250-procentową stopę zwrotu. Nie chodzi jednak o sam wynik, ale o skalę wzrostu aktywów. Podmioty typu SPAC specjalizujące się we wprowadzaniu do obrotu nowych podmiotów „tylnymi drzwiami” (tj. poprzez wchłonięcie ich przez już notowaną na rynku spółkę) tylko od początku roku pozyskały 45,7 mld dolarów wobec 83,4 mld USD w całym 2020 r. Dla porównania, w latach 2013-19 do SPAC-ów napłynęło łącznie 44,8 mld USD. Wszystko to przypomina szczytowy okres bańki internetowej, gdy na Nasdaqu obserwowaliśmy wysyp debiutów spółek, które potem masowo pobankrutowały.

Chciwość ma się dobrze

Rynkową psychozę zaczęły rejestrować matematyczne modele sentymentu. Popularny Fear&Greed Index wskazuje już wartość 77 pkt na stupunktowej skali. To najwyższy odczyt od jesieni, jak na razie sygnalizujący tylko zwykłą „chciwość”, ale coraz bliżej granicy „ekstremalnej chciwości”. A jeszcze we wrześniu wskaźnik znajdował się w strefie „strachu”.

Znacznie bardziej niepokojące sygnały wysyła indykator sentymentu opracowany przez analityków Citigroup. Ich Panic/Euphoria Model w lutym osiągnął rekordowy wysoki poziom w swej 34-letniej historii. Zeszłotygodniowy odczyt był tak ekstremalny, że analitycy Citi musieli powiększyć skalę wykresu. Tym samym pobite zostały dotychczasowe maksima z roku 2000.

Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że według klasycznych mierników finansowych amerykański rynek akcji znajduje się w fazie bańki spekulacyjnej. Indeks S&P500 jest wyceniany na 40-krotność przypadających nań zysków spółek za ostatnie cztery kwartały. Tak wysokie wyceny to nie tylko efekt zeszłorocznej zapaści wyników amerykańskich korporacji. Jeśli spojrzymy na tzw. Shiller P/E – czyli wskaźnik uwzględniający średnie zyski spółek z ostatnich 10 lat skorygowanych o inflację – to wynosi on 35,8 i jest najwyższy od 20 lat. Drożej było tylko na przełomie lat 1999/2000 oraz w roku 1929.

TINA już niejedyna

Wyśrubowane mnożniki C/Z na Wall Street utrzymują się jednak od dobrych kilku lat i już prawie na nikim nie robią wrażenia. Ale jedynym sensownym uzasadnianiem ich istnienia jest TINA (ang. There IS No Alternative). Dawniej inwestor w USA miał do wyboru ulokowanie kapitału w akcjach przynoszących średnio 3-5 proc. rocznej dywidendy (średnia dla indeksu S&P500) lub zaparkowanie pieniędzy w bezpiecznych długoterminowych obligacjach Wujka Sama, do roku 2008 płacących solidne kilka procent rocznych odsetek.

Ale od przeszło dekady rynkiem rządzi TINA. Przy rentownościach 10-letnich Treasuries rzędu 1-2 proc. sens trzymania tych papierów stał się co najmniej dyskusyjny. Inwestorzy – zwłaszcza ci zarządzający wielkimi funduszami emerytalnymi - zatem chcąc nie chcąc zwiększali alokację na rynek akcji, nawet jeśli postrzegali ich wyceny jako zbyt wygórowane. Po prostu dla rynku akcji nie było żadnej sensownej alternatywy umożliwiającej „dowiezienie” klientom wymaganych stóp zwrotu.

Sytuacja zaczęła się zmieniać w roku 2018, gdy podwyżki stóp procentowych w Fedzie podniosły rentowności amerykańskich 10-latek w pobliże 3 proc. Załamanie na Wall Street z grudnia 2018 r. wymusiło na Rezerwie Federalnej najpierw wycofanie się z planów normalizacji polityki pieniężnej, a następnie do obniżki stóp. Gdy w marcu 2020 dochodowość amerykańskiego długu spadła w pobliże zera, TINA ponownie triumfowała. Ale od jesieni rentowności obligacji USA znów idą w górę. Obecnie amerykańskie 10-latki płacą 1,3 proc. - najwięcej od blisko roku i już dwa razy więcej niż jeszcze pół roku temu. To wciąż niewiele, ale jeśli dalej będą rosły w takim tempie jak od początku lutego, to za jakiś czas TINA może utracić swych admiratorów, co byłoby fatalną wiadomością dla giełdowych byków.

Reasumując, nastroje na Wall Street są obecnie skrajnie optymistyczne, co przypomina sytuację sprzed roku lub trzech lat. Amerykański rynek akcji wyceniany jest blisko poziomów widzianych tylko dwa razy w swej historii. W obu przypadkach taka sytuacja poprzedzała spektakularny krach. Na ostrzeganie przed tym ostatnim może jest jeszcze za wcześniej. Ale już nadejście srogiej korekty w obecnej sytuacji nie powinno kogokolwiek dziwić.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane